Wątki bez odpowiedzi | Aktywne wątki Teraz jest niedziela, 28 lutego 2021, 11:05

Regulamin działu


Jeżeli chcesz być akceptowalnym użytkownkiem tego forum pamiętaj o kulturze osobistej i obyczajności oraz o tym, że ma ono służyć do wymiany poglądów i opisów wydarzeń ludziom dobrej woli, a nie serwisom reklamowym...



Odpowiedz w wątku  [ Posty: 3 ] 
 Fragmenty powieści dotyczące aspektów edukacji mojowolczyka 
Autor Wiadomość

Dołączył(a): sobota, 2 października 2010, 01:58
Posty: 31
Cytuj
Witam mojowolczyków.

Od dobrego roku zajmuję się przygotowywaniem obszernej powieści, w znacznej części autobiograficznej, opartej na faktycznych wydarzeniach z mojego życia.
Fabuła powieści oparta jest na, jakby dwuczłonowej, konwencji losów głównego bohatera wplecionych w czasy realu, w jakich przyszło mu żyć na przełomie XX I XXI wieku, ale także i na perypetiach wymyślonej dwójki bohaterów funkcjonujących w równoległym świecie fantasy, gdzie te jego alter ega, w porównywalnych sytuacjach losowych, choć w całkiem innych warunkach historycznych, politycznych i społecznych, zachowując podświadomą więż i psychologiczną tożsamość realnej postaci głównej, postępują w sposób odzwierciedlający „drugą stronę medalu”, tę, która nie była, ale mogłaby być realną.
Namawiany przez kolegów, którzy mieli okazję przeczytać wersję roboczą tomu I przygotowywanej książki, do podzielenia się na naszej stronie, z pozostałymi jej czytelnikami i użytkownikami, fragmentami tekstu dotyczącymi losów młodego adepta leśnictwa począwszy od egzaminu wstępnego, a skończywszy na obowiązkowym stażu pracy, postanowiłem zamieścić je na naszym Forum. Na stronie internetowej w pozycji menu Wspomnienia i Refleksje zamieszczam także fragmencik, jako zwiastun, z propozycją dla zainteresowanych, przejścia na to Forum do odpowiedniego tematu.
Całość powieści będzie, najprawdopodobniej, z uwagi na planowaną wielkość, dostępna w formie książkowej dopiero w roku 2013, na 50-cio lecie rozpoczęcia przeze mnie nauki w Technikum, i być może pozwolę sobie wtedy zgłosić ten fakt na Forum, a może nawet rozpisać subskrypcję dla zainteresowanych posiadaniem wszystkich tomów książki.
Kolegom i koleżankom oraz moim sympatykom i antypatykom, chcącym podzielić się ze mną swoimi uwagami i opiniami w temacie, proponuję przedstawić je właśnie na Forum, albo bezpośrednio do mnie mailem na adres przedpiekle@gmail.com przy czym zalecam bezpośredniość i szczerość nawet, jeżeli będą to opinie bardziej niż krytyczne, każda z nich będzie bowiem dla mnie cennym wnioskiem i wsparciem oraz sugestią do rozwinięcia tematu lub zmian we wstępnych założeniach taktycznych lub zaplanowanych wątkach literackich.
Przedstawione fragmenty pochodzą z kilku rozdziałów, więc, są wyrwane z kontekstu całości powieści, niemniej prezentują prawie cały materiał dotyczący okresu nauki bohatera w szkole leśnej. Osobom, które rozpoznają siebie lub poczują się urażone jakimś określeniem czy opisem faktu z ich domniemanym udziałem, niniejszym oświadczam, że nie zamierzałem nikogo obrażać, a tym bardziej identyfikować, i zbieżność ich subiektywnych skojarzeń siebie z występującymi w fabule postaciami jest całkowicie przypadkowa i w moim założeniu, fikcyjna.
Kilku kolegów proponowało mi publikację fragmentów w odcinkach, ale uznałem, że lepiej będzie zamieścić ich całość i pozwolić czytelnikom na swobodne poruszanie się po tekście z nadzieją, że odnajdą w nim, także, i swoje przeżycia z okresu młodości.
Marek Jaszczyński


Spis treści fragmentów

1. Z Rozdziału 13 „ Wakacyjne wypadki i … wpadki”
2. Z Rozdziału 15 „ Takie były początki”
3. Z Rozdziału 17 i 18 „Pruski Dryl” i „Ziuta nie daruję Ci tej nocy”
4. Z Rozdziału 20 „Wakacyjne rozterki”
5. Z Rozdziału 22 „Wiejskie życie”
6. Z Rozdziału 24 „Skarb Maltzanów”
7. Z Rozdziału 26 „Erotyczne podboje”
8. Z Rozdziału 28 „Czy przepowiednie się spełniają”
9. Z Rozdziału 30 „Moja Wola”
10. Z Rozdziału32„Maturzysta”
11. Z Rozdziału 33 „Egzamin”
12. Z Rozdziału 35 „Stażowe perypetie zielonego mundurka”

13.Z uwagi na treść fabuły powieści nie wszystkie epizody z życia młodego adepta leśnictwa zostały zawarte w cytowanych Rozdziałach, niemniej autor zamierza je umieścić w opisie dalszych losów bohatera, przy okazji wspominek z dawnych lat oraz retrospekcji i porównań, dorosłej rzeczywistości zawodowej i osobistej, do czasów młodości np. cytowany na końcu fragment o ściąganiu - z Rozdziału 42 „Student”.







1. Fragmenty z Rozdziału 13 „Wakacyjne wypadki i … wpadki”.

…Nadszedł wreszcie upalny lipiec i dzień wyjazdu na egzamin do średniej szkoły.

Z Łodzi do Opola jest ponad 230 kilometrów, albo tylko.
Pociąg wlókł się ponad siedem godzin.
Ta kolejna godzinka, ponad te siedem, wraz z oczekiwaniem na autobus do Tułowic, to był już pryszcz.
Całą drogę Maro przeglądał podręcznik przyrody i czytał sobie po raz któryś „Leśne morze” Newerlego, choć książka była bardziej o wojnie niż o lesie.
Ale coś o dzikach, tygrysach i wschodnich technikach miłosnych na trwałe w pamięci mu się znów zakodowało.

Tułowice to była mała mieścina, szara i brzydka.
Tylko knajpa nazywała się „Kolorowa”.
Zjedli tam prażuchy posypane skwarkami i polane kwaśną śmietaną, pod talerz postnego kapuśniaku, i trzymając zwieracze na wodzy ruszyli w kierunku internatu Technikum Leśnego.
Ojcu było lżej, bo strzelił sobie setę na rozgrzewkę i teraz bujał radośnie w chmurach, i nucił coś pod nosem.
Od momentu wyjazdu nie zamienili ani słowa.
Dana bardzo bała się konsekwencji tego ich wspólnego podróżowania, jednak posłała ich razem, licząc, że być może jakoś się dogadają i wrócą pogodzeni.
Szli w milczeniu, ojciec z plecakiem, a Maro z niewielką tekturową walizką, w której miał kilka białych koszul z kołnierzykami a la Słowacki, zapasowe spodnie, buty, bieliznę i zestaw niezbędnych kosmetyków. Także, o czym jeszcze nie wiedział, wciśnięte przez mamę w kieszeń marynarki jabłko i kopertę z napisem „Kocham Cię”.
W kopercie były ukryte dwa stuzłotowe banknoty, na „wszelakoj złoj słuczaj” i maleńki medalik na srebrnym łańcuszku, który Maro już dawno temu zarzucił w czeluściach swojej szuflady.
Internat Technikum Leśnego mieścił się w neoklasycystycznym pałacu przebudowanym i wyremontowanym w roku 1875 przez hrabiego Fryderyka Frankenberga-Ludvigsdorf von Schellendorf.
Pałac stał w parku, nad stawem, miał bardzo bogaty wystrój architektoniczny i był całkiem zadbany.
Obszerne szerokie schody tarasu nadawały mu monumentalny wygląd, a najbliższe otoczenie zdobiła fontanna o kolistej cembrowinie, kamienna ława z gryfami i postać boginki Diany odlana w brązie.
Mimo adaptacji całości na potrzeby szkolnictwa i internatu dla młodzieży w środku też było pięknie: trzy marmurowe klatki schodowe, spiralne schody, arkady, filary, zoomorficzne stiuki na sufitach, boazerie z herbami, parkiety, marmury, ozdobne kandelabry, cudnie zdobione kaflowe piece.
Była nawet kaplica zamkowa i rodzinny grobowiec Frankenbergów.
Sam pałac był ogromny i składał się z trzech połączonych ze sobą budynków ustawionych w podkowę, z wewnętrznym dużym dziedzińcem. W jego centralnej części stała pięknie zwieńczona wieża, w towarzystwie dwóch nieco mniejszych.
Park, otaczające go lasy, stawy, strumyki i rozległe bagienka tworzyły specyficzny mikroklimat, przyciągający nie tylko turystów, ale przede wszystkim licznych mieszkańców łąk, pól i lasów, w tym stadka wszędobylskich i bystrych jaskółek.
Na dzień dobry jedna z nich obesrała Maro włosy i koszulkę.
Ktoś przechodzący obok powiedział, że na szczęście.
I rzeczywiście, polski i matematykę zdał na piątkę, ale z biologii go ze śmiechem wyrzucili za drzwi. Wymienił wiele znanych mu gatunków drzew, a w oparciu o studiowanego po nockach „Białego Kła” Londona wiedział, że w rodzinie wilków królują basior i wadera, jednak, gdy skonsternowany, określając samicę jelenia, powiedział po głębokim namyśle, że to „jelenica”, egzamin dobiegł niesławnego i wesołego końca.
Ale i tak dostał jedną z pierwszych lokat.

Dopiero po ogłoszeniu wyników okazało się, że ten piękny pałac i jego otoczenie, nie będą towarzyszyć mu w dalszej drodze życia.
Egzaminy miały za zadanie wyłonić uczniów dla nowopowstającego, a będącego jeszcze w remoncie, Technikum Leśnego w Miliczu, także w pałacu, z internatem i dobre 150 kilometrów od rodzinnego domu, od mamy, rodzeństwa i podwórkowych kolegów, oraz od złego wpływu i potencjalnego zagrożenia ze strony ferajny.
Był 2 lub 3 lipca roku pańskiego 1963, kiedy to Maro otrzymał, z rąk Przewodniczącego Komisji Egzaminacyjnej, papier uprawniający go do podjęcia nauki zawodu leśnika.
Ojciec tylko poklepał go po plecach i z mamą, poznanego tam przez Maro Adama oraz nim samym, a także z Ryśkiem i jego tatą, poszli do miejscowej knajpy – chłopcy na zasłużony posiłek i oranżadę, rodzice na oblewanie sukcesu swoich pociech.
Libacja nieco się przeciągnęła, więc, zamiast po dwóch dobach,
w ramiona mamy Maro powrócił dopiero na dzień czwarty.
…………………




2. Fragmenty z Rozdziału 15 „Takie były początki…”


Ostro świeciło popołudniowe sierpniowe słoneczko.

Maro wysiadł z pociągu na niewielkiej stacyjce w miejscowości Milicz.
Dla porządku zapisał w notesie rozkład przyjazdów i odjazdów pociągów z, i do Łodzi oraz Wrocławia. Potem ruszył na południe ulicą Kolejową.
Nie był specjalnie zmęczony podróżą i postanowił się nie spieszyć, ale spokojnie obejrzeć miasto. Trochę przeszkadzała mu, i ciążyła, tekturowa walizka, więc zarzucił ją sobie na ramię i ruszył w kierunku centrum.
Po przejściu kilkuset metrów ulica zmieniła nazwę i po lewej stronie zobaczył wysoki ceglany mur, chwilę później szeroką kutą bramę, a za nią szlaban i biało czerwoną budkę wartowniczą, taką, jakie widział ostatnio na terenach bobrowych żeremi w Matarni.
Przed budką stał żołnierz, ubrany jak i on sam, w zielony mundur.
Na pagonach miał dwie belki, a w ręku karabin oparty kolbą o płyty betonowego chodnika.
Maro stanął i rozejrzał się dookoła.
Przez kratownicę bramy posłał żołnierzowi nieśmiały uśmiech i zapytał:
- Przepraszam. Jak trafić do Technikum Leśnego?
Żołnierz popatrzył na niego uważnie, odwzajemnił uśmiech i powiedział:
- Te, gwardzista. A kto to uszył Ci mundur ze stójką i lampasami, to przecież przeżytek z czasów ułanów z szabelkami i oficerów Napoleona? – zaśmiał się głupawo z własnego dowcipu.
Maro popatrzył z politowaniem na debila w niedopasowanym mundurze podobnym w kolorze do wielkiej szmaty podłogowej jego babci na wsi, na prosty parciany pas z ładownicą i bagnetem, na wyglancowane, jak psu jaja, buciory i na ręce z poobgryzanymi paznokciami, na durny uśmiech, widoczne krzywe zębiska i łysą pałę pod małą czapką z poskręcanym celowo, i niby to fantazyjnie, czarnym daszkiem, i z fałszywym uśmiechem na prostackiej gębie.
Odezwał się pojednawczym tonem:
- Mój mundur jest warszawski, Twój niby też Polski, ale taki jakiś kresowy? - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – dodał wrednie.
- Poczekaj chwilę. Zaraz będą wychodzić koty na przepustkę to Cię poprowadzą. Jednaka droga do tego technikum, do knajpy i do parku. Będziecie do siebie pasować wyśmienicie.
Chyba nie wiedział, co znaczy „kresowy”, ale Maro nie przejął się tym, bo cóż tu wyjaśniać łysej pale, wygłaszającej teksty poniżej przeciętnej percepcji prawdziwego dachowca.
- Miau miau miau – zarechotał stójkowy wesoło, gdy zza węgła wartowni wyłoniło się dwóch szeregowych. – Macie klienta, kotki, nie zmarnujcie okazji.
Żołnierze popatrzyli na niego niechętnie i okazali swoje papiery, furtka w bramie została otwarta z lekkim skrzypieniem i młodzieńcy opuścili teren koszar.
Maro postawił walizkę i grzecznie się ukłonił.
- Jestem Maro – przedstawił się. – Przyjechałem tu do szkoły leśnej i nie znam drogi. Czy panowie mogliby mnie poinformować, jak tam trafić? Czy to jeszcze daleko?
Jeden z chłopaków klepnął go w ramię i powiedział:
- Chodź synu. Z nami na pewno nie zginiesz. Na małe piwo pewnie masz?
Zagarnął go ramieniem i cała trójka ruszyła dalej.
Oczywiście od pogaduchów i piwa się nie wykręcił, ale spasował już po jednym, bo przecież czekało go spotkanie i rozmowa w internacie.
Koty były młode i wesołe, a ponieważ pochodziły z okolic Milicza szybko uświadomiły go o historii miasta, jego atrakcjach i ciekawostkach.
Dowiedział się, więc Maro, że gród jest bardzo stary, podobno aż z XII wieku i przed wojną był zarządzany przez hrabiowską rodzinę Maltzanów, że w pięknym, pełnym azalii i różaneczników, ogromnych starych dębów, wiązów, buków, wierzb, świerków i dziesiątków innych drzew 50 hektarowym parku ograniczonym rzeką Barycz, miastem i lasami stoi pałac gdzie mieścić się ma od września nowe Technikum Leśne, że niedaleko pałacu znajdują się pełne nieodkrytych jeszcze skarbów ruiny i tajemne lochy obronnego zamku, że w parku jest mnóstwo wymarzonych miejsc na randki; mostków, altanek i innych zacisznych kącików, że przy leśnym grobowcu hrabiego Maltzana stoi ogromny dąb z dziuplą do samej ziemi gdzie schować się może nawet kilka osób, popić winko i pomacać dziewuchy, że najbardziej uczęszczanym miejscem jest główna aleja parkowa i jej odnogi oraz wały przeciwpowodziowe nad rzeką, ale można tam oberwać po ryju od miejscowych osiłków, że jest w tym mieście także Ratusz, Szpital, Kościół i Rynek, a tam gospoda z piweczkiem i mocniejszymi trunkami.
Pokazali mu także, po drodze, jak łatwo trafić pod budynek internatu dziewczyn z Ogólniaka i Szkoły Zawodowej i w prezencie dali trzy paczki prezerwatyw, zaśmiewając się przy tym do rozpuku.
Uznał, że wydane na wspólnie wypite piwa sześć złotych, bardzo się opłaciło, pożegnał wesołków i pogryzając bułę z plastrem boczku, ulicą Zamkową, powędrował w kierunku, widocznego pomiędzy kamieniczkami, parku.
Po lewej stronie wąziutkiej uliczki stały jakieś domy, po prawej ciągnął się żelazny płot z pionowymi wspornikami w kształcie dzid, za nim rozciągał się park, gdzie pod drzewami siedzieli sobie nieliczni tuziemcy paląc papierosy i popijając z gwinta tanie wina. Popatrywali za nim groźnie, więc, biorąc sobie do serca nauki wojaków, przyśpieszył kroku. Przeciął prostopadłą uliczkę i znalazł się na początku głównej alei.
Tutaj stanął jak wryty.

Kilkanaście metrów przed nim, na tle wysokich drzew, rozciągał się w lewo i prawo chyba trzymetrowy mur, a na nim, co parę metrów, na cokolikach, stały różne, pięknie rzeźbione, figurki.
Na wprost niego była brama, ogromna, z dwoma furtami po bokach. Dopiero później dowiedział się, że wykonano ją z pozostałości po dawnych murach obronnych miasta, z tak zwanej rudy darniowej, choć na oko wyglądała, jakby zrobiono ją z wielkich cegieł.
Z wysokiego zwieńczenia bramy spoglądał na niego wielki kamienny lew.
Maro podszedł bliżej unosząc głowę i zapatrzony w jego oczy powiedział szeptem:
- Witam Cię władco lasów, sawanny i pustyń. Bądź mi przychylny i obroń mnie przed tym złym, co może mnie tu czekać.
Powiedział to, jakby przeczuwał, że ta mini modlitwa bardzo mu się w przyszłości przyda.
Przekroczył bramę i po dobrych stu metrach podziwiał już sam pałac.
Po lewej stronie od alei płynęła Młynówka i rosły ogromne krzewy różaneczników.
Pałac stał frontem do fosy, jego centralna część kryjąca salę balową pod ogromną zdobną kopułą wychodziła szerokimi parami drzwi na alejkę przecinająca Młynówkę półkolistym mostkiem.
Pomiędzy pałacem, a mostkiem, na środku alei, była cembrowana nieczynna fontanna, w środku której, na cokole, stała figura nagiego młodego myśliwego.
Pałac był od tej strony w kolorze jasnego beżu, dachy i kopuły zielonkawo błyszczały w słońcu, a na ziemi cały obraz wykańczała zieleń traw, krzewów i drzew oraz barwny dywan różnokolorowych kwiatów.
Brakowało tylko krzyku pawi, powozów i spacerujących pięknych dam w kapeluszach i z parasolkami.
Maro widział je jednak w swojej wyobraźni i zaczęło mu się to wszystko ogromnie podobać.
Cofnął się trochę i przekroczył furtkę prowadzącą na pałacowy dziedziniec.
Po drugiej stronie dziedzińca, na tle ozdobnego muru, widniał krąg żwirowej alejki, a pośrodku kolejny kamienny okrąg ze stojącymi po bokach na osobnych postumentach naturalnej wielkości rzeźbami, tym razem chyba ze spiżu, i do tego przedstawiającymi jego ulubieńców, czyli konie.
Wyraźnie widoczna była też druga brama od strony rzeki i ruin warownego zamku, oraz piękne ogrodzenia z filarami, na których aż świeciły od słońca białe posągi nimf, a pomiędzy nimi rzucały się na trawę fantastyczne cienie bogato kutych zdobień ogrodzenia.
Wszędzie, na zielonym dywaniku traw, rosły krzewy i niewielkie drzewa oraz kilka olbrzymów z gałęziami sięgającymi nieba.
Brukowanym kostką dziedzińcem dotarł Maro do drzwi głównych, przy których na wysokim cokole wlepiała wzrok w okno na górze, i prężyła niesamowite mięśnie, naga męska figura ze spiżu, wielkości człowieka.
Zanim ochłonął do końca drzwi otworzyły się i stanął w nich niewysoki mężczyzna z papierosem w ręku i szerokim uśmiechem na pobrużdżonej zmarszczkami twarzy. Ubrany był w szaroniebieski powalany wapnem i farbą drelich, równie mocno, jak ubranie powalane farbą gumowce, a na głowie miał śmieszną stożkową czapeczkę z gazety.
Długo się uśmiechał patrząc na opalonego, wysokiego na metr osiemdziesiąt pięć młodzieńca, z obfitą czupryną ciemnych włosów, wyszczerzonymi w uśmiechu białymi zębami, zapiętego pod samą szyję, aż do obszytej srebrnym szamerowaniem stójki, na wypolerowane wojskowe przedwojenne guziki z orłem w koronie, stosownie ubranego w gabardynowy mundur koloru khaki wcięty w pasie i spodnie w kancik, poszerzane lekko na dole, obszyte równie srebrnymi, jak zdobienia przy stójce lampasami, i czarne półbuty dokładnie wyczyszczone chusteczką z kurzu przed wejściem na teren pałacu.
Chłopak stał w postawie zasadniczej, a obok na ziemi, przy jego nodze, równie prosto stała niewielka brązowa walizeczka z tektury.
Zza pleców mężczyzny dolatywały do Maro niewyraźne dźwięki i głosy oraz wydobywał się, bardzo drażniący i rozpoznawalny dla głodnego podróżnika, smakowity zapach kapuścianej zupy, a jak mawiała często jego babcia, kwaśnicy, najsmaczniejszej na świńskim ryju.
Mężczyzna rzucił papierosa, przygniótł go czubkiem gumiaka i wyciągnął prawą rękę do chłopaka mówiąc konfidencjonalnie:
- Edward jestem. Kapuśniak.
Maro, biorąc go za jakiegoś murarza czy malarza remontującego pomieszczenia przed przyjazdem uczniów, odpowiedział żartobliwie:
- Maro. Witam Pana. Smaczne nazwisko…
Facet popatrzył, zatarł ręce, podrapał się w głowę, jeszcze raz popatrzył na Maro i widząc jego wesołe przymrużone ślepia oraz wyszczerzone w uśmiechu zęby, ryknął śmiechem. Długi śmiech obydwu zakończył się kaszlem Pana Kapuśniaka, jak to zazwyczaj u nałogowego palacza.
Mężczyzna zaprosił Maro gestem do środka i długim korytarzem ruszyli w kierunku, jak się okazało, stołówki, gdzie przy stole nad talerzami siedziało już kilka osób. Maro ukłonił się, powiedział „dzień dobry” wszystkim na raz i usiadł na wskazanym miejscu.
Do sali wtoczyła się strasznie gruba kucharka z wazą zupy i stawiając ją między Maro i Panem Kapuśniakiem powiedziała:
- Przystojny ten nasz pierwszy uczeń, prawda, …Panie Profesorze?


Po obiedzie i krótkiej sjeście pod dębem Maro został przedstawiony Kierownikowi Internatu, który przyjechał, czerwonym motocyklem WFM, sprawdzić, co dzieje się tego dnia w pałacu.
Do dnia rozpoczęcia nauki pozostawały jeszcze dwie pełne doby, i trochę, więc, na razie miał zamieszkać w dowolnym pokoju.
Wybrał sobie mały, bo czteroosobowy pokoik z widokiem na główny park, Młynówkę i posąg myśliwego.
Umył się cały w umywalce i przebrał w wojskowy dres koloru khaki, zdobyty przez mamę za parę złotych, bo zakwalifikowany przez jej koleżankę, jako zbędny wzór produkcyjny.
Dresy takie fabryka Dany produkowała pod nazwą „S”, co miało znaczyć produkcja specjalna.
Okazało się potem, że był jedynym posiadaczem, na 150 uczniów, takiego mundurowego rarytasu z bajowej bawełny na welurowym mięciutkim podbiciu i z pięknie wykończonymi zameczkami błyskawicznymi kieszonkami, oraz na ciemno zaznaczonymi szwami na bluzie i spodniach.
Uszyty przez dziadka mundur wytrzepał, wyczyścił delikatną szmatką szamerowania i guziki, elegancko powiesił na metalowym składanym wieszaku.
Pod łóżkiem ustawił równiutko wyczyszczone buty i nowiutkie białe tenisówki, a jeansy, sweter, dwie zmiany bielizny, biały podkoszulek z rękawkiem, slipki i gimnastyczne szorty, skarpetki, pidżamę, ręczniki, przybory toaletowe i świeżo nabytą przed podróżą książkę Szklarskiego „Tomek w Krainie Kangurów”, rozmieścił w szufladach nocnej szafki.
Legitymację z podstawówki, metrykę i zaświadczenie o zdaniu egzaminu oraz przyjęciu do szkoły, książeczkę PKO i gotówkę, zdjęcia mamy, taty i rodzeństwa, swój sygnecik z główką węża i srebrny medalik z łańcuszkiem umieścił w specjalnie uszytym przez mamę pugilaresie zawieszonym na szyi pod koszulką.
Sprawdził, czy spod specjalnego paska nad kostką, nie wysuwa się zbytnio jego sprężynowiec i w kącie, za podłogową listwą, umieścił swój kastet oraz ulubioną broń – ciężką mutrę na sznurku.

Przygładził koce na metalowym łóżku i poprawił poduszkę – miał ten zwyczaj, że wszystko musiało być zrobione porządnie, równo i stać lub leżeć zawsze na swoim miejscu.
Nienawidził bałaganu, brudu, chamskich odzywek, bezsensownych nakazów i … zupy gruszkowej ze śmietaną.
Sprawdził kokardki trampek, poprawił włosy, przejrzał się w małym lusterku noszonym zawsze w kieszeniach razem z chusteczką do nosa, grzebykiem, pilniczkiem do paznokci i scyzorykiem.
Zadowolony z siebie ruszył do drzwi, zwiedzać pałac, park i przyległości.
Na to popołudnie i wieczór był pierwszym, i jedynym, mieszkańcem szkolnego internatu, nie licząc personelu i nauczycieli, oraz …duchów.

Zaczął zwiedzanie od obejrzenia zamkowych wnętrz.
Sale i komnaty wyposażone w pięknie zdobione kaflowe piece, kominki, stiuki, kolumny, rzeźby, ogromne okna, sprawiały niekiedy monumentalne wrażenie, i do tego te setki metrów korytarzy i schodów. Znalazł też wiele małych drzwiczek prowadzących do tajnych przejść w ścianach, co wzbudziło w nim chęć zwiedzenia ich, w poszukiwaniu rzeczywistych skarbów oraz urzeczywistnienia wrażeń nałogowego podglądacza. Zostawił to sobie jednak na później, bo wiedział, że czeka go jeszcze wiele dni i nocy w tym zaczarowanym miejscu.
Myślał też o piwnicach i lochach oraz tajnych tunelach, o których wspominali mu poznani wcześniej weseli wojacy.
Podobno, ze starego zamku nad rzeką, podziemne korytarze prowadziły do pałacu, do grobowca właścicieli za szosą, do lasu kilka kilometrów na wschód oraz do miasta pod Ratusz i Kościół. Można było tam znaleźć nie tylko nietoperze, szczury i kościotrupy, ale też i zamurowane komnaty pełne niebotycznych skarbów i niewiernych księżniczek, a nawet spotkać duchy średniowiecznych rycerzy i dam dworu.

Na zapleczu, w skrzydle gdzie mieszkali nauczyciele, spotkał wielkiego jak wieża faceta, który zajmował się pracami gospodarczymi i końmi.
Od razu bardzo przypadli sobie do gustu i ich nieoczekiwana sympatia miała niebawem przerodzić się w poważne koleżeństwo i wspólną pasję – konie, a dla Maro także dziewczyny, bo masztalerz miał same córki, i to niektóre, mniej więcej, w wieku Maro.
Po zwiedzeniu ogródków warzywnych dla personelu i budynków gospodarczych, za radą nowego dorosłego kumpla, Maro udał się na wały i do ruin zamku nad Baryczą.
I jedno i drugie zauroczyło go tak, że spędził tam czas do wieczora.
Po powrocie, pełen, choć nie syty wrażeń, umył się i przekąsiwszy herbatnikami oranżadę, legł wreszcie na zasłużony odpoczynek.
Pościel w internackim łóżku to był materac z włosia, dwa prześcieradła, koc i cienka poduszka. Było bardzo ciepło, więc chłopak podłożył zrolowany koc pod poduchę i położył się, pod cieniutkim nakryciem, swoim zwyczajem, całkiem nagi. Miał wprawdzie nowiutką pidżamę, ale powiesił ją na oparciu łóżka, by wywietrzała od sklepowych zapachów.
Zapalił latarkę, oparł ją o postawiony na szafce nocnej trampek i zabrał się za lekturę przed snem.
Kiedy prawie przysypiał nad kolejną kartką rozległo się ciche drapanie do drzwi.
Zamarł.
Po chwili drapanie powtórzyło się i klamka poruszyła się zdecydowanie. Drzwi z lekkim skrzypieniem zaczęły się otwierać.
Spojrzał na zegarek i zdrętwiał; była dokładnie północ.
Do pokoju wpłynęła niewysoka postać odziana w jasny trencz do samej ziemi, przepasany w talii wąskim paskiem. Na głowie, spod ronda niewielkiego kapelusika, wymykały się jasne włosy i spoglądały na Maro szeroko otwarte oczy Białej Damy, która po chwili podeszła do łóżka, usiadła na jego brzeżku, położyła ciepłą dłoń na udzie chłopaka i wyszeptała tajemniczo:
- Jestem Panią zamku nad rzeką i tego pałacu, więc, będziesz mnie tu często spotykał. Pamiętaj o tym, by zawsze zachować szacunek dla mnie, dla tego miejsca i dla mieszkających tu ludzi, nauczycieli, pracowników i Twoich kolegów uczniów. To jest, i będzie, zarówno w interesie Twoim, jak i tego magicznego miejsca.
Po chwili przerwy i pogłaskaniu go po nodze kontynuowała:
- Dawno temu w zamku nad rzeką mieszkała piękna pani. Jak Ty lubiła wieczorami trochę poczytać. Ale nie miała latarki i z oliwnej lampy gorąca parafina spływała pomiędzy szpary podłogi. Wyszedł stamtąd skrzat i poprosił, by przesunęła lampę, bo pod podłogą, gdzie mieszka z rodziną, jego ciężarną żonę denerwuje to kapanie. Pani przesunęła lampę. Ale gdy na drugi dzień opowiedziała mężowi o wszystkim, ten jej nie uwierzył. Następnej nocy znowu zjawił się w jej sypialni skrzat i wręczając jej piękny naszyjnik z białych pereł powiedział, że jeśli niechcący zniszczy się jedną z pereł będzie to znak, że w zamku ktoś umrze, a jeżeli celowo uszkodzi się którąś perełkę, to nieszczęście spotka sam zamek. Faktycznie. Na kolejnym wielkim przyjęciu jej mąż opowiedział tę niewiarygodną historię swoim gościom. Jeden z nich, napity i głupawy szlachciura, uderzył trzonkiem noża perłę, i gdy pękła, huknął grom. Uderzenie pioruna powaliło zamkową wieżę, zabiło wielu ludzi i wznieciło pożar. Po tej tragedii zaniedbano zniszczony warowny zamek i wybudowano nieopodal pałac, w którym teraz jesteśmy.
Pamiętaj, więc, byś nigdy nie czynił niczego bez namysłu i z głupoty, a jeśli czegoś nie wiesz lub nie rozumiesz, zawsze pytaj dorosłych i doświadczonych, bo kto pyta nie błądzi.
- A teraz już śpij – wyszeptała konspiracyjnie i, ….odpłynęła
Ale jak tu spać, gdy udo pali od dotyku jej dłoni, dreszcze chodzą po plecach, a członek aż boli od potężnej erekcji.

Długo w noc leżał jeszcze Maro wpatrując się w sufit i snując marzenia o łożu z baldachimem, letniej muzyce Vivaldiego, nagiej i pachnącej ambrą hurysie snującej baśnie z tysiąca i jednej nocy.
W chwilach przebłysku świadomości udawał, że zaciąga się wonnym zapachem tytoniu z nargili, by zająć czymś niespokojne ręce i uspokoić rozdygotane ciało.

Kilka dni później, na apelowym placu, gdy stali uformowani w czworoboki i prężyli klatki piersiowe pod zapiętymi na wszystkie guziki marynarkami leśnych mundurów, a sygnałówki zagrały ton capstrzyku, dyrektor szkoły zaprezentował im personel pedagogiczny.
Maro nie zdziwił się wcale, gdy w jednej z przedstawianych uczniom nauczycielek, rozpoznał swojego nocnego gościa.





3. Fragmenty z rozdziałów 17 i 18 „Pruski dryl” i „Ziuta nie daruję Ci tej nocy”.


W drugim dniu pobytu Maro w nowej szkole zdarzyło się kilka istotnych, i mających na chłopaka znaczący wpływ, rzeczy.

Kiedy rano obudził go śpiew ptaków, dolatujący zza uchylonego okna, zauważył od razu, że w pokoju coś się zmieniło.
Po pierwsze; drzwiczki jego nocnej szafki były niedomknięte, a na podłodze leżała zapałka, którą wsunął pomiędzy blat i szufladę, sposobem detektywów znanym mu z licznie przeczytanych książek Raymonda Chandlera i wielu obejrzanych filmów sensacyjnych.
Po drugie, jego nowiusieńki elegancki oficerski mundur nie wisiał w postawie zasadniczej, jak go wieczorem powiesił, ale nieco krzywo. Brakowało mu też obszyć na stójce i spodniach.
Ręka sama powędrowała pod poduszkę w poszukiwaniu noża, ale ten leżał na swoim miejscu.
Mimo podenerwowania wstał jednak spokojnie i bez pośpiechu założył gatki, choć w środku buzowała w nim adrenalina.
Wyjrzał na korytarz, ale tam było cicho i pusto.
Podszedł do sprofanowanego munduru i sprawdził zawartość kieszeni.
Kilka pozostawionych tam drobiazgów było na miejscu, ale z maleńkiej kieszonki wszytej przez dziadka pod paskiem spodni zniknęły ukryte tam kondomy, ofiarowane mu wczoraj przez uczynnych żołnierzy.
Nie było też nigdzie odprutych szamerowań.
Idąc do łazienki, by umyć oczy i zęby oraz spłukać siusiaka zastanawiał się, jaki to duch dobierał się do jego rzeczy i bezczelnie, zniszczył jego wspaniały ubiór.
Pomyślał o Białej Damie, ale zaraz odrzucił tę myśl.
Nie pasowała mu jej osoba do takiego czynu. Była miła, fertyczna, nierzeczywista i wzbudzająca zaufanie.
I miał rację.
Kiedy po zakończonych ablucjach, pościeleniu łóżka i ubraniu się w jeansy oraz koszulkę z krótkim rękawkiem zeszedł na stołówkę, licząc na śniadanie, zastał ją zamkniętą.
Pamiętał z wczorajszego obchodu, że w ogródkach nauczycieli rosły kalarepki, które uwielbiał oraz inne warzywka, którymi też by nie pogardził, nie mówiąc o jajkach, które u dziadków często podbierał kurom i robiąc w ich szczytach dwie dziurki wypijał na surowo.
Jajka wprawdzie w ogródkach nie rosły, ale widział obok nich luzem łażący drób, także kaczy i perliczy. Rosło tam też kilka obficie objuczonych jabłkami i śliwami drzewek.
Kiedy przeszedł bramę prowadzącą z pałacowego dziedzińca na zaplecze działkowe i przemykał się na palcach pod płotem usłyszał nagłe zawołanie:
- Basieńko…o, Beatko…o, Czarusia…a…
Stanął na palcach i wyjrzał zza krzaków.
Przy lasku, ciągnącym się dalej aż do Baryczy, na tle jasnych pni brzózek i oświetlonych porannym słońcem licznych śnieguliczek stał, rozglądając się uważnie dookoła, mężczyzna w zielonych spodniach i zielonej koszuli.
Wysokie czoło z dwoma zakolami łysiny świeciło niczym glaca na tyłku szympansa.
Z krzaków wychynęło kilka kur i pośpiesznie zmierzało w jego kierunku. Gość sypnął ziarnem z trzymanego w ręku garnuszka i rozległo się radosne kokoko…
Kury zajęły się dziobaniem, a facet powiedział rozkazująco, patrząc w kierunku Maro:
- Chodź, no, tu …synku!
Maro zatkała ta bezpośredniość, ale podszedł do niego i stanął celowo tak blisko, że prawie dotykali się nosami. Może było to z jego strony głupie i zbyt agresywne, ale facet zrobił na nim ujemne wrażenie i Maro podświadomie od razu go znielubił.
Gościu chyba nie był odważny, bo cofnął się machinalnie o jeden krok i wysapał dźwięcznym dyszkantem kastrata:
- Szkoła zaczyna się od pierwszego września i dopiero od tego dnia wydajemy posiłki uczniom. Teraz stołówka jest tylko dla personelu. Jak chcesz jeść to zgłoś się do biura szkoły i zapłać za jedzenie. I masz zanieść do krawca w mieście swoje mundurowe spodnie, żeby je na dole zwęził. Od razu kup sobie też cienki pasek, bo szerokich tu się nie nosi.
Gadał jeszcze coś tam, ale Maro nie słyszał.
W jego głowie szalała burza, ba, totalny orkan.
W jednej chwili pojął, kto grzebał w jego rzeczach po nocy i poodpruwał zdobienia munduru.
Pierwotne wrażenie niechęci przerodziło się natychmiast w nienawiść i chęć odwetu. Najchętniej by gadającego pierdołę wypatroszył i łeb zatknął na palu, ku przestrodze innym podobnym sukinkotom.
Gość widząc jego poszarzałą nagle twarz i białe wściekłe oczy oraz czując zbierające się nad jego głową chmury zaczął przezornie wycofywać się w kierunku budynków.
Zdążył jeszcze tylko uświadomić Maro podenerwowanym, i już nie tak pewnym, jak na początku głosem, że jest wychowawcą w internacie oraz że regulamin szkolny wisi na tablicy w holu.
Kiedy Maro nieco ochłonął nie myślał już o jedzeniu.
Powlókł się przez krzaki nad brzeg rzeki, usiadł na jakimś zwalonym pieńku i zaciskając raz za razem pięści mówił do siebie:
- Nic to. Spokojnie. Poczekaj, nic to, jeszcze zdążysz mu się odpłacić. Masz mnóstwo czasu i wiele będzie okazji. Nic to, teraz przystopuj, daj mu nadzieję, że pogodziłeś się z losem, jego durną bezczelnością i bezkompromisowością, nic to, uspokój się.
Następne pół godziny spędził na machinalnym rwaniu na kawałeczki trawek i na łamaniu patyczków oraz wpatrywaniu się w płynącą wartko wodę.
W jego głowie powstawały liczne hipotetyczne sytuacje zemsty.
Po jakimś czasie podniósł się, zaklął kilka razy brzydko pod nosem i ruszył wałem w kierunku przeciwnym do zamku.
Po dobrym kilometrze spaceru pomiędzy drzewami wyszedł na szosę.
Z prawej strony był most, w lewo droga prowadziła do miasta.
Przeciął asfalt i poszedł dalej prosto, by po kilku zakrętach trafić na wodne rozlewisko. Na brzegu widać było ślady ogniska i leżało kilka butelek po winie. Łacha piasku wystawała z wody i zrozumiał, że jest to kąpielisko miejscowych. Nie spodziewając się nikogo z nich o tej porannej godzinie rozebrał się do golasa i poszedł popływać.
Zimna woda utuliła go, schłodziła i uspokoiła.

Nie wracał tą samą drogą tylko wybrał ścieżkę przez las w kierunku miasta.
Pięknie tu było.
Stary drzewostan mieszany poprzecinany był prostymi, jak strzelił, liniami oddziałowymi. Od czasu do czasu trafiały się małe sosnowe laski albo polanki obsiane zbożem i ziemniakami, jak się później dowiedział, specjalnie sadzonymi dla leśnej zwierzyny na zimę.
Po niedługim czasie dotarł do asfaltu i ponownie wszedł na teren przypałacowego parku. Kiedy dochodził do jednej z odnóg Młynówki i widział już za koronami stareńkich dębów pałacową wieżę naprzeciwko niego ukazało się dwóch młodzieńców, w jego wieku albo nieco starszych.
Jeden z nich zagrodził mu drogę i powiedział zaczepnie:
- Daj papierosa.
W sercu Maro zagrała nadzieja.
- Papierosy nie włosy, na chuju nie rosną – odpowiedział radośnie i stanął w lekkim rozkroku lewym bokiem w kierunku przeciwników.
Rzucili się na niego z dwóch stron, ale on nagle ukucnął i podparłszy się na rękach zatoczył wyciągniętymi nogami młyńca podcinając im stopy.
Obaj upadli niesławnie, a on poderwał się szybko na nogi i prawą stopą wymierzył jednemu z nich kopa w twarz. Nie patrząc na skutek rzucił się kolanami na klatkę piersiową drugiego, zbierającego się powoli i niezdarnie z ziemi, przeciwnika. Połączonymi i lekko zaciśniętymi w pięść dłońmi walnął go, jak maczugą, w głowę.
Coś tylko chrupnęło i z mocno uderzonego nosa polała się krew.
Maro podskoczył do góry i znowu przykopał, tym razem jeszcze mocniej i z większą premedytacją, podnoszącemu się z zalaną krwią twarzą pierwszemu przeciwnikowi. Odskoczył na trzy kroki i drżąc na całym ciele z podniecenia przyglądał się swemu dziełu.
Pobici chłopcy pojękując pomału usiedli trzymając się za uszkodzone facjaty. Jeden z nich spojrzał na Maro wykrzywioną z bólu i strachu twarzą i zaczął płakać.
Maro zrobił krok ku niemu, ale ten wrzasnął błagalnie i rozpaczliwie:
- Nie bij mnie…!
- Złazić ze ścieżki, a na drugi raz nie wchodzić mi w drogę! – warknął groźnie Maro i przeszedłszy pomiędzy nimi skierował się na mostek.

Kiedy Maro dotarł do swojego pokoju zastał tam chłopaka, z którym poznali się na egzaminie w Tułowicach.
Mały Rysiek przyjechał nocnym pociągiem ze swojej pipidówki i był nieco zmęczony, szczególnie taskaniem z dworca sporej walizy i dużej podróżnej torby. Opłaciło się jednak, jak chłopcy stwierdzili po dobrej godzinie, zajadając się zapakowaną w nie wałówką w postaci domowego smalcu i wiejskiego chlebka, kiełbasy, ogórków, gotowanych jajek i ciasta. Wprawdzie popijali to wszystko zwykłą kranówą, ale i tak było bosko, a bekało się po tym obżarstwie wyśmienicie i typowo po mongolsku, gdzie zwyczaj ten świadczył o szacunku wobec gościnnych gospodarzy.
Po jedzeniu legli odpocząć i pogadać. Niedługo to trwało, bo drzemka chwyciła obydwu jednocześnie i spali tak sobie smacznie, rozwaleni nieregulaminowo na pościeli, do tego w ubraniach i butach, aż do wczesnego popołudnia.

Wieczorkiem wybrali się na spacer po okolicy i trafili na małe działki ogrodnicze mieszkańców Milicza, zasobne w jabłonki, śliwy i grusze. Objedli się owoców na miejscu i napakowawszy nieco za bluzy dresów wracali do internatu, gdy nagle otoczyła ich grupa wściekłych działkowiczów i po paru kuksańcach odprowadziła do drzwi szkoły, gdzie na złodziejaszków czekał już Pan Dyrektor.
Wysokie czoło, cienkie mocno zaciśnięte usta i niewątpliwie wredne oczka wkurwionego odyńca dały chłopakom przedsmak kary, a była nią, od razu zapowiedziane, dwója ze sprawowania i ZOK, czyli w języku wojaków zakaz opuszczania koszar.
Po zdrowym zbesztaniu i przymuszeniu do przeprosin pokrzywdzonych działkowiczów, odebrano im jabłka i pogoniono do sypialni.
Tak to, od samego początku Maro był na cenzurowanym, co wcale nie pomogło mu w internackim życiu, ale wręcz przeciwnie.
Do tego trzeba dodać, że był on najwyższym uczniem w szkole i wszędzie go było widać, zwłaszcza na obowiązkowej porannej gimnastyce, pracach społecznych i wieczornych apelach.
Zero luzu i tolerancji.
Uczył się jednak dobrze i od pierwszych dni łapał same czwórki i piątki, więc, gdy przyszło podsumowanie trzymiesięcznego okresu nauki i pierwsza wywiadówka, był jednym z najlepszych uczniów i mimo trójki ze sprawowania otrzymał uczniowskie stypendium.
Szkolny i internacki rygor był przysłowiowy, jak w pruskim wojsku.
Zwracając się do nauczyciela czy wychowawcy trzeba było stać na baczność i odpowiadać:
- Tak jest. Panie Profesorze.
Dyskusji nie było.
Należało wykonywać polecenia, nawet jak były sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i godziły w interesy ucznia.
Nocny capstrzyk oznaczał natychmiastowe wyłączanie świateł w pokojach i łazienkach. Kto nie zdążył z nauką czy ablucjami musiał je dokończyć po ciemku. Kto nie przestrzegał zaciemnienia dostawał pałę ze sprawowania albo płacił w kasie szkolnej karę w wysokości 10 zł. Dawali nawet kwit kasowy.
Za większe przewiny, na przykład spanie w majtkach pod piżamą, co poniektórzy kontrolerzy […i kontrolerki] sprawdzali ręcznie, można było zarobić pięćdziesiąt przysiadów albo dwadzieścia pompek, lub zamiennie dziesięć okrążeń, po 400 metrów każde, dookoła klombów.
Jeśli delikwent trafił na zły humor Pana Wychowawcy mógł oberwać też po plecach i pośladkach pękiem żelaznych kluczy noszonych przez niego na dużym metalowym kółku.
W tym miejscu trzeba dodać, że pierwszy Kierownik internatu, ten od WFM-ki, był odmieńcem – szanował godność uczniów i nie był idiotą, i chyba za to wywalono go dosyć szybko z grona szkolnych pedagogów.
Każdy uczeń podpadający pod specyficzny i mało życiowy regulamin lub zasady postępowania wymyślane ad hoc przez wychowawców miał też obowiązek pracować poza kolejką przy różnych robotach porządkowych w ogrodzie, parku czy przy remoncie pałacowego budynku.
A tej roboty było, co niemiara.
Na porannych apelach sprawdzano włosy, paznokcie, chustki do nosów, skarpetki, guziki itp.
Kto miał za długie włosy leciał do fryzjera z wyciętym wcześniej na czubku głowy kółkiem.
Kółko wycinał Pan Wychowawca albo osobiście Pan Dyrektor, tępymi nożyczkami.
Bywało, że za karę nie wpuszczano na stołówkę i człowiek chodził głodny.
Szafki ubraniowe, nocne, materace, pościel i kieszenie rewidowane były systematycznie i od przypadku, nawet w kiblu.
Wyjście poza teren internatu obwarowane było otrzymaniem przepustki, a karą za ucieczki był ZOK oraz przykry list do rodziców, w skrajnych przypadkach wyrzucenie z internatu lub relegowanie ze szkoły.
Obowiązkowej kąpieli w zbiorowej łaźni dostępowali chłopcy tylko raz w tygodniu.
Kto nie zjadł całego posiłku na stołówce za karę sadzany był w osobnym pomieszczeniu i musiał nie tylko zjeść, co zostawił, ale jeszcze kilka dodatkowych porcji.
Kiedyś Maro, za niezjedzenie kawałka łykowatego mięsa, został posadzony przy cenzurowanym stole. Kazano mu zjeść trzy wazy wstrętnej grochówy z kawałkami rzadkiej słoniny, ale zemścił się, bo zaraz za progiem wyrzygał wszystko na korytarzu i upadł udając zemdlonego, by nie kazali mu tego sprzątać.
Nie jadł nic potem wieczorem ani przez cały następny dzień.

Pisał swój chłopięcy pamiętnik z relacjami wszystkich wydarzeń, spostrzeżeń i własnych opinii o kolegach i nauczycielach ukrywając go skrzętnie w jakimś zakamarku, ale znaleźli go.
Następnego dnia został wezwany do Dyrektora i po prostu, bez wyjaśnień i tłumaczeń, wywalony z internatu.
Udało mu się znaleźć stancję u rodziców jednego z uczniów, którzy zgodzili się przejąć nad nim nadzór, w zamian za pomoc Maro przy korepetycjach i douczaniu ich niekumatego synka.
Mieszkał tam u nich w mieście prawie do końca roku szkolnego.
Na kilka dni przed wakacjami przyjechała córka gospodarzy studiująca muzykę w wojewódzkim mieście.
Młodzi zrobili sobie wieczorek przy pianinie, świecach, pogaduchach, piciu wina i oglądaniu przywiezionych przez nią świerszczyków.
Dziewucha była mocno podniecona i zachęcała go do łóżka licząc na to, że rodzice już śpią. Jeszcze dobrze się nie rozkręciła, gdy wpadł wkurzony, podsłuchujący ich przekomarzania tatulek, i Maro znowu wylądował na przysłowiowym bruku.
Sprowadzony ciupasem zespół śledczy w osobach samego Pana Dyrektora i Pana Wychowawcy znalazł w pianinie, w pudle na struny, świerszczyk z seks historyjkami.
Pannica powiedziała, że to własność chłopaka. Nie oponował, bo niby jak?
Ale się działo!
Na szczęście koniec roku był za pasem i skończyło się na zabraniu go do internatu i czasowym umieszczeniu pod kluczem w lekarskiej izolatce, obniżeniu oceny ze sprawowania i telefonicznym powiadomieniu ojca.
Rob przyjechał kilka dni później i zabrał syna do domu, ale na szczęście już ze świadectwem ukończenia klasy pierwszej.
Pamiętnika Maro nie odzyskał nigdy.
Miał nadzieję, że jego lektura dobrze dała w kość czytającym, i być może, doprowadziła ich do jakichś budujących refleksji w temacie postępowania z młodymi ludźmi i nakłoniła do zmian w stosowanych metodach wychowawczych.
Ale tylko nadzieję.

*

Jechali z ojcem pociągiem w całkowitym milczeniu.
Wprawdzie, w ciągu tego szkolnego roku na ferie zimowe i Boże Narodzenie był w domu, wprawdzie obowiązkowo przełamali się opłatkiem, czego dopilnowała mama, ale i tak ich wzajemne relacje ograniczały się wyłącznie do „witam” albo „do widzenia”.
W minioną Wielkanoc też się nie pogodzili, bo do domu Maro nie pojechał, tylko do swojego nowego przyjaciela z klasy, Żararakiego.
Przezwisko nadał Jaśkowi po bajdurzeniu tamtego, jak to w wakacje poprzedzające przyjazd do technikum, miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z australijskim wężem o tej nazwie. Jaśko opowiadał, jak to był w krainie strusi, dziobaków i misi koala u swego wujka, jak to udał się na wyprawę w busz, jak to ukąsił go żararaki i towarzyszący mu tubylec rozcinał mu nogę nożem i wysysał zatrutą krew, jak to strzelał do dzikich zwierząt i ujeżdżał mustangi. Po kolejnym takim wieczorze fantasy Maro zabrał go do swojego nowego pokoju, gdzie mieszkał teraz za karę z dziewięcioma uczniami z innej klasy, otworzył szufladę nocnej szafki i bez słowa wskazał palcem na leżącą tam książkę.
- Co nieco ci się pomieszało, kolego – powiedział. - Żararaki nie żyje w Australii tylko w Ameryce Południowej, należy do rodziny grzechotników i jego jad jest zabójczy, szczególnie dla białego człowieka. Może byłeś nie w Australii, ale w Argentynie.
To też na „A” – dodał bez uśmiechu.
Jaśko się obraził na kilka dni.
Był jednak dobrym kumplem i potrzebował Maro.
Sam miał opinię maminsynka, zresztą całkiem zasłużoną, i pozostali koledzy traktowali go lekceważąco. Kiedy jednak Maro wziął go pod swoje skrzydła inni zaczęli traktować go z szacunkiem i nie było już kocówek, dosypywania soli do kompotu czy podkładania żab pod prześcieradłem.
Żararaki też uczył się nieźle, bo był znacznie inteligentniejszy od wielu kolegów, a nawet, co poniektórych członków grona.
Miał spora wiedzę, z wyjątkiem matmy, oraz dostęp do książek i lektur poprzez swoją starszą siostrę i przez mamę.
Kiedy zaczynał zbytnio fantazjować Maro sprowadzał go szybko na ziemię i razem wkuwali wymagany programem nauczania materiał. Jeden uczył się na przykład botaniki, drugi przygotowywał fizykę.
Potem przekazywali sobie nabytą wiedzę, dyskutowali, a nawet poszerzali niektóre partie materiału o wiadomości encyklopedyczne lub inne ciekawostki znalezione w bardziej zaawansowanych podręcznikach, niż mieli do dyspozycji w szkole.
Starym i sprawdzonym zwyczajem Maro uczyli się jedną lekcję do przodu i tym samym brali czynny udział w zajęciach zyskując uznanie nauczycieli i dodatkowe punkty za aktywność.
Mieszkali w innych pokojach, ale na nauce własnej i w czasie wolnym można ich było spotkać razem.
Tylko na randki Maro go nie zabierał ze sobą, zawsze mu tłumacząc, że jest za przystojny i stanowi dla niego zbyt dużą konkurencję.

Na randki z milickimi dziewczynami Maro zabierał ze sobą Kostka.
Kostek był jakby jego przybocznym.
Maro mu ufał, co było rzadkością w jego wydaniu.
Kostek pochodził ze wschodniej ściany Polski, gdzieś spod Łukowa, gdzie w czasach okupacji walczył z Niemcami ojciec, stryj i ciotka Maro.
Był średniego wzrostu, ale taki trochę kwadratowy, ubity twardymi mięśniami, i choć nieco powolny to miał chwyt niedźwiedzia.
A przede wszystkim skrupulatnie, jak dobry i karny ochroniarz, wykonywał rozkazy swojego dowódcy.
Maro nauczył go swojego stylu walki oraz filozofii zwycięstwa ponad wszystko, co z niedźwiedziowatego osiłka uczyniło prawdziwą bestię.
Ich przyjaźń datowała się od początków października, kiedy to do Milicza zjechała trupa z karuzelą, strzelnicą i gabinetem śmiechu.
W niedzielę po południu prawie wszyscy chłopcy dostali przepustkę i na miasto ruszyło ponad stu mundurowych.
Część z nich, między innymi Maro, udała się na teren wesołego miasteczka. Kasy nie było zbyt wiele, więc Maro tylko obserwował teren, kolegów i spacerujące dziewczęta.
Był pogodny i ciepły dzień złotej polskiej jesieni.
Chłopak zdjął mundurową kurtkę i trzymając ją przewieszoną przez ramię szpanował przed pannami płaskim brzuchem i wypiętą do przodu klatką piersiową. Na oczach miał, modne wówczas, wąskie słoneczne okulary. Potargał grzywkę na czole i uśmiechał się, szukając ofiary.
W oko wpadło mu dziewczę nieco mniejsze od krasnala, chude, lecz z widocznymi już okrągłościami pod kusą spódniczką i opiętą bluzeczką. Podszedł i zagadał, jak to on, z pewną nonszalancją i nieudawanym aktorstwem:
- Cześć księżniczko. Nie masz czasem ochoty na wspólny spacer z księciem. Albo, chociaż lody? A może nie wolno wam zapoznawać się z leśnikami? Może w mieście mówią, że to leśni dzicy ludzie i gryzą zamiast całować? Popatrz na mnie łaskawie, a będę Cię na rękach nosił piękna Calineczko. Jak masz na imię? A może muszę zgadnąć? Może Józia?
Zasypana potokiem słów panienka otworzyła szeroko oczęta, a już całkiem zbaraniała, gdy usłyszała swoje prawdziwe imię wypowiadane przez nieznanego chłopaka. Gdyby wiedziała, że Maro obserwował ją już od dość dawna i podsłuchał jej wcześniejsze rozmowy z koleżankami zapewne odcięłaby się, albo i nie, ale teraz patrzyła tylko pytająco i z oczekiwaniem, co będzie dalej.
- Widzę po twojej minie, że zgadłem – powiedział chłopak i wyciągnął do niej rękę.
- Jestem Maro.
Dziewczyna podała mu machinalnie swoją, a on uchwyciwszy ją galanteryjnie za koniuszki palców pochylił się, i przytrzymując wyrywające się paluszki złożył na jej dłoni pocałunek. Potem obrócił dziewczyną, jak w tańcu i trzymając u swego boku zrobił kilka kroków w kierunku barakowozu strzelnicy. Poszła potulnie unosząc głowę i wpatrując się z dołu w jego twarz, i oślepiające oczy słońce.
Po paru minutach szli już razem w kierunku wzgórza z kilkoma starymi klonami trzymając się za ręce i rozmawiając.
Ziuta, jak ją zaraz Maro przechrzcił, trzymała w ręce zestrzelony dla niej przez niego kwiatek.
Pod rozłożystym klonem, a może lipą Maro ułożył marynarkę na kępie wybujałej trawy i wskazał ją gestem swojej nowej bogdance.
Dziewczyna ukucnęła i usiadła, ale tak niefortunnie, że przewróciła się do tyłu na plecy. Łapiąc równowagę uniosła do góry nogi ukazując pod króciutka spódniczką szerokie krocze pomiędzy niewykształconymi jeszcze, chudymi udami. Kątem oka Maro dojrzał śmieszne białe majteczki z nogawkami z koronki. Szybko się schylił, pomógł leżącej zaczerwienionej panience usiąść i wskazując na nadal widoczne rąbki majteczkowych koronek powiedział:
- Faktycznie prawdziwa z Ciebie księżniczka. Cudne majteczki – uśmiechnął się do niej rozbrajająco i przysiadł obok obejmując delikatnie za ramiona.
Patrzyli na plac z karuzelą i widoczne za nim domy miasta, wieże kościołów i korony wielkich drzew.
Siedzieli tak przytuleni długi czas nic nie mówiąc.
Kiedy milczenie przedłużało się trochę niezręcznie Ziuta podniosła głowę. Miała ogromne jasno szare oczy, przecięte cienką ciemniejszą źrenicą, okolone jasnymi rzęsami i prawie niewidocznymi łukowatymi brwiami. Krótko ścięte, jak na chłopaka włosy, długa cienka szyja i trójkątny podbródek nadawały jej twarzy wygląd maleńkiej zdziwionej elfiny, mieszkanki lasów Śródziemia.
Jej oczy patrzyły pytająco i nieco zaczepnie.
Maro podniósł wolno prawą rękę i delikatnie dotknął palcem jej górnej wargi. Opuszkiem przesunął po jej krawędzi, a po chwili przeniósł pieszczotę na dolną. Bawił się tak chwilkę jej ustami, a gdy przymknęła oczka pochylił się nad nią kładąc na trawie i zakrył jej usta swoimi.
Nie był nachalny ani agresywny.
Delikatnie dotykał jej warg i wysuniętym koniuszkiem języka kontynuował poprzednią pieszczotę.
Kiedy lekko rozchyliła usta przeniósł koniuszek języka na zęby i wewnętrzną stronę warg. Ziuta poddała mu się cała i zarzuciła wolną rękę na szyję wplatając palce w jego włosy. Całował nadal bardzo delikatnie aż poczuł, że jej maleńkie serduszko dygocze, a ona sama drży jak osika i przyciska do niego swoje malutkie piersiątka.
Wtedy przestał całować i delikatnie muskał jej nosek swoim, potem scałował przymknięte oczęta i znowu nosek, i znowu dotknął ustami jej ust. Czekał. Wreszcie dziewczyna otworzyła oczy i wpatrzyła się w jego, pochylone nad nią szaro zielone i lekko przymglone tęczówki. Potem wysunęła swój języczek i, już z jej inicjatywy, zabawa rozpoczęła się od nowa.
Jej usta miały smak malin.
Kiedy ich dłonie stały się niespokojne usłyszeli jakieś krzyki.
Pod ich górkę szło kilka postaci w zielonych mundurach, a za nimi następowali kolorowo ubrani miejscowi autochtoni, pokrzykując zaczepnie podwórkową gwarą. Gdy obie grupki dotarły do drzew Maro i Ziuta stali już plecami przywarci do jednego z nich.
Dziewczyna była naprawdę niewielkiego wzrostu, ale za to krzepko trzymała swojego chłopaka za rękę i widać było, że wcale się nie boi.
Maro od razu wiedział, co będzie dalej.
To był jego dawny świat, jak z czasów bałuckiej ferajny.
Miejscowi na pewno nie odpuszczą, to ich teren, no, i jest ich więcej. Intruzów należy pognębić i przegnać raz na zawsze.
A leśnicy byli intruzami. I obcymi.
Najstarszy z napastników wystąpił do przodu popatrując kpiąco na przestraszonych trzynastolatków skupionych wokół Maro i powiedział:
- Wyciągać portfele i robimy składkę na wino. Kto nie daje ten nie pije i dostaje po ryju.
Maro wystąpił do przodu dwa kroki i odpowiedział pojednawczym tonem, chcąc zyskać na czasie:
- Pieniędzy nie mamy. Bić się nie chcemy. Zostawcie nas w spokoju.
Nagle zza jego pleców padło przestraszone:
- Ja dam - jak się później okazało, z ust ucznia pochodzącego ze stolicy, i mającego pieniądze, ale nie honor i odwagę.
Brakowało mu też zapewne i rozumu, bo wiadomo, dasz raz to potem będziesz dawał ciągle.
Maro odwrócił się i powiedział groźnie:
- Nie!
Jednak w powietrzu już leciała w kierunku miliczan zrolowana czerwona stówa.
Po niej poleciały następne banknoty o nieco mniejszych nominałach, ale na pewno były tam też jeszcze, jak zauważył Maro, i zielonkawe pięćdziesiątki.
Czuł ogromną ochotę rzucić się i wyzbierać pieniądze, ale miał na względzie bezpieczeństwo swoje, tchórzliwych kolegów i przede wszystkim dziewczyny.
Prowodyr grupy napastników był też od niego wyraźnie starszy i na oko miał dobre dwadzieścia lat, pozostali też nie byli dziećmi.
Jeden z nich pozbierał pieniądze i powiedział do Maro:
- A ty co? Dawaj forsę.
Maro tylko wzruszył ramionami i patrzył dalej prosto w oczy prowodyra.
- Spierdalać – warknął tamten wskazując palcem na stojącego już na uboczu grubasa, który pierwszy rzucił pieniądze.
Grupka zielonych mundurków oddaliła się w pośpiechu, a smród ich strachu wypełnił czystą dotąd przestrzeń wzgórza.
Na placu boju pozostał tylko Maro, Ziuta i … jeden zielony mundurek, który mrucząc „kurwy” pod nosem zdejmował marynarkę.
Prowodyr odezwał się pojednawczo, czując nosem, mimo miażdżącej przewagi swojej grupy, grubszą awanturę:
- Daj te okulary to będziemy kwita.
Maro zdjął je i wsadził do kieszeni trzymanej w ręku mundurowej marynarki.
Nadal nic nie mówił tylko patrzył.
Prowodyr wyciągnął z kieszeni scyzoryk, otworzył ostrze i powiedział:
- To dawaj ten pas!
Pewnie chciał już zająć się wydawaniem poleceń, co kupić i gdzie konsumować, ale musiał jakoś zachować twarz przed swoimi kumplami.
Maro skrócił nieznacznie dzielący ich dystans do dwóch metrów. Doskonale wiedział, że unieszkodliwienie tego, w końcu dorosłego faceta, zakończy natychmiast całe zajście i pozostali rozpierzchną się po jego ataku, a jak nie, to i z nich wybierze tego mocnego i załatwi go również, tak jak zaplanował.
- Dobra. Dam Ci tę forsę. Mam ją w skarpetce – mówiąc to schylił się i sięgnął pod nogawkę.
W zapadłej nagle całkowitej ciszy szczęknął metalicznie i złowrogo sprężynowy nóż.
Błyszczące ostrze poleciało do przodu z ręką Maro, który odbił się z przysiadu i leciał w powietrzu celując pięścią w gardło przeciwnika.
Ten odchylił się przed ciosem zamiast wyjść mu naprzeciw, i pięść Maro całą siłą wyskoku uderzyła w odsłoniętą grdykę i podbródek. Trzymany nóż zwiększył siłę uderzenia, a stalowe ostrze przecięło skórę policzka i nadcięło ucho. Peter padł na ziemię jak ścięty, a Maro rzucił się na najbliższego gnoja. W sukurs przyszedł mu Kostek i wrzeszcząca, jak zarzynana, Ziuta, z suchą gałęzią w maleńkiej dłoni.
Po niecałej minucie było po walce.
Miejscowe bandziorki uciekały ciupasem w kierunku widocznego miasta pozostawiając swego upadłego wodza na ziemi.
Maro trącił go butem, sprawdził tętnicę na szyi, trzasnął na odlew w pysk i gdy tamten otworzył oczy powiedział:
- Bój się! Jak jeszcze raz mnie zaczepisz to zabiję – i przyłożył mu ostrze noża do twarzy.
- Spadamy – powiedział do swoich podnosząc się z kolan.
Poszli w kierunku przeciwnym do uciekinierów i po chwili zagłębili się w alejkach działek, gdzie kiedyś z Ryśkiem Maro kradł jabłka.
Przy szosie przeleźli przez siatkę płotu i chłopcy powędrowali w kierunku pałacu, a Ziuta do domu.
Dała jeszcze na pożegnanie swojemu bohaterowi namiętnego całusa, do ucha wyszeptała, na wszelki wypadek, swój domowy adres i umówili się na następne spotkanie za dwa dni, na wałach nad Baryczą koło ruin warownego zamku.
Chłopcy szli powoli i w milczeniu.
Po chwili Maro wyciągnął swój nóż i pokazał Kostkowi, jak zwalnia się sprężynę. Potem zdjął pasek z nogi i razem z nożem zawinął w duży liść łopucha, wygrzebał jamkę w ziemi koło filaru mostka nad Młynówką i przysypał ziemią z liśćmi.
- Nie było noża – powiedział. - On zranił się swoim. Cała reszta była, jaka była. Masz mówić prawdę, by się nie poplątać.
Kostek ochoczo mruknął:
- Tak jest. Maro. Nie było noża.

Kiedy weszli na dziedziniec pałacu trwał tam nadzwyczajny apel.
Karnie stały w czwórkowych szeregach poszczególne klasy.
W centrum obok kilku nauczycieli i dyrektora stała grupka tchórzy, którzy powiadomili grono o zajściu w wesołym miasteczku.
Dyrektor zapytał Maro:
- Daliście pieniądze?
- My nie. Panie Dyrektorze. Daliśmy im po ryju i uciekli. My awangarda, brać, armia twarda - zacytował hymn leśników, którego nauczył się na pamięć jeszcze w Tułowicach.
- Moje chłopaki – westchnął radośnie kierownik Internatu i zarządził.
- Spocznij. Rozejść się do sal. Wy zostaniecie – wskazał na Maro, Kostka i grupkę poszkodowanych.
Zabrali wszystkich do jednej z wielkich klas i zaczęło się przesłuchanie. Po chwili do nauczycieli dołączyło kilku milicjantów.
Po kilku godzinach, już po ciemku, szarą półciężarówką z napisem Milicja Obywatelska wszyscy zostali przewiezieni na Komisariat.
Tam okazano im podejrzanych.
Wszyscy wskazali na dwóch z nich.
Byli to bracia o ukraińskim nazwisku. Jeden z nich miał na twarzy gruby opatrunek.
Dwa tygodnie później bandyci zostali skazani na dziewięć miesięcy bezwzględnego więzienia.
Ale przepustki na wyjście zostały Maro i Kostkowi odebrane na wiele dni, przez Pana Wychowawcę od kurek.

Chłopcy radzili sobie jednak i bez przepustek.
Pomiędzy nauką własną, a wieczornym apelem umawiali się ze swoimi dziewczynami na wałach i siedzieli z nimi w krzaczkach widząc dziedziniec przez kraty ogrodzenia, gdzie na ławeczkach siedzieli, ustawieni i odpowiednio zmotywowani koledzy, dając, w razie czego, znak niebezpieczeństwa, gwizdem lub okrzykiem.
Delikwent wracał wtedy biegiem, a nawet złapany przez wychowawcę przed bramą tłumaczył się, że właśnie był siku, bo przecież nie mógł go zrobić pod azaliami czy głogami na terenie pałacu.
Z kolei randka po apelu wieczornym wymagała niesamowitego kunsztu i pomocy kolegów.
Kiedy robiło się ciemno panny przechodziły przez płot i spotkanie następowało w bezpośredniej bliskości murów pałacu. Podobno pod latarnią najciemniej, więc, wielu to się udawało. Maro też.
Jednak najbezpieczniej było zostać sportowcem.
Po pierwsze nie trzeba było ciągle pracować na robotach społecznych, do których codziennie, pomiędzy obiadem i nauką własną, kierowano jedną klasę. Sportowiec zakładał dres, kolce, brał dysk, kulę lub oszczep, albo piłkę i …trenował, zamiast pracować jak inni.
Można było biegać i rzucać po parkowych alejkach, na wałach i w lesie oraz na terenie boiska, które z ogromnym trudem budowano na parkowej łące, pomiędzy pałacem, a miastem.
Z uwagi na swoje predyspozycje Maro wybrał rzuty i zapisał się do Ludowego Zespołu Sportowego, którego sekcja sportowa istniała także przy ich szkole.
Brał zazwyczaj dysk lub oszczep, bo kula była zbyt ciężka i nieporęczna, opuszczał teren internatu zaraz po obiedzie i znikał. Ponieważ miał, jako jedyny, dres koloru khaki to natychmiast wtapiał się w otoczenie.
Białe tenisówki, by go nie zdradzały, przyciemnił nacierając je brązową pastą do butów.

Jesień tego roku była cudownie piękna i ciepła.
Buki, graby i dęby, wiele płaczących wierzb i innych gatunków drzew zrzucały żółto czerwone liście tworząc w parku i lesie kolorowy dywan. Dorodne świerki dawały przyjazny cień, w którym można się było skryć przed okiem każdego podglądacza.
Randki z Ziutą stawały się coraz bardziej gorące i hamowała ich chyba tylko obecność Kostka i koleżanki Ziuty, z którą tamten chodził.
Spotykali się teraz prawie codziennie. Maro martwił się trochę o postępy dziewczyny w szkole, ale powiedziała, że ma same dobre stopnie i kiedyś nawet na dowód tego przyniosła mu pokazać swoje zeszyty z ocenami. Zresztą dużo rozmawiali o przerabianych przedmiotach.
On opowiadał jej o zwierzętach, roślinkach, pomagał na kolanie rozwiązywać trudniejsze zadania z matmy, fizyki, gramatyki czy też streszczał jej lektury albo donosił gotowe już wypracowania.
Ona opowiadała mu o tkaninach, szwach, tasiemkach i modnych krojach oraz śpiewała piosenki.
Dużo rozmawiali o swoich zainteresowaniach, a szczególnie o jego koniach.

Pewnej niedzieli, gdy Maro miał legalną przepustkę na kilkugodzinny trening, wybrali się na daleki spacer, za kąpielisko, gdzie drugiego dnia swego pobytu w Miliczu, Maro urządził sobie schładzającą krew kąpiel. Gdy dotarli do lasu za kąpieliskiem chłopak opowiedział jej o Białej Damie i swoich sennych marzeniach, o mundurze i wrednym wychowawcy, o kąpieli na golasa w tym miejscu, o późniejszej bójce w parku i swoich losach z bałucką ferajną. Przemilczał tylko epizody z Lolą i swoimi innymi dziewczynami.
Panienka słuchała jego opowieści, jak baśni, i tylko głaskała go po ręce przytulając się ufnie.
W pewnym momencie usłyszeli na drugim brzegu rzeki rżenie koni. Woda była wartka i zimna. Maro kazał jej zamknąć oczy i nie podglądać. Rozebrał się od pasa w dół, wcisnął spodnie, gatki i tenisówki pod bluzę dresu i wziął ją na ramiona. Była lekka, zręczna i trzymała się go za włosy, gdy przekraczali ostrożnie wodę. Na drugim brzegu szybko się ubrał i pobiegli w kierunku pasących się na łące dwóch wypasionych wiejskich koni.
Ziuta chodziła do szkoły krawieckiej i sama szyła sobie większość ciuszków. Tego dnia miała na sobie wysokie botki, luźne spodnie typu pumpy, sweterek i ciepły kubraczek wykończony przy szyi kawałkiem futerka. Na krótkich włosach nosiła okrągły toczek bez daszka wiązany pod szyją długim rzemykiem.
Podeszli do koni.
Były nieufne, więc, stanęli obok nich przytuleni do siebie i czekali.
Po kilku chwilach i zachęcie w postaci stonowanego cmokania jeden z koników podszedł, by ich obwąchać. Za chwilę przyszedł i drugi.
Maro poklepał je po szyi i delikatnie wsunął jednemu dłoń do pyska, w szczelinę pomiędzy zębami. Konik obruszył się za tę obcesowość, ale pozwolił nadal głaskać się po szyi, kłębie i chrapach. Dał też do sprawdzenia wszystkie cztery nogi, co zwiastowało, że nie jest dziki.
Na głowie miał prosty skórzany kantar.
Kawałek wyciągniętego z kieszeni dresu sznurka Maro przełożył mu za zęby i przesunął przez kółka kantara robiąc prymitywne wędzidło i wodze.
Stanął do konika bokiem i po jego kolanie Ziuta wdrapała się na grzbiet czworonoga.
Trzymając go krótko za wodze Maro ruszył na obchód łąki.
Ziuta siedziała popiskując cichutko z wrażenia. Koń szedł spokojnie przy nodze Maro, nie tulił uszu, nie wzdrygał się, nie machał ogonem.
Łąka była bardzo duża i ogrodzona niskim płotem z kolczastego drutu. Kiedy zrobili już kilka okrążeń chłopak poprowadził konia na środek łąki, do wypalonego ogniska gdzie stało kilka drewnianych pieńków.
Wszedł na jeden z nich i usiadł za Ziutą.
Koń zdrętwiał i zaczął kiwać głową w górę i w dół, ale Maro kontrował go delikatnie sznurkiem i uspokajał głosem.
Siedział za bardzo z tyłu i gdy udało mu się przepchnąć, po śliskim grzbiecie, nieco do przodu swoją partnerkę, usadowić i połechtać bok konia piętami ten ruszył, a właściwie skoczył do przodu.
Przyrodzonym chodem konia jest stęp albo galop, a nie powolny kłus, więc, nagle nasi ujeżdżacze znaleźli się w powietrzu, potem znowu na grzbiecie i trzymając się grzywy pognali przez trawy.
Daleko nie ujechali.
Przy ogrodzeniu galopujący bachmat zatrzymał się nagle i młodzi, nie wiedząc, kiedy, wylądowali za drutem, na miękkim polu z ledwie wschodzącą oziminą. Nic im się nie stało, choć ubranka były nieco powalane ziemią i piaskiem.
Otrzepali się szybko i pognali radośnie brzegiem rzeki w kierunku mostu na szosie.
Po drodze, w melioracyjnym rowie obmyli ręce, gębule i oczyścili ubrania. Spodnie trzeba było jednak zdjęć, bo po czyszczeniu były mokre. Maro zrobił z patyków i resztek sznurka krzyżaki, na których rozpięli dres i pumpy. Sami zapadli w osłoniętej ze wszystkich stron nadbrzeżnymi krzewami miniaturowej polance.
Ułożyli swoje zmarznięte pupy na bluzie od dresu i kubraczku przytulając się mocno, całując i szepcząc czułe słówka do uszu. Po chwili Maro leżał na plecach, a Ziuta ułożyła się płasko na nim wciskając swój miniaturowy brzuszek w jego żołądek.
W powietrzu buzowało stado feromonów. Ot, Natura.
Kiedy chłopak wziął w rękę mały, gorący i twardy pośladek dziewczęcia, w jego wnętrzu zagrały orkiestry dęte, jak na śląskiej paradzie. A kiedy wolną ręką objął drugi to był, to już symfoniczny koncert.
Podnieconym szeptem wychrypiał Ziucie do uszka:
- Mam taką straszną ochotę je pocałować. Pozwolisz mi?
……………………..
[dalszą część tekstu ocenzurowano].
……………………..
…Dziewczyna była jak w szoku. Gładziła go po włosach, uszach, twarzy. Całowała i całowała. Wreszcie, już odprężona, zaczęła szeptać do jego ucha:
- Mój ty najdroższy, mój ty mężczyzno, mój ty kochanku, mój ty wariacie. Jak ja Cię kocham. Zawsze już będziemy razem. Możesz ze mną robić, co zechcesz. Będę Twoją księżniczką i niewolnicą. Twoim drugim ja. Twoją drugą połową.
Patrzył w jej oczy i widział oddanie i pełną akceptację tego, co powie lub zrobi.
Uśmiechnął się, odprężył i ujął jej twarz w swoje spocone dłonie.
- I ja Cię kocham – odpowiedział jej.
Potem zamknął jej usta pocałunkiem trwającym wieczność.
Kiedy zrobiło się zimno szybko ubrali się i cichaczem, brzegiem rzeki i wałami pobiegli w kierunku starego zamku trzymając się za ręce.

*

Pociąg gwałtownie zakolebał się na ostrzejszym zakręcie. Maro otworzył oczy i popatrzył na siedzących w przedziale ludzi.
Wszyscy drzemali, jak i on przed chwilą. Ojciec też.
Sięgnął do kieszeni i wyciągnął portfelik, otworzył go i zapatrzył się w oczy dziewczyny.
Swojej dziewczyny.
Swojej przyszłej żony, jak święcie wierzył.
Widział jej zapłakane ślepka, gdy żegnali się na ostatniej randce. Wiedział, że smutno mu bez niej będzie w wakacje, ale taki już los nieletnich dzieci, bo w większości spraw ich dotyczących zazwyczaj decyzje podejmują rodzice lub opiekunowie.
Obiecał jej, że będzie, co tydzień pisał długie listy.
Pociąg wyrównał swój bieg i Maro znów przymknął oczy.

*

Głównym detektywem szkolnym był nadgorliwy Pan Wychowawca.
To on organizował przeszukania, ścigał krnąbrnych uciekinierów na lewych przepustkach, szpiegował i prowadził z delikwentami poważne rozmowy, ustalał kary i prowadził „księgę skazańców”.
Pisał wiersze i bardzo lubił je recytować swoim podopiecznym.
Była to także forma kary gdyż trzeba było wysłuchać nie tylko umoralniającej tyrady, ale także kilku wierszy o lesie, zwierzątkach i życiu leśnych ludzi.
Nie daj Boże, jak ktoś go zachęcił dobrym słowem albo psim spojrzeniem.
Wtedy wszyscy obecni w sali byli skazani na wysłuchiwanie długaśnych monologów Pana Etyka i Poety.

Pewnego razu Maro wracał z treningu rzucając sobie, co rusz oszczepem. Obok niego podskakiwała Ziuta śpiewając jakąś piosenkę i zataczając taneczne kręgi.
Dziewczyna wyglądała jak cudowny motyl, uśmiechnięta, rozśpiewana, tańcząca.
Ubrana była też barwnie w białą bluzkę z żabotem, czerwoną spódniczkę i króciutki kasaczek tegoż samego koloru, czerwoną opaskę na włosy, czerwone buciki i białe pończochy. Jej piersi nie rysowały się wprawdzie pod zakładkami i żabotem, ale Maro wiedział, że tak jak pupa, znacznie się powiększyły i zaokrągliły.
Była rozkwitającą piętnastolatką powabną, jak otaczająca ich Wiosna.
Nagle usłyszeli głos myśliwskiej sygnałówki.
Był początek pierwszej pory roku i nie zauważyli na tle młodej zieleni, widocznej z przodu grupy chłopców.
Gdy doszli do wbitego w ziemię oszczepu Maro, jak gdyby nic, rzucił nim w bok i pobiegli brzegiem sosnowego zagajnika. Po wielu zmianach kierunku, zwanego w języku traperów i myśliwych kluczeniem, dotarli do parku i rozstali się umawiając na kolejną randkę.
Maro przebrał się i powędrował do klasy na naukę własną.
Klasy były ogromne, a w jego, w samym centrum stała duża katedra dla nauczycieli.
Po kilku minutach nauki do środka wszedł Pan Wychowawca i stanął za katedrą.
Swoim zwyczajem rozłożył szeroko ręce i zaczął z emfazą:
- Idę ja sobie dzisiaj z chłopcami przez las potrenować myśliwskie sygnały. Wiosna pachnie, grają ptaki i słoneczko rzuca na świat złote cienie. Nagle widzę dwoje młodych ludzi na spacerze. Cichutko, zza krzaczków obserwujemy, kto to. Co to za leśny skrzat i co to za Robin Hood z oszczepem, zamiast łuku, zakłócają głośnym śpiewem i tańcem świergot ptaków i spokój leśnych ostępów. Ale oni czujni byli. Dojrzeli nas i usłyszeli tego - tu pokazał palcem na jednego z uczniów - profana leśnej muzyki, który ostrzegł ich buczeniem swojej trąby. Uciekli od nas w niebotyczne krzaki, bagna i chaszcze. A ja chciałem tylko poznać tę pannę spacerującą sobie beztrosko z jednym z Was. Chciałem tylko wiedzieć; jak ma na imię i jak się nazywa, czy jest starsza czy młodsza od niego, do jakiej szkoły i do jakiej klasy chodzi, gdzie mieszka, kim są jej rodzice i gdzie pracują, czy chodzi do kościoła, jak się uczy, jakie ma hobby, czy przechodzi już menstruację, jak dawno się znają z naszym uczniem, czy współżyją ze sobą i czy się zabezpieczają, jak to robią, czy wiedzą, jakie straszne choroby grożą młodym ludziom i czy zdają sobie sprawę, co to jest odpowiedzialność za małe dziecko…. – zasapał się, ale po nabraniu oddechu kontynuował:
- ….ale oni uciekli. I teraz ten śliski płaz, gad w ludzkiej skórze, ten jaszczur siedzi tu z Wami i śmieje mi się w nos. Ale ja mu jeszcze pokażę! – zawołał, jak wilk do zajączka na ruskiej kreskówce – ja go jeszcze nauczę szanować normy etyczne i nawrócę na drogę cnoty.
Od dzisiaj masz ZOK, Jaszczurze!
I tu wskazał palcem na Maro. W ławce jednak nie było już chłopaka.
Gdy Wychowawca unosił natchnioną twarz i ręce ku sufitowi, chłopak czmychnął cichaczem przez niedomknięte drzwi, i nikt chyba tego nawet nie zauważył.
Tego typu teksty, i inne podobne w treści, nie tylko Maro wysłuchiwał wielokrotnie.
Generalnie uświadamianie seksualne uczniów przez Pana Wychowawcę polegało na zakazie wyjść na miasto, pouczaniu o szkodliwości kontaktów z dziewczętami i straszeniu chorobami wenerycznymi albo przedwczesnym niechcianym rodzicielstwem.

Kiedyś u Żararakiego znaleziono podczas rewizji szafek pudełko
z zapałkami, co nie było zakazane, ale nasz Szkolny Detektyw tknięty przeczuciem, otworzył je i znalazł używaną prezerwatywę z kilkunastoma żeńskimi imionami napisanymi długopisem.
Od tej pory Jaśko wśród belfrów miał ksywkę „kwiatuszek z kondonika”.
Baronowa, jego mama, była zdruzgotana, gdy fakt ten upubliczniono na kolejnej wywiadówce, ale Maro wiedział, że to tylko kolejny artystyczny efekt fantasmagorii jego przyjaciela.
Jaśko palił „Wrocławskie”, papierosy o mdłym smaku, mocnym zapachu i znacznej cenie. Pewnego razu wracał sobie z parku pogryzając jabłko, co miało niby zabić zapach tytoniowego dymu, gdyby został przyłapany przy wejściu do internatu. Miał pecha i nadział się na wychowawcę. Kiedy Pan Etyk chciał mu zrewidować kieszenie powiedział, że nie zgadza się na to, bo ma w kieszeniach ważne i tajne rodzinne dokumenty.
Płachta na byka!
Skończyło się na zaprowadzeniu go za ucho do Dyrektora, który mieszkał na terenie szkoły, konfiskacie fajek i kolejnym wezwaniu rodziców.

Maro nie miał takich problemów, bo nie palił tak dużo, jak inni.
Miał wprawdzie w swoim schowanku paczkę zatykających dech w piersiach „Mazurów”, takich, jakie jako jedyny w szkole palił Pan Kapuśniak, i gotową legendę, w razie czego, że znalazł je na ziemi albo podłodze, w zależności od okoliczności wpadki.
Wierzył święcie, że gdyby, co, wspaniały profesor i jednocześnie jego klasowy wychowawca, przyzna się do tych papierosów, a dopiero potem, sam na sam z nim, ostrzeże go o szkodliwości palenia, ale na pewno nie wyśle pisma do Łodzi, ani nie postawi mu kolejnej dwójki ze sprawowania.
Palił zresztą najwyżej jednego na kilka dni, tak dla kurażu i w samotności, najczęściej, gdy zwiedzał lochy pod zamkiem i pałacem.

O tych jego nocnych wycieczkach nie wiedział nikt, nawet Jaśko i Kostek.
Maro znalazł wejście do podziemi buszując kiedyś po tajnych korytarzykach pomiędzy ścianami nośnymi pałacu, a ściankami działowymi pomieszczeń.
Ziuta rąbnęła dla niego kilka szpulek mocnych nici ze swojej szkolnej pracowni, a on kupił sobie dużą latarkę na trzy baterie R14.
Niczym Tezeusz w labiryncie, w sobotnie noce, kiedy prawie nigdy nie było kontroli w sypialniach, uchylał maleńkie drzwiczki przy podłodze jednej z klas i wślizgiwał się do swojego Labiryntu. Tam snuł nić Ariadny, choć po jakimś czasie używał już podkradanych w klasie kawałków kredy.
Często spotykał miniaturki Minotaurów, ale one bardziej bały się jego niż on ich i uciekały popiskując w ciemne zakamarki korytarzy i tuneli. Skarbów niestety nigdy nie znalazł, ani szkieletów czy innych pamiątek z dawnych czasów pałacowej świetności, ale za to znalazł podziemne przejście pod parkiem do ruin zamku nad Baryczą.
Odległość nie przekraczała chyba trzystu metrów. W starym zamku wyjście było zawalone gruzem i ziemią, ale przekopał się i pewnej zimowej nocy, gdy wyszedł na zburzone mury, zobaczył niebo pełne gwiazd nad sobą, i w sobie.
Był tak spocony, że gdy owiało go mrożne powietrze prawie zesztywniał. Na drugi dzień po południu leżał już z zawalonym krupem gardłem w szkolnej izolatce. Miał silne dreszcze, zimne ręce i stopy, bolały go wszystkie mięśnie i głowa.
Przybyły lekarz stwierdził hipotermię, początki silnej grypy albo nawet anginy. Dostał zastrzyk w tyłek i jakieś nieznane mu leki.
Całą noc siedziała przy nim całkiem miła pielęgniarka szkolna, a w poniedziałek jeszcze raz przyjechał lekarz. Powiedział mu, że ma szlaban na dwa tygodnie, bo angina i grypa to choroby zakażne i nie wolno mu pod żadnym pozorem opuszczać izolatki.
- Niby jak? – wychrypiał z bólem Maro, pokazując palcem na kraty w oknie i solidny zamek w drzwiach.
Kiedy wyszedł spod tej celi na wolność był uboższy, o co najmniej pięć kilogramów i słaby jak dziecko.
Kucharki na stołówce, z którymi zawsze miło mu się gawędziło, i którym niejednokrotnie pomagał dźwigać ciężkie gary albo worki z warzywami i ziemniakami, odkarmiały go po kryjomu gotowanym mięsem, białym twarogiem, jajkami na twardo i świeżymi surówkami z marchwi, kapusty czerwonej, buraczków. Od grubaśnej, choć wcale nie starej szefowej, do której mówił „Mamuśka”, za co zazwyczaj obrywał ścierką po plecach, tym razem dostawał torebki po cukrze z zapakowanym w nie ciastem z kruszonką i zaledwie lekkie czułe kuksańce pulchnym paluszkiem. Kostek, który jeszcze w czasie pobytu Maro w izolatce, wsuwał mu pod drzwiami czułe listy od Ziuty, teraz przynosił mu osobiście wieści od jego lubej oraz jabłka, jak mawiał swoim zaciągającym wschodnim akcentem, od „niebolszoj kusicielki”.

*

Pociąg zatrzymał się na stacji w Kolumnie, gdzie Maro był z klasą i Panią Żenią na wycieczce kończącej podstawówkę i skąd wywalono go karnie z kolonii. Przez ich wagon przechodził konduktor głośno wykrzykując jej nazwę. Gdy zagłębił się na chwilę w tych niedawnych wspomnieniach coś kazało mu wrócić do myśli o tegorocznym Sylwestrze.
W Łodzi nie poszedł na prywatkę do Rudego, ale zabrawszy maleńką piersiówkę z Cherry pojechał do Filharmonii na koncert smyczkowy, a stamtąd do studenckiego kina studyjnego na film dla dorosłych.
Przed filmem zawsze była czarno-biała Polska Kronika Filmowa z ciekawymi komentarzami wygłaszanymi charakterystycznym głosem lektora Włodzimierza Kmicika. Tym razem większość kroniki poświęcona była dochodzeniu prawdy zastrzelonego 22 –go listopada w Dallas Prezydenta Ameryki Johna Kennedy’ego, a głównie oddaleniu podejrzeń od Moskwy i zrzucaniu winy na mafię i CIA.
Gwizdy były nietęgie, ale i to dobre, w tamtych czasach.
Po kronice była niespodzianka, czyli film „The Birds” Alfreda Chitchcocka przeszmuglowany w oryginalnej wersji przez jakiegoś konesera przemytnika. Niektóre dialogi tłumaczył kiepski lektor bez mikrofonu niemniej Maro był zachwycony i długo pamiętał ten amerykański dreszczowiec, a wychodząc po seansie rozglądał się podświadomie po niebie. Jakaś roześmiana nerwowo grupka studentek zabrała go do akademika. Tam wszyscy, którzy nie wyjechali na święta, zebrali się w jednej dużej sali.
Strzelały korki tanich radzieckich win szampańskich, odbijano denka półlitrówek z czerwoną kartką i wybijano, jednym uderzeniem pięści w dno butelek, korki jaboli. Młodzi ludzie obojga, a może i trojga płci, bo tam Maro po raz pierwszy zobaczył całujące się namiętnie i obmacujące bezceremonialnie dwie dziewczyny, poklepywali się, poszturchiwali, obejmowali, całowali, składali życzenia noworoczne, wznosili toasty i pili z gwinta albo fajansowych kubków, a nawet damskich bucików. Dowcipów o milicjantach, nauczycielach akademickich, politykach i Żydach Maro usłyszał tam w godzinę więcej, niż przez cały rok.
Kiedy atmosfera stała się bardziej rozwiązła ulotnił się po angielsku i spacerkiem ruszył w kierunku odległego domu.
Smęcił się i w myślach całował po oczach swoją bogdankę w odległym miasteczku.
Wyrażnie tęsknił i brakowało mu jej obecności.

*

Gdy po feriach wrócił na łono szkoły zaplanowali swojego własnego Sylwestra w jedną z ostatnich lutowych sobotnio niedzielnych nocy. Namówiona przez Maro i jego przyjaciela, siostra Żararakiego Gosia, zadzwoniła do Pana Dyrektora z prośbą o zwolnienie chłopaków na sobotę i niedzielę na jej zaręczyny we Wrocławiu.
Zdegustowany faktem odsunięcia go, od prywatnej imprezki Maro i Ziuty, Jaśko, pojechał na łono rodziny, a Maro spotkał się z Ziutą w jej mieszkaniu, na dalekich peryferiach miasta. Rodziców nie było, bo wyjechali na wieś do rodziny, ponoć na świniobicie.
Ziuta przygotowała swoistą dwudniową mini imprezkę ze szwedzkim stołem i butelką szampana.
Kiedy Maro znalazł się w ciepłym pokoiku dziewczyny na stoliku
i parapetach paliły się świeczki, a na lampie wisiał kłąb zielonej jemioły. Rozejrzał się dookoła i za niewysokim parawanem zobaczył szeroki tapczan przykryty kolorową zdobną koronkami pościelą zarzuconą licznymi podusiami. Z sufitu zwieszała się tiulowa zasłona do samej podłogi rozpięta na sznurkach od bielizny.
Panna ubrana była wyłącznie w powiewną biała suknię na cieniutkich ramiączkach, a na głowie miała wianuszek z zasuszonych rumianków.
Bose stopy topiła w kudłatym niewielkim dywaniku.
Uniósł ją w ramionach i powiedział:
- Och Ziuta, nie daruję Ci tej nocy.
Nie wiedział, że dwadzieścia lat później zespół Bajm wylansuje przebój o bardzo podobnym tytule.
Nie czekali do kolacji tylko od razu urządzili sobie noc poślubną.
Kochali się na wiele znanych z literatury i intuicyjnie kojarzonych sposobów.
Po raz pierwszy w pachnącej pościeli i na twardym posłaniu.
Poduszki pod pupę bardzo się przydały i sprawdziły, jako niezbędny gadżet do intensyfikacji rozkoszy. Zachowywali się jak stare małżeństwo cały czas szukające nowych podniet erotycznych; werbalnych, zapachowych, smakowych i pozycyjnych.
W poniedziałkowy poranek Maro wychodził stamtąd na miękkich nogach.
W głowie kiełkowała mu myśl, że schudł więcej przez dzień i noc niż podczas niedawnej dwutygodniowej choroby.

*

Kiedy pociąg relacji Wrocław Główny – Łódź Kaliska wtoczył się na peron pierwszy stacji końcowej, Maro jeszcze raz spojrzał w ogromne, jasnoszare i wiecznie zdziwione oczy swojej dziewczyny na zdjęciu, i zamknął portfelik.





4. Fragmenty z Rozdziału 20 „Wakacyjne rozterki".

W drugi dzień wakacji Maro zrobił sobie prezent z okazji zaliczenia pierwszej klasy technikum.
W kinie grali nową polską komedię z Jerzym Turkiem i Elżbietą Czyżewską pod tytułem „Gdzie jest Generał”.
Uśmiał się do łez z zabawnych perypetii czerwonoarmistki Marusi i pechowego polskiego szeregowca.
Wprawdzie wątek fabularny był nieco przegięty, bo niemieccy generałowie nie byli takimi idiotami, jak grany przez Stanisława Milskiego Ernest von Frankenberg, ale film nakręcono w przepięknej scenerii Zamku Czocha stojącym we wsi Leśna nad Kwisą, co Maro bardzo się podobało.
Miał nadzieję znaleźć podobne, i być może także zasobne w dobre trunki lochy, pod pałacem Maltzanów, gdzie ostatnio mieszkał.
Gdyby wiedział, że za czterdzieści lat będzie oglądał ponownie jego piękną bryłę i wnętrza Czochy sfilmowane przez Marka Brodzkiego w reżyserowanej przez niego epopei fantasy o Wiedźminie, z jego ulubionym aktorem Michałem Żebrowskim w roli głównej, zapewne byłby rad jeszcze bardziej.
Po filmie zagarnęli go koledzy z podwórka na pogaduchy przy kartach i winie. Maro napił się razem z nimi, ale w przeciwieństwie do nich, nie był zbyt wylewny, dosłownie i w przenośni, bo mało mówił o swoich przygodach w Miliczu, a jeszcze mniej pił patykiem pisanego wina.
Tylko wieczorem z mamą, jak zwykle, dużo rozmawiali.
Temat Ziuty nie padł jednak w ich nocnych rozhoworach.
Dzień czy dwa później, po kolejnej aferze z ojcem, tym razem o wakacyjne plany, został zesłany do dziadków na wieś.
Pojechał nawet chętnie, bo miał nadzieję wyrwać się do pobliskiej stolicy na totalne zwiedzanie. Miał odłożone parę złotych na czarną godzinę i postanowił je godziwie wydać.
U dziadków postanowiono, na polecenie ojca, dać mu takie zajęcie, aby napracowawszy się nie myślał o głupotach i nie broił po okolicy.
Działka była prawie kwadratowa i miała ponad pół hektara.
Dziadek, korzystając z wiedzy swego wnuka, jako adepta zawodu leśnika, postanowił na połowie nieruchomości posadzić las.
Od zaprzyjaźnionego gajowego przywiezione zostały sadzonki sosny, dębu, brzozy i kilkanaście świerków.
Maro oponował twierdząc, że powinno się to wszystko sadzić wiosną lub jesienią, ale dziadek się uparł.
Postawił przed nim uchaty pojemnik na sadzonki, stary wypracowany kosztur i szpadel.
- Jak posadzisz to będzie nagroda. I ma być dobrze – zadecydował krótko.
Redliny były już przygotowane, pogoda nieco płaczliwa, bo siąpił drobny deszczyk, rozkazy wydane.
Rad nierad Maro zabrał się do roboty pracując dokładnie tak, jak na szkolnych praktykach zalesieniowych w kwietniu.
Tylko tam byli koledzy i w grupie pracowało się raźniej i wesoło.
Tutaj był sam.
Nie spieszył się.
Wiedział, że jeśli chce, aby las urósł i nie było dużo wypadów, musi przyłożyć się do każdej jednej roślinki.
Dziury w ziemi zrobione, więc, były przez niego odpowiedniej wielkości, korzonki roślinek przed włożeniem w otwór strzepnięte i zamoczone we wiadrze z wodą, przy brzozach i kilkunastu dąbkach równiutko rozłożone, a ziemia wokół porządnie ubita nogami.
Dla niewielkich świerków zrobił półmetrowe odkrywki i pośrodku usypał kopczyki, aby korzonki rozłożyły się elegancko i były głębiej niż drzewko.
Oczywiście świerki i pozostałe liściaste sadził na obrzeżach, gdzie dosadził też przyniesione z pobliskiego lasu samosiejki buka, graba, jarzębiny, leszczyny, czarnego bzu.
Z rozpędu posadził też wierzbę koło studni i kilka wiązów pomiędzy siatką ogrodzenia, a wiejską drogą.
Po latach, ilekroć tam był, miał cieszyć oko efektami swojej pracy.
Oczywiście roboty te zajęły mu dobry tydzień z okładem.

Po tej harówce przyszło karczowanie kilku starych śliw i jabłonek.
Maro stwierdził, że wolałby posadzić jeszcze raz tyle drzew, co posadził, niż wycinać, przecinać, rąbać, wynosić, odkopywać karpy i wyciągać korzenie tych staruszków.
Do jego obowiązków należało też codzienne dobywanie ze studni mnóstwa wiader wody do dwóch dwustulitrowych beczek, w których ta w dzień nagrzewała się na słońcu, by wieczorem wylać ją musiał pod pomidory, ogórki, kapusty i inne warzywa w ogródku babci.
Poza tym było rąbanie drewna na zimę, smarowanie smołą papy na dachu domku, poranne chodzenie za grzybami, łapanie ryb w stawie na terenie pobliskiego majątku produkującego wiklinowe łozy na kosze i inne regionalne wyroby, pielenie ogródka, pomoc babci przy wekach na zimę i gotowaniu obiadów, którego to rzemiosła uczyła go z zapałem godnym mistrzyni rondla, wspólne wieczorne godzinne odmawianie litanii do Świętej Panienki, gra w tysiąca i wysłuchiwanie niesamowitego duetu swoich protoplastów w chrapaniu.

W trakcie tej katorgi pewnego piątku pojechali z dziadkiem do pobliskiego miasta, jakieś pięć kilometrów skrótami, jednym rowerem.
Oczywiście dziadek jechał, a Maro biegł truchcikiem obok niego.
Na targu kupili worek pszenicznego ziarna dla babcinego drobiu. Bagatela, worek ważył tylko 50 kilogramów.
Dziadek, upychając na ramie pomiędzy siodełkiem i kierownicą wielki pakunek, powiedział zadowolony z siebie:
- No tak. Ja jechałem w jedną stronę, to teraz twoja kolej.
Potem podszedł do zaprzyjaźnionego kowala i razem, jak co tydzień, zaczęli wypełniać kupon Totolotka. Na kuponie było pięć zakładów i ostatni pozwolili podyktować sobie Maro.
Bez namysłu podał sześć cyferek, jakie przyszły mu na myśl.
Dorośli trochę wydziwiali, że to niemożliwe do trafienia, ale zapisali jak mówił. Kazali mu się dołożyć do interesu, chyba było to dwa złote.
W powrotnej drodze stracił Maro siły i ochotę na cokolwiek.
Rower był wprawdzie bardzo mocny, chyba ruski Ural, ale z worem ziarna prowadziło się go bardzo niewygodnie, szczególnie po tych wertepach i ścieżynkach, którymi wracali do domu.
Tylko dziadek podśpiewywał wesoło, bo dla kurażu wypili sobie
z kowalem na spółkę, butelczynę krajowej wódeczki pod palec, kawał kiełbasy i kwaszonego ogóra.
Na drugi dzień po obiedzie, ponoć w nagrodę za dobre sprawowanie się, Maro dostał wolne i łaskawe pozwolenie na odwiedzenie wujostwa w niedalekiej Odrance.

Trafiła mu się tam wiejska zabawa na dechach w towarzystwie zaledwie kilka lat starszego wuja i jego nowej narzeczonej.
Orkiestra grzała ostro i ostro też grzały miejscowe osiłki popijając z gwinta tanie wina o walecznej nazwie Barbakan i wino marki Wino.
Wujo też nie wylewał za kołnierz.
Maro obtańcowywał jego dziewczynę i inne chętne do zabawy młódki. Bardzo wyróżniał się stylem tańca oraz swoją kolorową koszulką i spłowiałymi jeansami, pomiędzy czarnymi garniturkami miejscowej ferajny. W końcu doszło do konfrontacji zazdrośników i być może rozeszłoby się wszystko po kościach gdyby nie podpity wujo, który wstawił się za chłopakiem.
Dostał od kogoś celnie w dziób i przewrócił się.
Maro skoczył na pomoc.
Nie wiadomo, jak i kiedy dwóch najbardziej agresywnych przeciwników leżało na ziemi obok wuja, a Maro młócił dalej.
Z drobnego incydentu wywiązała się ogólna bijatyka.
Tłukli się wszyscy ze wszystkimi, orkiestra uciekła w popłochu zabierając skrzypki i harmoszkę, a dyżurni strażacy w galowych mundurach zamiast zaprowadzać porządek dolali jeszcze wody do ognia, próbując gasić pożar zimną wodą z beczkowozu.
Maro z wujostwem, mokrzy od wody i potu, rejterowali się przezornie do swojej chałupy, nie czekając na milicję.
Na drugi dzień, po rozmowie wuja z dziadkiem, Maro, by nie rozpoznali go pobici tuziemcy, został odprowadzony na przystanek kolejki WKD i wysłany do ciotki, siostry jego ojca, do Warszawy.

Stolica przywitała go burzą.
Z marszu, wymachując niewielką torbą z ciuchami i szczoteczką do zębów, zaliczył Stare Miasto.
Z Dworca Zachodniego to kawał drogi, ale było warto.
Przy Domach Centrum był bar szybkiej obsługi gdzie wtrynił dwie porcje ulubionych placków ziemniaczanych pod bardzo mocną i słodką herbatę.
Lubił te placki z solą, a nie z cukrem i sąsiedzi przy stole przyglądali mu się dziwnie.
Po posiłku były już tylko uliczki Starego Miasta, Plac Zamkowy z Kolumną Zygmunta, Rynek, mury obronne i Baszta, widok na przepływającą w dole Wisłę i mosty na niej.
Niesamowicie zmęczony dotarł do centralnego skrzyżowania Alei Jerozolimskich z Marszałkowską i wsiadł w tramwaj na Mokotów.
Do bloku naprzeciwko budynku Radia i Telewizji dotarł o zmierzchu.
Zdenerwowana ciotka zmyła mu głowę i dała ZOK na kolejny dzień.
Ale dwa dni później już sobie poradził.
Gdy ciotka i wujek pojechali do pracy zamykając nieszczęśnika na klucz, wylazł przez otwarty lufcik w łazience z parterowego mieszkanka i poszedł w miasto.
Była, więc, po kolei: Królikarnia przy Pułaskiej z pięknym neoklasycystycznym pałacykiem, a późniejszym muzeum rzeźbiarza Xawerego Dunikowskiego, Park Ujazdowski i Łazienki Królewskie z Pałacem na Wodzie, Amfiteatrem i świątynią Sybilli, Pomarańczarnią, pawiami spacerującymi po trawnikach i złotymi karpiami w stawie przy mostku z konnym pomnikiem króla Jana Sobieskiego, Ogród Saski z białymi łabędziami, Grobem Nieznanego Żołnierza i licznymi posągami muz i cnót oraz zegarem słonecznym, uliczki Żoliborza i Cytadela, nadwiślańskie bulwary i obowiązkowy spacer Mostem Poniatowskiego, warszawskie ZOO z wybiegiem niedźwiedzi przy ulicy karmionych przez przechodniów bułkami i owocami, bazar przy Targowej i w powrotnej drodze Plac Trzech Krzyży, a na koniec Belweder.
Potem było Muzeum Narodowe z ogromną ekspozycją sztuk z całego świata i na poczesnym miejscu z obrazem Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki oraz pobliskie Muzeum Wojska Polskiego.
Ukoronowaniem wycieczek był odrestaurowany całkiem niedawno Wilanów z pałacem Jana III Sobieskiego i królowej Marysieńki oraz przepięknym parkiem.
Tam napisał długi i nostalgiczny list i wysłał go swojej lubej, jako dodatek do wysyłanych wcześniej licznych widokówek.
Oczywiście nie zwiedził tego wszystkiego w jeden dzień, bo tylko w Muzeum Narodowym spędził ponad dwadzieścia godzin, z przerwami.
Nogi uchodził do bólu.
Ciotka, po powrocie z przedszkola, dziwiła się, że nie chce iść na spacer, ale on twierdził, że nie ma ochoty i tylko siedział sobie przed blokiem na ławeczce pod płaczącymi wierzbami i czytał liczne wujkowe książki o malarstwie, architekturze i studiował dzieje Klaudiusza i Messaliny Graves’a.
Pewnej niedzieli dał się jednak namówić na wycieczkę nad Wisłę. Przewodnikiem był wujek. Po kilku przesiadkach wysiedli z tramwaju i przez mały lasek trafili na brzeg rzeki. Rozlewała się tam szeroko z widocznymi łachami jasnego piasku w kilku miejscach.
Maro poszedł popływać i wrócił z zapoznaną panienką w skąpym kostiumie kąpielowym przedstawiając ją żartem ciotce, jako wyłowioną przez niego warszawską syrenkę, a obecnie jego nowa dziewczyną. Spytał grzecznie czy może się umówić z nią na jutro na zwiedzanie miasta. Ciotka robiła dobrą minę do złej gry, ale rano spakowała go i odesłała do dziadków. Tylko wujek, z którym po kryjomu rozmawiali o wszystkim, pożałował go, uściskał i wcisnął do tylnej kieszeni portek kilka cennych banknotów.
Kiedy dotarł do domu dziadków czekała go niespodzianka.
Okazało się, że jego liczby w Totku trafiły i wygrali ponad czterysta złotych za skreśloną poprawnie czwórkę.
Niedługo było jednak tej jego radości, bo w kolejny piątek na targu wspólnicy kupili mu loda za dwa złote, które dołożył do zakładów i na tym się skończyło.
Protesty nic nie pomogły.
Panowie obalili nadprogramową butelczynę i znowu taszczył sam, całą powrotną drogę, ciężki wór ziarna na ramie roweru.
Z początkiem sierpnia wrócił na łono rodziny i stęsknionej mamy.
Zgodnie z planem za kilka dni rodzice mieli mieć urlop.
By nie pętał się po okolicy wysłali go na te kilka dni na drugi koniec miasta, do brata mamy, tego, który nazywał Maro „Hrabią”.
Nie przejął się tym wcale, bo ten wujek był jego ulubionym i do tego ojcem chrzestnym, a ciotka hołubiła go zawsze, jak własnego, niewiele starszego od niego, syna.
Po drodze poszedł na pocztę spytać o korespondencję, bo umówili się z Ziutą, że ona będzie pisać do niego na poste restante.
Była widokówka i trzy grube listy z fotografiami oraz jeden cieniutki, ten najświeższy.
Schował je do torby i pojechał na Retkinię.
Po obiedzie wybrali się z bratem ciotecznym na pobliskie glinianki, usytuowane pomiędzy małymi drewnianymi domeczkami stojącymi w ogrodach pełnych owoców, warzyw i kwiatów.
Do głębokiej i zimnej wody skakało się z wysokiej trzymetrowej skarpy i wychodziło po sznurowej drabince. Brat miał tam kolegów, więc, po kąpieli Maro usiadł na uboczu i zabrał się za czytanie korespondencji.
Ziuta pisała piękne romantyczne i długie listy okraszane licznymi porównaniami, cytatami i wierszami oraz słowami miłości. Pełno w nich było dziewczyńskich problemików i setki namiętnych pocałunków.
Było też, w sumie, kilkanaście pięknych, choć czarno białych fotek, które zrobiła jej koleżanka jakąś radziecką Smieną czy Zorką.
Uszczęśliwiony jej portretami i uśmiechem Maro otworzył ostatni list.
Był bardzo krótki:
- Kochany. Dzisiaj już wiem na pewno. Jestem w ciąży. Ziuta.
List był nadany cztery dni wcześniej.
Maro zesztywniał i zacisnął powieki.
Potem otworzył je, przeczytał jeszcze raz i znowu zacisnął.
Myśli latały jak oszalałe.
Ziuta, jej rodzice, mama i tata, szkoła, dziecko. I w kółko to samo.
Kiedy trochę doszedł do siebie trzeba było wracać na kolację.
Maro prawie nic nie zjadł i nie miał specjalnej ochoty na wieczorną partię ulubionego ciocinego tysiąca, ale po raz pierwszy zapalił z nią w kuchni papierosa.
Potem łzy pociekły mu kaskadą po twarzy.
Ciotka przytuliła go mocno czując, że chłopak coś bardzo przeżywa, i odesłała do łóżka.

Wujek Maro pracował na kierowniczym stanowisku w największej Łódzkiej Drukarni graniczącej z Jednostką Wojskową i Fabryką Cukierków. Kiedyś mieszkał z rodziną w kamienicy na terenie tego zakładu gdzie Maro często bywał.
Był tam park z dużym basenem przeciwpożarowym, licznymi drzewkami maleńkich rajskich jabłuszek i trawnikami, na których rosły dzikie pieczarki.
Było też dużo wysokich drzew, na których gnieździły się gapy, do których chłopcy strzelali z wiatrówki, a ciotka z młodych osobników gotowała smakowity rosół z domowym makaronem.
Długie żwirowe alejki pozwalały na rowerowe szaleństwa.
Dziewczyny z miasta przełaziły przez płot od ulicy i gziły się z żołnierzami. Wartownicy przymykali oko na te ekscesy.
Rano Maro pojechał tam i na portierni poprosił o przywołanie wujka.
W głowie miał mętlik, bo w nocy śniła mu się zapłakana mama, ojciec wytykający go palcem, fałszywy i współczujący uśmiech Pana Wychowawcy i smutna zafrasowana buzia Ziuty.
Poszli z wujkiem na ławeczkę pomiędzy drzewka i tam Maro wszystko, ale bez szczegółów, wujkowi opowiedział.
Tamten długo milczał aż wreszcie powiedział:
- Zachowaj spokój i rozsądek. Od dzisiaj jesteś prawie dorosły. Dobrze, że przyszedłeś z tym do mnie. Będę cię krył przez trzy dni. Jutro rano pojedziesz do Milicza i spotkasz się z dziewczyną. Pójdziecie razem do lekarza, najlepiej do Ostrowa. Wysłuchasz, co lekarz wam powie i naradzisz się z Ziutą. Jak wrócisz porozmawiamy ponownie. I nie obwiniajcie się nawzajem. Ona potrzebować będzie teraz spokoju i twojego wsparcia. Teraz już idź.

Po południu Maro z bratem poszli na dworzec sprawdzić rozkład jazdy.
W dworcowym sklepiku kupił dla Ziuty srebrny łańcuszek z białym opalem.
Niewiele rozmawiali, ale na dworcu wypili po dwa duże kuflowe piwa.
Kiedy wracali, przeskakując podkłady remontowanych akurat torów tramwajowych, zostali zaczepieni przez kilku miejscowych chłopaków. Olali ich i poszli dalej szybszym krokiem. Chłopcy dopadli ich już na klatce schodowej, prawie pod drzwiami mieszkania. Po krótkiej, ale zaciętej bójce uciekali, jak niepyszni, z porozbijanymi nosami.
Olejne ściany korytarza spływały ich krwią.
Po kilkunastu minutach przyleciał kierownik miejscowego domu kultury ze skargą, że jego sześciu podopiecznych zostało pobitych przez mieszkańców tego mieszkania. Wujek wyszedł do niego ze łzami w oczach i z nożem w dłoni, bo akurat obierał chrzan.
Zrobiła się afera na dziesięć fajerek.
Rano Maro pojechał do Milicza i poszedł niezapowiedziany do domu Ziuty.
Zanocował w pokoju gościnnym, ale przedtem do późnej nocy tulili się do siebie bez słowa. Rodzice Ziuty nic nie wiedzieli i lubili Maro.
Potem zrobili jak mówił wujek.
Polecony im lekarz wziął 200 złotych i stwierdził 10-11 tydzień ciąży.
Kiedy poprosił ich o personalia po prostu uciekli z przychodni.
Maro został jeszcze jeden dzień na pobyt w Miliczu i zdecydowali, że Ziuta powie rodzicom o wszystkim, jak już nie będzie można ciąży usunąć, a właściwie, że zrobią to razem, już we wrześniu.
Co może dziwne, żadne z nich nawet nie wspomniało o aborcji.
Byli bardzo młodzi, ale też bardzo się kochali i nie widzieli przeszkód, poza opinią środowiska, w urodzeniu i wychowywaniu dziecka.
Ziuta miała zawód krawcowej w rękach, a szkołę zawodową mogła ukończyć wieczorowo.
Maro wiedział o planowanym otwarciu przy jego technikum wydziału zaocznego i możliwości pracy w Hufcu, aż do uzyskania pełnoletniości.
Gdyby skończył drugą klasę miałby już szesnaście lat i mógł pracować całkiem legalnie.
Państwo było wprawdzie komunistyczne, ale przyjazne ludziom i mogli liczyć na wsparcie także i z tej strony.
Pełni optymizmu powiedzieli rodzicom Ziuty, że idą do koleżanki
na urodziny i na całą noc poszli się kochać do niedalekiej stodoły ze świeżym siankiem.
Tam śmiali się, że w razie czego, znajdą sobie stajenkę, że królowie, zwierzaczki i pastuszkowie będą witali ich synka, a otrzymane dary pozwolą im urządzić sobie jakieś przytulne gniazdko.
Maro zacałowywał jej brzuszek i kochali się, kochali, kochali….
Na wygiętej rozkosznie gołębiej szyi Ziuty świecił podarowany jej przez kochanka, oprawiony w srebro biały kamień.


Wujkowi, po powrocie, Maro powiedział całą prawdę, opowiedział o planach na przyszłość i poprosił o dyskrecję aż do pierwszych dni września, do czasu rozmowy z rodzicami Ziuty.
Chciał mieć jak najwięcej czasu i swobody na przygotowania do roli ojca i opiekuna, Ziuty i dziecka.
Rozmawiali w domu, bo widać było, że ciotka już wie, ale ponieważ nigdy specjalnie nie lubiła Dany, Maro nie obawiał się z jej strony niczego złego.
Poza tym uznał, że jeszcze jeden dobry sojusznik na pewno się przyda.
Obcałowany i pocieszony przez wujostwo wrócił do domu.

Rano ojciec spakował wszystkich i poszli na dworzec autobusowy.
Tam mama powiedziała:
- Ten srebrzysty autokar mi się podoba.
Po wielu godzinach uciążliwej jazdy całą rodziną wylądowali w Krynicy Morskiej. Ktoś powiedział im, że wolne pokoje mogą być w leśniczówce.
I faktycznie były.
Mieszkali tam do końca sierpnia.
Kąpali się w morzu, opalali, bawili, broili, jedli ryby, zaśmiewali z głupich dowcipów, raz Maro z młodszym bratem wrócili z plaży na golasa, bo podczas nocnej kąpieli ktoś gwizdnął im ubrania, innym razem przyprowadzili go miejscowi milicjanci, bo wypłynął bardzo daleko i zwinął go patrol wodnej straży granicznej, a jeszcze innym razem za straszenie, jękami potępieńca, ludzi przechodzących wieczorem uliczką koło miejscowego cmentarza, to znowu za niedozwolony na plaży handel piwem, którym to sposobem chciał podreperować swoje finanse.
Codziennie wysyłał do Ziuty inną kolorową widokówkę albo liścik wydając pozostałe mu pieniądze na znaczki.
Zbierał dla niej kolorowe kamyki, drobne bursztyny i muszelki, pomiędzy kartkami książki zasuszał kwiatki.
Kiedy wrócili do Łodzi był wypoczęty, radosny i pełen optymizmu.

Ostatniego dnia sierpnia zajechał do internatu.
Pan Dyrektor spytał krótko:
- A Ty, co tu robisz? Nie ma dla Ciebie miejsca w naszym internacie.
Maro popatrzył tylko na niego i po przełknięciu kluchy w gardle powiedział, też krótko:
- Nie to nie. Ale wypadało mnie wcześniej zawiadomić o takiej decyzji. Zostawię teraz walizkę na dyżurce i pójdę szukać sobie stancji – dodał wściekły i zdecydowanym krokiem, nie oglądając się za siebie opuścił budynek.
Poszedł do swojego jedynego dorosłego przyjaciela po radę, do wielkiego masztalerza od koni.
Przy jego pomocy i palacza z kotłowni w dwie godziny załatwił stancję w odległej o jakieś trzy kilometry wsi Świętoszyn.
Zabrał swoje rzeczy i pozostawione przed wyjazdem w szkolnej przechowalni książki i zeszyty, a masztalerz odwiózł go tam szkolnym wozem w dwa karosze.
Na drugi dzień Maro zgłosił adres stancji z samego rana w sekretariacie szkoły, na piśmie z podpisem właściciela domu i jednocześnie ojca jednego z uczniów, zażądał pokwitowania i powędrował z podniesioną głową na uroczysty apel rozpoczynający rok szkolny.
Spotkanemu po drodze Panu Wychowawcy, który w międzyczasie awansował na Kierownika Internatu, popatrzył prosto w oczy i powiedział bezczelnie:
- Nie jest łatwo pozbyć się na stałe takiej gadziny, jak ja.
Nie musiał już teraz martwić się, jak tu wyrwać się na legalną przepustkę, albo jak prysnąć przez płot na wieczorną randkę z dziewczyną i nie dać się złapać.

W domu nowych opiekunów miał swój osobny pokój.
Gospodarz ustalił wyższy czynsz i opłatę za jedzenie niż Maro otrzymywał od rodziców każdego miesiąca do dyspozycji, ale zagwarantował mu dodatkowe profity za pomoc w gospodarstwie i korepetycje dla swojego syna.
Maro zgodził się i ustalili szczegółowe warunki. Gospodarz i jego żona zaśmiewali się do rozpuku, gdy targował się o każdą złotówkę.
Ale Maro wiedział co robi.
Każdy grosz był teraz dla niego i Ziuty wart górę złota.
Miał, poza douczaniem ich pociechy, zajmować się po lekcjach pomocą przy pracy w polu, a konkretnie przy żniwach, wykopkach, oraniu, bronowaniu, zbieraniu owoców w całkiem sporym sadzie, oraz wożeniem piasku. Na piasek Maro się obruszył, ale gdy dowiedział się, o co chodzi, uznał, że nie mógł lepiej trafić.
Poszli do stajni i tam stały dwa piękne bułanki, wóz i wisiała uprząż.
I były to te same konie, które niecały rok temu jesienią ujeżdżali z Ziutą.
Wypasione, błyszczące i takie cudne.
Kiedy zaczął mówić, że zna się na koniach gospodarz przerwał mu i powiedział:
- Wiem od masztalerza, że się na tym znasz. Dlatego Ci je powierzam. To jest Baśka, a to Fryc. Są Twoje razem z tą szczotką i zgrzebłem, widłami i taczką, z tą ściółką ze słomy, gnojem, sianem i owsem.
To Twoja najważniejsza robota. Ze żwirowni będziesz woził piasek, załadujesz wóz i powieziesz gdzie Ci powiem. Teraz wielu ludzi w okolicy coś buduje. Od każdego wozu dostaniesz swoją dolę. Nie ukrzywdzę Cię. W niedzielę nie ma szkoły i jest święto, więc cała będzie dla Ciebie, oczywiście jak zrobisz wszystko w stajni. Tutaj nie ma przerw, a konie same tego nie zrobią. Wystarczy, że raz nawalisz i koniec z naszą umową – dodał ostro.
Kiedy rozmawiali był wieczór 31 sierpnia, poniedziałek.
Maro powiedział:
- Zgadzam się i bardzo się cieszę, że Pan mi tak z marszu zaufał. Ale mam jutro po szkole bardzo ważną osobistą sprawę do załatwienia w mieście. Nie chcę Pana okłamywać, że muszę kupić książki czy zeszyty albo wymyślać jakieś inne kłamstwa. Czy mógłbym zacząć od pojutrze? – zapytał.
Gospodarz popatrzył na zaaferowanego chłopaka, uśmiechnął się, kiwnął głową i napluł na swoją rękę pokazując gestem Maro, by zrobił to samo.
Potem przybili dłonie.

Po uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego i krótkich zajęciach na temat programu, potrzebnych podręczników, zeszytów, pomocy naukowych i ogłoszeniu planu lekcji i obowiązkowych zajęć pozalekcyjnych Maro poleciał, jak na skrzydłach, do domu swojej lubej.
Dom był zamknięty na trzy spusty i nikogo nie było.
Przysiadł na ławce w ogródku i czekał myśląc, że u Ziuty dłużej się te noworoczne zajęcia przeciągnęły. Czekał tak do późnego popołudnia.
Kiedy wreszcie przyjechał z pracy jej ojciec, zapytał chłopaka:
- A Ty, czego tu szukasz?
Maro skonsternowany i już od dobrych kilku godzin przeczuwający coś złego odpowiedział:
- Nie poznaje mnie Pan? Jestem Maro. Przyszedłem przywitać się z Ziutą.
Przyszły teść, jak już Maro w myślach go nazywał, popatrzył na niego ze smutkiem i powiedział zgaszonym głosem:
- Nie ma już mojej córeczki. Idź stąd – i machnął niecierpliwie ręka.
- Jak to nie ma! – wrzasnął chłopak. – A gdzie jest?
- Tam – pokazał ręką niestary jeszcze, ale bardzo przygięty teraz do ziemi człowiek, i uniósł rękę ku niebu.
- Co też Pan opowiada. Gdzie jest Ziuta? – naskoczył na niego Maro.
- Nie ma jej. Odeszła od nas. Nie zostawiła nawet listu. Ciała też nie wyłowili. Tylko jej ubranie znaleźli ludzie na brzegu. Idź już synu. I nie przychodź tu więcej. Ja jestem już spokojny i pogodziłem się z losem, ale jej matka nie. A zaraz tu będzie. Więc idź już sobie i nie wracaj tu nigdy.
Kiedy odparowała adrenalina i ochłonął z pierwszego szoku poleciał do koleżanki Ziuty dwie ulice dalej.
Tam dowiedział się, że kilka dni po jego wizycie na początku sierpnia Ziuta pojechała do rodziny mamy na letnisko do niedalekiej Potaszni, jakieś 15 kilometrów stąd rowerem.
Dwa dni później okazało się, że nad wodą, pomiędzy rzeką, a Stawem Andrzeja znaleziono jej ubranie i legitymację szkolną, a jej nie było. Milicja i strażacy przeszukiwali stawy i łożysko rzeki przez kilka dni, ale nic nie znaleźli.
- I to by było tyle, co wiem – dodała koleżanka.
Całą powrotną drogę do Świętoszyna Maro szedł ze łzami stojącymi mu w oczach.
Dopiero w stajni, obejmując za szyję Baśkę wybuchnął niepohamowanym szlochem.
Konik jakby wiedział, o co chodzi, stał spokojnie i oddawał mu swoje ciepło. A on płakał i gładził go po szyi zaplątując we włosy jej grzywy palce, tak delikatnie i czule, …jak swoją utraconą na zawsze miłość.








5. Fragmenty z rozdziału 22 „Wiejskie życie”.

Maro obudził się wraz z pierwszym promieniem wpadającego przez okno słońca.
Był cały obolały, ale podświadomie podkurczył nogi i zsunął je na podłogę.
Podszedł do okna i wyjrzał na świat.
Krople rosy błyszczały na listkach owocowych drzew za oknem, jak łzy. Przetarł zaspane i zaropiałe oczy i świadomość poprzedniego dnia powróciła nagle.
Teraz już bez zbędnej zwłoki pościelił łóżko.
W biegu chwycił szczoteczkę i ręcznik wypadając na korytarz.
W domu nie było łazienki, więc wyskoczył na dwór i podszedł do studni. Wyciągnął wiadro zimnej wody, szybko wyszczotkował zęby i obmył się cały, resztę wylał na rozpaloną głowę i zaczął trzeć ją ręcznikiem, gdy usłyszał stuknięcie drzwi.
Stał w nich gospodarz i patrzył zaskoczony na chłopaka.
- A Ty, co? Spać nie możesz? – zapytał.
Maro tylko mruknął „dzień dobry” i pognał do siebie.
Szybko się ubrał w dres i wypadł do stajni.
Poklepał stojące w boksach konie po szyjach i zabrał się do uprzątania złachanej i zabrudzonej słomy. Wywiózł cały gnój na kompostnik za oborą, a potem spłukał brudną taczkę wodą z wiadra. Ustawił ją na sztorc, aby obeschła i po drabinie wdrapał się na górę stajni.
Przez otwór w suficie zrzucił trochę słomy i kłąb siana.
Zeskoczył na dół nie korzystając już z drabiny i zadał konikom po kłaku siana za drabinki. Potem rozrzucił świeżą słomę w boksach.
Do żłobów sypnął po dwie garstki owsa ze skrzyni.
Poklepał jeszcze raz koniki i pognał do pokoju znowu obmywając twarz i ręce przy studni.
Szybko spakował potrzebne książki i zeszyty do torby, spojrzał na zegarek i wpadł jak burza do kuchni.
Jego podopieczny i szkolny kolega siedział już, ubrany do wyjścia, przy stole i pałaszował śniadanie pod kubek mleka. Były jajca na boczku, biały twaróg i czerwone pomidory pokrojone w ćwiartki posypane solą.
Na deser po kawałku ciasta. Chłopcy szybko uwinęli się z jedzeniem.
Droga do szkoły, jak Maro dowiedział się od kolegi, przy dobrej pogodzie to było ponad pół godziny szybkiego marszu.
A musieli być sporo przed lekcjami, bo apel poranny obowiązywał wszystkich, i internatowych, i dochodzących z domów lub stancji.
Maro nie chciał podpaść, by nie wylali go ze szkoły za głupstwo. Wiedział, że teraz jest, jak w oku cyklonu i na cenzurowanym.
Musiał bardzo uważać.
Najpierw szli polną wiejską drogą, bo dom stał w głębi wsi, potem asfaltówką aż do mostu na Baryczy, dalej już wąską ścieżką po wale przeciwpowodziowym skąd wychodzili na bramę dziedzińca pałacu, tuż przed ruinami starego zamku.
Na wałach towarzyszyły im śpiew ptaków i szmer wody na zakolach i przewężeniach rzeki gdzie nurt był bystrzejszy.

Pierwszy dzień normalnych lekcji był bardzo absorbujący.
Na dużej przerwie Maro został wezwany do sekretariatu.
- Masz pójść zaraz na Posterunek – powiedziała sekretarka – prosto do Komendanta. I wracaj od razu tutaj, bo sprawdzę, o której Cię puszczą. Wiesz, jaka jest Twoja sytuacja. A co znowu nabroiłeś, że już Cię dzisiaj wzywają? – spytała ciekawie z zakamuflowaną nutką złośliwości w głosie.
Maro tylko wzruszył ramionami i wyszedł bez słowa biorąc od niej przepustkę.
Rozmowa z Komendantem była krótka:
- Imię, nazwisko, adres rodziców. Czy te listy i kartki są od Ciebie? – rzucił na stół plik wysyłanej przez niego do Ziuty korespondencji.
- Maro…Tak – odpowiedział krótko.
- Co wiesz o zniknięciu dziewczyny? – padło kolejne pytanie.
- W zasadzie nic. Jej ojciec powiedział mi, że się utopiła latem – taktycznie nie wspomniał nic o informacjach uzyskanych od koleżanki – byłem wtedy nad morzem – dodał.
- O to nie pytałem. Sami sprawdziliśmy już dawno gdzie wtedy byłeś. Czy wiesz gdzie mogłaby być teraz gdyby jednak żyła? – zapytał śledczy.
- Byłaby tutaj. Z rodzicami i ze mną – odpowiedział Maro – Czy Pan wie coś więcej niż ja w jej sprawie? – zapytał naiwnie.
- Milcz. Od zadawania pytań ja tu jestem, a nie Ty. Czy wiesz, dlaczego się utopiła?
- Nie wiem. Widzieliśmy się kilka dni wcześniej. Ona się nie utopiła. Bardzo chciała żyć i miała plany na przyszłość. I była szczęśliwa.
- Z rodzicami… I ze mną. – dodał dorośle.
Milicjant rozluźnił się trochę i już przyjaźniej odezwał się do Maro:
- Nie znaleźliśmy jej… - Stawy są głębokie, wielkie i zamulone. Są pod ochroną i wody nikt nie pozwoli z nich spuścić, a inaczej nie ma żadnych szans na odnalezienie ciała. Szukaliśmy ponad tydzień. Mogła też wpaść do rzeki. Płynie ona wolno, ale ma wiele zakoli i rozlewisk. Teren tu wszędzie bagnisty – machnął z rezygnacją ręką - Pomódl się za nią, synu. Chcesz te listy?
Maro trzęsącymi się rękoma zbierał z biurka rozsypane papiery i łzy jak grochy zaczęły mu kapać z oczu.
- Ja nie płaczę – powiedział smutno – Tylko oczy mi się pocą – dodał, przypominając sobie dialog Stasia i Nel z „Pustyni i w Puszczy” Sienkiewicza.
Podstemplowali mu przepustkę i kazali wracać do szkoły.
Kiedy ją oddawał w szkole, na zapytanie sekretarki, odpowiedział hardo:
- Nie kazali mówić. Jak Pani chce wiedzieć, o co chodzi to proszę do nich zadzwonić. Ale oni tam nie lubią pytań. Sami je zadają – dodał i zaraz skarcił się myślach za niepotrzebną złośliwość, bo przecież ta kobieta nie wyrządziła mu żadnej krzywdy.
Uśmiechnął się smutno do niej i powiedział wychodząc:
- Przepraszam Panią.

Od tej chwili wpadł w wir pracy.
W szkole uczył się nawet na przerwach, by mieć więcej czasu w domu.
Z dawnymi internatowymi kolegami spotykał się sporadycznie, a właściwie to prawie wcale. Nie mieli o czym rozmawiać.
Na gadki o pierdołach i bzdetach nie miał ani ochoty ani czasu, o sobie i o swoim doczesnym życiu także, zwierzać się nigdy nie lubił, więc, chodził po korytarzach i dziedzińcu sam, zamyślony i ponury.
Nauczycieli poza klasą unikał, jak jakichś zadżumionych.
Nawet na ulubioną seks blond rusycystkę nie zwracał uwagi.
Na lekcjach traktowała go ulgowo nazywając swoim Francuzem.
Nie mieszkała, jak inni nauczyciele w pałacu, więc, nie było okazji do spotkań, nawet na obowiązkowych popołudniowych zajęciach sportowych czy zajęciach praktycznych.
Uczył się na piątkach, choć z botaniczką nie mogli się dogadać.
Była taka jakaś śliska i meduzowata – taką zresztą miała ksywkę, „Meduza”.
Lubiła zabierać klasę na spacery po parku i po drodze odpytywała z praktycznej znajomości roślinek. Maro zawsze pytała o klony.
Kiedy raz pomylił jawora z paklonem czepiała się tych klonów ciągle.
To było upierdliwe z jej strony, więc kiedyś odpowiedział, po wcześniejszym przewertowaniu podręcznika akademickiego u znajomego inżyniera leśnika:
- To klon Davida.
Baba wpadła w szał. Może skojarzyło się jej to z gwiazdą Dawida albo sama miała judaistyczne korzenie, bo wrzasnęła:
- Nie ma takiego drzewa! Masz pałę!
Po lekcji poszedł na skargę do Dyrektora tłumacząc, że został obrażony i skrzywdzony, bo Pani Profesor ukarała go za to, że wie więcej od niej.
Przez długie lata pamiętał skierowany na drzwi palec dyrektora i wzrokowe polecenie: …„wynocha gnoju”.
Jednak dwóję mu skreślili, choć komentarzy oficjalnych nie było.
Na koniec roku była zabawa szkolna. Zachciało mu się zemsty na babie.
Poprosił ją do tańca i zostawił, niegrzecznie i nie po dżentelmeńsku, w połowie na środku parkietu, bo wcześniej dowiedział się, że na świadectwie rocznym wpisała mu tróję, choć zasługiwał swoją wiedzą, na co najmniej czwórkę.

Jedyne zajęcia, które Maro lubił to było PW. Lubił maszerować, robić zwroty i salutować. Lubił też strzelać z karabinka na strzelnicy.
Zawsze trafiał przynajmniej w tarczę, mimo słabszego lewego oka, bo wyobrażał sobie tam nie koło czy figurę, ale konkretną gębę.
Jednak najlepsze chwile tam to było leżenia na wale z patykiem imitującym karabin i wyobrażanie sobie wszystkich znienawidzonych gębul w jednym rzędzie, i karabinka automatycznego z magazynkiem w ręku zamiast patyka, bez konieczności każdorazowego przeładowywania zamka.

W domu zajmował się końmi, kilka razy z soboty na niedzielę zaganiał je nocą na łąki nad Barycz i nocował tam przy ognisku zawinięty w koc.
Jednej z takich nocy założył Baśce wędzidło ze sznurka i pognali przez pola i wądoły, wzdłuż rzeki, na wschód.
Wysoko na niebie świecił Księżyc w pełni oświetlając im drogę.
Nie wiadomo, kiedy, przebiegli te kilka kilometrów.
Kiedy wreszcie zatrzymał konia i zsunął się z niego był cały mokry od potu, choć noc była raczej chłodna.
Narwał długiej trawy i mocno wytarł Basiny kłąb, grzbiet, zad i boki. Najdłużej tarł dół boków w miejscu łączącym je z brzuchem gdzie jaśniały plamy zacieków potu i piany..
Koń przyjmował te zabiegi, jako pieszczotę.
Trzymając go za linką nałożoną luźno na szyję podkradł się do domu Ziuty.
Wbrew logice nadal nie wierzył w jej śmierć.
W jej oknie było ciemno.
Pocałował konia w pysk i zarzucił linkę na płot, a sam przelazł dziurą u dołu. Podszedł do okna. Było lekko uchylone. Pełen nadziei nie mogąc wytrzymać emocji otworzył je i przesadził jednym skokiem niski parapet. Upadł na cztery łapy jak kot.
Na pamięć poszedł w kierunku jej łóżka, ale niczego tam nie było.
Kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności zobaczył, że pokój jest całkowicie pusty.
Nie było w nim nic.
Nawet jednego mebelka czy obrazka, nawet lampy.
Dusza zaskowyczała mu z rozczarowania i żalu.
Wracali stępa, noga za nogą, ponad dwie godziny.

Poza końmi pracował przy żniwach.
Kiedy na podwórko przyjechał kombajn z początku podawał na górę snopki zboża.
To była ciężka praca, ale jeszcze gorsza była na maszynie, tam na górze. Snopy podawano z dwóch stron w dość szybkim tempie.
Trzeba było je chwycić w locie i jednym ruchem ułożyć na specjalnej ławeczce, jednym precyzyjnym uderzeniem sierpa przeciąć powrósło i popchnąć rozcięte źdźbła w otwór młockarni. Wyprostować się szybko i już łapać drugi lecący snop.
Katorżnicza praca i do tego w niesamowitym hałasie i tumanach pyłu. Ale płacili za to podwójnie.
Maro harował tak dobre dwa tygodnie.
W ostatnim dniu młócki skaleczył się końcem sierpa w lewą dłoń.
Krew sikała mocno jednak po kilku dniach przyschło, jak na psie.
Na pamiątkę została tylko fioletowa dwucentymetrowa blizna.
Zasada była taka, że, jak skończono roboty u jednego gospodarza to maszyna jechała do drugiego, tak samo kopaczki i siewniki, których było na wsi po jednym.
Po żniwach były zbiory ziemniaków, oranie pól, latanie z końmi za ciężką, a potem za lekką broną, sianie i znowu lekkie bronowanie, wzdłuż i w poprzek, by ptaszyska nie wyjadły ziarna.
W międzyczasie zbiór jabłek i oczywiście wożenie piasku.
Maro nie miał czasu nawet dobrze się wyspać. A gdzież tu jakieś przyjemności czy dziewczyny.
A te wioskowe panny patrzyły na niego łakomie.
Podobno człowiek więcej myśli o seksie niż o jedzeniu, a on nawet o jedzeniu nie myślał. Co mu dali to zjadał i leciał do swoich zajęć.
A, jak ich nie było to sobie wymyślał.
Nie chciał mieć czasu na chwile zadumy i myślenie.
Odzywał się tylko wtedy, gdy go pytano lub gdy musiał.
Nie palił i nie pił. Czasami zagrał z miejscowymi w durnia albo modne tu „66”, ale szybko przestał grać na pieniądze, gdy wygrał od jednego z nich miesięczną wypłatę. Wprawdzie nie oddał mu jej, ale żal mu było pozostałych „durni”, bo to on nie miał szczęścia w miłości, więc, musiał mieć je w kartach.
Czynsz płacił regularnie, a resztę odkładał „do skarpety”.
Kiedy przyszły Dożynki i Wielka Wiejska Zabawa miał dobrze ponad dziesięć tysięcy, co przy maminej pensji dwóch tysięcy złotych było prawdziwą fortuną.
We wsi szykował się bal na sto fajerek.
Na łące za sklepem wybudowano dechy, czyli 15 na 15 metrów podwyższony pomost do tańca. Obok zbito długie stoły na krzyżakach i wiele ławek do siedzenia.
Świętoszyn to była w tamtych czasach bogata wiocha zdominowana przez dwie rodziny pracowitych przesiedleńców ze wschodu.
Z okazji dożynkowego święta i zabawy do jego gospodarzy zawitał dorosły syn z żoną, i córka.
W niedzielne popołudnie wszyscy odświętnie ubrani, z koszami trunków i wiktuałów, udali się na plac zabaw.
Siadali przy stołach, rozstawiali michy z kiełbasą, kichami, szynkami, pierogami, kiszonkami, talerze z chlebem i ciastem.
Potem szły musztardówki i cenne butelki z domowym bimberkiem przelanym dla niepoznaki w butelki po czystej zwykłej.
Piwa nikt tam nie pijał, a wino tylko małoletnia młodzież.
Były zawody strażackie, bieg w workach i zjadanie kaszanki uwiązanej na sznurku. Ludzie weselili się, gadali, wspominali, przypijali do siebie, klepali się po plecach, całowali z ruska, jak dwa niedźwiedzie, baby piszczały, dzieciska ganiały się w berka pomiędzy stołami.
Sielsko anielsko i nobliwie, choć mocno zakrapiano gardziołka, a niejedna „cholera”, „dupa” czy „kurwa” uleciała z wiatrem.
Pod wieczór zagrała do tańca orkiestra: bęben, akordeon, skrzypki, trąbka.
Modny był wtedy tak zwany dżajf, twist i spolszczony rock and roll zwany warszawskim, ale miejscowi preferowali polkę, oberka, kazaczoka, mazurki, walczyki, inne ówczesne biesiadne pieśni i tańce.
Ludzie wyszli na parkiet, czyli dechy, i gęsto upchany tłum, w oparach alkoholowych wyziewów zaczął podrygiwać, potrząsać brzuchami i cycami, rozpychać się, pokrzykiwać radośnie albo z bólu po kopnięciu lub nadepnięciu, przytupywać i wyrzucać maciejówki w górę.
Gdyby byli tylko miejscowi, lub ewentualnie jeszcze ludzie z sąsiedniej wioski, byłoby chyba wyłącznie zabawowo i zabawnie, bo prawie wszyscy byli tu ze sobą skoligaceni.
Ale do Milicza i Sułowa nie było daleko.
O zmroku nadciągnęły hordy znudzonych barbarzyńskich Hunów szukających okazji nie do zabawy, ale do wypitki i do wybitki.
Od samego początku Maro nie chciał iść na tę imprezę jednak po namowach gospodarzy tłumaczących mu, że ich córka jest wprawdzie dorosła i starsza od niego, ale lepiej by było gdyby to Maro się nią zaopiekował, obtańcowywał, zabawiał i w końcu pilnował, by miała pełny kieliszek i talerzyk, zgodził się.
Ubrał, więc, Maro zielone spodnie od munduru, pożyczoną zieloną koszulę z długim rękawem, założył swój szeroki pas oficerski, swoje jedyne skórzane półbuty nadające się do tańca. Na kostce przypiął swojego obrońcę, a do kieszeni portek włożył ulubioną mutrę na sznurku i kastet.
Dokumentów i pieniędzy nie brał, bo, po co.
Pić nie zamierzał, a wszyscy wioskowi, i nie tylko, dobrze go znali.
I właśnie poszło o tych, co nie tylko.
Dokładnie, jak retrospekcja, powtórzyła się sytuacja z Odranki.
Szczęściem zabawa i tak dobiegała końca i nie było wiele osób, a te, co były, nawiedzała pomału pomroczność jasna.
Tańczył sobie z córką gospodarza, gdy nagle zaczepił go kumpel tego łobuza, który ponad rok temu okradał jego kolegów obok placu z karuzelą.
Łobuz wprawdzie, chyba niedawno, wyszedł z więzienia, ale Maro nigdzie go nie widział i nie interesowało go to, co się z tamtym dzieje.
Chciał zbyć agresora, ale obok tańczył z żoną brat jego partnerki i, „ bywszy wypiwszy”, zareagował ostro.
Dostał w dziób i padł, jak kiedyś w Odrance Marowy wujek.
I wtedy Maro walnął tego nowego napastnika w głowę, oczywiście kastetem, prosto w skroń. Łuk brwiowy pękł i struga krwi zalała uderzonemu oko i resztę twarzy. Gość upadł i uderzył się o deski, a potem przewrócił na plecy. Leżał tak na środku tych dech 15 na 15 metrów, wyraźnie widoczny w jupiterach jarzeniówek, a obok jego głowy kwitła kałuża krwi.
Nieliczne baby zaczęły głośno i piskliwie krzyczeć „zabit, zabit”. Zdezorientowani ludzie zaczęli uciekać w ciemność, orkiestra zwijała instrumenty popatrując trwożliwie dookoła, jakaś podkasana baba i facet ze spuszczonymi spodniami wychylili się z pobliskich krzaków, napici w dupę strażacy mający pilnować porządku latali z latarkami i toporkami w dłoniach rozglądając się dookoła przerażonym wzrokiem, jedyny milicjant obecny na zabawie leżał sobie płasko na stole i pochrapywał smacznie, kumple pobitego, także napici, usiłowali go cucić próbując wlać mu w usta jakieś tanie wino, sodomia i gomoria, jak mawiali nasi dziadkowie.
Jedyny całkowicie trzeźwy, w tym miejscu i czasie osobnik, czyli Maro, patrzył na efekty swojego dzieła i rejestrował obrazy bez dźwięków przewijające się, jak w sensacyjnym filmowym kalejdoskopie.
Prawie ogłuchł od wrzasku swojej partnerki w tańcu, która szarpiąc go za rękę i ciągnąc za koszulę krzyczała mu prosto w ucho:
- Uciekaj!!! Uciekaj idioto!
Przykrył jej usta ręką i ukląkł przy jej leżącym jeszcze, ale już dochodzącym do siebie, bracie. Poklepał go delikatnie po twarzy
i widząc, że nic strasznego mu się nie stało powiedział:
- Nigdy nie bierz się, chłopie, do tego, czego nie umiesz robić.
Potem dźwignął go z ziemi, zarzucił sobie na ramię i warknąwszy na swoje podopieczne ruszył w kierunku wyjścia. Przechodząc koło leżącego we krwi trupa zatrzymał się na chwilę, rozsunął kopniakiem klęczących nad nim kumpli i splunął na zwłoki.
Potem spokojnym krokiem człowieka znającego swój los poszedł do domu. Za nim, już bez jednego słowa czy jęku, dreptały dziewczyny.
Maro nie czuł wcale ciężaru niesionego mężczyzny, który chrapał smacznym i beztroskim snem pijaczka, a jego głowa obijała się o pewne szlachetne miejsce u Maro, tam właśnie, gdzie kończą się plecy.

Całą noc trzeźwiała rodzinka, a skoro świt gospodarz i gospodyni oraz ich synowie i córka rozbiegli się po wsi.
Maro wstał po spokojnym śnie i myślał o tym, że pewnie już niedługo spotka się z Ziutą.
Zdecydował, że jak go zamkną przyzna się i niech go sobie sądzą. Czytał gazety i wiedział o aferze mięsnej i procesie Stanisława Wawrzeckiego oraz kilkuset innych osób aresztowanych w tej sprawie przez milicję. Myślał sobie, że jeśli za łapówki i fałszowanie rachunków prokurator żąda kary śmierci, to za zabicie człowieka delikwent nie ma szans uniknąć stryczka. Wprawdzie wolałby krzesło elektryczne albo rozstrzelanie, ale wiedział, że świadomą śmierć wybierają sobie tylko samobójcy, wszyscy inni muszą się dostosować do wyroków losu, albo woli drugiego człowieka.
Obrządził konie i zabrał się do pakowania swojego skromnego dobytku. Potem poszedł do kuchni na śniadanie, ale stół był pusty.
W ogóle to cała chałupa ziała pustką.
- Czyżby się mnie bali i pouciekali? – pomyślał z sarkazmem.
Zrobił sobie kanapki i mocną kawę. Kiedy kończył jeść wrócili upoceni domownicy. Zasiedli przy stole i gospodarz powiedział:
- Nic się nie martw. Oblecieliśmy wszystkich. Przed milicją i sądem cała wieś zaświadczy, że Ciebie na tej zabawie nikt nie widział, a łobuzy pobili się między sobą. Teraz morda w kubeł i zbierać mi się do szkoły, bo nie ma to, jak szybki bieg przez las. Głupoty zaraz wyparują Ci z głowy i wróci tam rozum. Żal Ci takiego bandyty? Lepiej pomyśl o sobie, o matce i ojcu, bracie i siostrze, o nas, o swojej dziewczynie. Cholera, przecież Ty nawet nie masz dziewczyny. Ponad dwa miesiące u nas mieszkasz i siedzisz albo w stajni albo w chałupie, a tu panny na wiosce pleśnieją. Ruszaj tyłek, i Ty też – kiwnął na ledwie dychającego młodszego syna.
W szkole chłopcy milczeli jak groby. Nic się nie działo.
Kiedy zbierali się do domu przyszedł dyżurny i kazał im iść pod bramę parkową z lwem.
Z daleka zobaczyli wóz zaprzężony w Baśkę i Fryca, i gospodarzy siedzących na koźle.
- Wsiadajcie. Byliśmy akurat z matką na zakupach – tłumaczyli się im mętnie.
Maro wzruszył się, że tak się o niego martwią i pojechali.
Kiedy dojeżdżali do centrum wsi zobaczyli tłum bab i chłopów.
Był poniedziałek po ostrym dożynkowym pijaństwie, więc Maro skonstatował, że pewnie przyszli tu na klina albo, że jakieś ekstra artykuły dostała z hurtowni sklepowa.
Tłumek przywitał ich owacjami.
Najstarszy mieszkaniec wioski, niejaki Kazek, chodzący zawsze w bryczesach i czarnych oficerkach glansowanych, co kawałek ściereczką z irchy, mundurowej marynarce bez pagonów i dystynkcji oraz wytartej maciejówce na łysej czaszce, unosząc w górę do połowy opróżnioną ćwiarteczkę spirytusu, bo niczego innego, mawiał, jak mocnej wódy i młodych dziewuch, nie miał już siły tykać, zabrał głos.
- Ucista sie luciska. Słuchajta wsystkie. Wcoraj my mieli wesołe dosynki. Jeden taki milicki obalił sie na dechy, bo sie uchloł i jebnół sie w łeba. Jo tom som był i wsytko wicioł. A Ty Maro nie gop sie. Ciebie tam nie było i sałuj, bo widok tego trupa był fojny. No, jak psyjechali ze Sułowa dohtory to go ulecyli, obwinuli mu łeba i powiezli do spitala. Godoli, se wysyje, ale polesy u nich, pare niecieli. Rano byli z Milica policmajstry i wsytko tak sapisali, jak jo godam. Sesiadajta i napijta sie wotecki s namy… – seplenił radośnie.
Jak skończył, golnął z ćwiartuli i przysiadł zmęczony długą przemową, na sklepowym schodku.
I tak to wieś świętowała święty spokój, który zapanował po przejściowej burzy.

Jednak Maro na drugi dzień wyprosił u gospodarza wolne i pojechał po południu do miasta.
Poszedł do szpitala i wypytawszy pielęgniarki o niedzielnego dyżurnego lekarza zastukał do drzwi.
W środku siedział sobie całkiem sympatyczny grubasek w średnim wieku z miłym uśmiechem na twarzy.
Maro bez ceremonii wyciągnął z torby pęto wiejskiej domowej kiełbasy. Zapachniało wędzonką i czośniorem.
Potem postawił litrową butelkę płynu o błękitnawym odcieniu, wskazującą na bardzo wysoki procent jej zawartości, zatkaną korkiem owiniętym wystającym z szyjki papierem.
Obok tych specjałów położył czerwony banknot z podobizną hutnika na awersie i piękną jedyneczką z dwoma zerami.
Niespecjalnie zdziwionemu i zaskoczonemu tym widokiem lekarzowi wyjaśnił:
- W niedzielę w nocy przywieźli tu chłopaka z rozbitą głową. Wujka boli noga i przysłał mnie spytać, jak się czuje jego bratanek – kłamał, jak z nut, głosem niewiniątka Maro – Wujek przysyła butelkę zdrowej samogonki i zakąskę dla Pana Doktora i trochę grosza na rehabilitację chorego. Chciałby wiedzieć, co chłopakowi jest i, jak jeszcze może pomóc.
Pan doktor akuratnie wszystko sprawdził.
Powąchawszy kiełbaskę wyciągnął z niejakim trudem korek i niuchnąwszy głośno nosem powąchał zawartość butelki. Obojętna dotychczas mina od razu mu się rozanieliła. Stówą się nie zachwycił. Po prostu wetknął ją do kieszeni i szybko o niej zapomniał.
- Powiedz wujkowi, że bratanek ma ogromnego guza i uszkodzony mocno łuk brwiowy. Musiałem zrobić siedem szwów. Ma też wstrząśnienie mózgu, ale według mnie lekkie i powinien wrócić do domu za jakieś dwa tygodnie. Trochę musi u nas poleżeć, bo podobno bredził, że ktoś go pobił, choć milicja ustaliła, że się nachlał i przewrócił uderzając w coś twardego głową. Może ławkę albo może kamień. Będziemy tu o niego dobrze dbali – dodał spoglądając łakomie na kiełbasę.
- Jak chcesz zobaczyć kuzyna to powiedz pielęgniarce, ze zgodziłem się na pięć minut. Ranny jest na Oddziale Ratunkowym, na parterze.
Kiedy Maro wszedł na salę, w białym fartuchu i filcowych papuciach na tasiemki, leżało tam pod kroplówkami kilka osób w boksach oddzielonych parawanami z drewnianych stelaży i rozpiętych na nich prześcieradeł.
Żadnej super aparatury, jak na telewizyjnym serialu z doktorem Kilderem, nie zauważył.
Towarzysząca mu młodziutka pielęgniarka wzięła go za rękę i zaciągnęła za jeden z parawanów. Stanęła obok Maro i oparła się o niego biodrem.
Maro uśmiechnął się do niej rozbrajająco i nachylił do uszka.
- Daj nam dwie minutki, maleńka – szepnął najczulej jak umiał dotykając wargami jej uszka – potem pozwolę zaprosić się na herbatkę – dodał jeszcze czulej przeciągając sylaby i znowu musnął ustami uszko dziewczyny.
Uszczypnęła go delikatnie w łokieć i odeszła na miękkich paluszkach z uśmiechem tryumfu na zaróżowionym buziaku.
Maro wiedział, dlaczego.
Był zapewne tego popołudnia jedynym godnym uwagi kandydatem na pacjenta w tym niewielkim szpitalu.
I był przystojny.
Chwilkę stał wpatrując się w leżącego niedoszłego nieboszczyka, przypiętego do szpitalnego łóżka dwoma szerokimi parcianymi pasami.
Jego ręce leżały wyprostowane na prześcieradle.
Do jednej, całkiem sinej w nadgarstku, podłączony był wężyk kroplówki. Czubek głowy, czoło, oczy i podbródek miał w białych bandażach. Wyglądał trochę podobnie jak kosmonauta w hełmie bez szybki.
Maro obejrzał kartę pacjenta i zakonotował w myślach nazwisko.
Imię było łatwe do zapamiętania, bo zdrobniale znaczyło po rosyjsku niedźwiadka.
A Maro, jak kogoś po raz pierwszy widział, zawsze kojarzył go z jakimś miłym zwierzątkiem lub dzikim zwierzem.
Jak kogoś intuicyjnie polubił nazywał go na przykład kucykiem lub myszką, gamoni określał mianem wielbłąda albo mulicy, a jak kogoś nie lubił przydomkiem był padalec albo nosoroga.
Uchwycił i lekko ścisnął wolną od kroplówki rękę leżącego i mocnym szeptem zapytał:
- Słyszysz mnie?
- Tak – padła niewyraźna odpowiedź, – kim jesteś?
- Jestem tym, który uratował Ci życie – szepnął trochę ciszej Maro – gdybym Cię nie znokautował miejscowi rozszarpaliby Cię żywcem. Kiedyś wystawię Ci rachunek za tę przysługę. Pamiętaj o tym, kiedy spotkamy się następnym razem. Bądź mi wdzięczny i módl się o moje zdrowie, jak ja modlę się o Twoje. Nie wyrywaj ręki…, bo coś sobie uszkodzisz, a jak będziesz gadał głupoty to przyjadę jeszcze raz, ale to będzie ten ostatni. Dla Ciebie. Bywaj.
Wyszedł bezszelestnie z sali i poszedł na dyżurkę, ale dziewczyna zabrała go do pokoju pielęgniarek.
Zamiast herbatki była kawka z mlekiem, której intensywny aromat w maleńkim pomieszczeniu wypełnionym wąską szafką z lekami, mini stoliczkiem i pokrytą białym prześcieradłem leżanką, aż kręcił w nosie.
Maro kichnął potężnie, a jego milusińska towarzyszka, teraz z mocno rozpiętym i rozchylonym kołnierzykiem fartuszka ukazującym wyraźnie, z wysokości oczu chłopaka, półkule okrąglutkiego biustu stwierdziła, że najwyraźniej jest chory i powinien się położyć w ich szpitalu.
Miała okrągłą, jak księżyc w pełni buzię, migdałowego kształtu oczy koloru kawy z odrobiną mleka podkreślone delikatną kreską tuszu do rzęs, mały nosek i lekko odęte usta ułożone jak do pocałunku.
Kręcone ciemne loczki nadawały jej twarzy wygląd mulatki albo metyski, choć cerę miała jasną i lekko zaróżowioną z emocji.
Mogła mieć 19 – 20 lat, ale wyglądała na piętnaście.
W króciutkim opiętym szpitalnym uniformie, białej opasce na włosach i wysokich za kostkę wiązanych białych płóciennych bucikach wyglądała bardzo atrakcyjnie i pociągająco.
Na początek, po wypiciu kawy i kilkunastu minutach słownego flirtu, z siedzącej pozycji pionowej zmienili ją na poziomą leżącą.
Maro już jakiś czas temu pomyślał sobie tak:
- Jestem teraz samotny i po przejściach. Może nie jest mi pisane szczęście w miłości, może taki ktoś jak ja musi najpierw stracić, by móc dalej szukać i gdzieś tam, kiedyś tam, zyskać. Nie mogę być więźniem w swoim własnym życiu i zamykać się dla siebie i innych, życzliwych mi ludzi. Nie jest przecież nigdy tak źle, żeby nie mogło być gorzej, ani nigdy tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Może szukając zapomnienia i namiętności w innych związkach odnajdę gdzieś swoją miłość? Gdybym umarł ja, a nie Ziuta, to patrząc teraz z Nieba, jeżeli ono istnieje, nie miałbym do niej żalu, że tak szybko szuka pocieszenia. Przecież o to chodzi, żeby pocieszać się, kiedy jest najgorzej, a nie wtedy, gdy już zrozumieliśmy, że życie musi toczyć się dalej. Pewnym jest przecież, że ja o niej nigdy nie zapomnę i będę jej szukał we wszystkich kobietach świata, i być może kiedyś znajdę. Może wtedy odnajdę spokój?
Do dziewczyny zaś wyszeptał po pierwszym namiętnym pocałunku:
- Nie masz racji z tym katarem, ale mimo to jestem bardzo, bardzo chory i potrzebuję pomocy. Moje serce pękło i nie chce się zrosnąć. Ulecz, więc, mnie i ocal mnie. Nie potrzebuję pocieszenia, ale zrozumienia, dobrego słowa, czułości, odrobiny namiętności i obecności kogoś cieplutkiego, pachnącego, jak Ty, mocno wilgotnego, tam gdzie wiesz, bo jestem duży. Kogoś bardzo pragnącego wyleczyć mnie dla siebie.
Panienka odepchnęła go stanowczo, stargała mu czuprynę i podeszła do drzwi.
Dobrą chwilkę stała nieruchomo odwrócona do niego kształtnym tyłeczkiem z widocznym rowkiem pod półprzezroczystym odzieniem. Potem szczęknęła zasuwka, a na ziemię sfrunął, niepotrzebny teraz już nikomu, fartuszek.

W szkolnym kole LOK-u Maro zapisał się na kurs motocyklowy, i jako jeden z nielicznych na samochodowy.
Ten pierwszy kosztował symboliczną kwotę, dostępną nawet z kieszonkowego, przez każdego z uczniów, ale za ten drugi trzeba było zapłacić, razem z jazdami szkoleniowymi, ponad osiemset złotych.
Bez zastanowienia wydał je ze swojej skarpety i co najmniej drugie tyle na całkiem sprawną, choć wiekową SHL-kę z silnikiem 175 ccm, zimowe wysokie buty, grube rękawice i kask.
Nabył też od znajomych wojaków kurtkę panterkę.
Wiedział, że po prostu buchnęli ją z koszar dla niego, więc, nie żałował za tę przysługę, ani stówy na jej zakup, ani paru piw, które razem wychylili opijając transakcję.
Od masztalerza dostał w gwiazdkowym prezencie jego dawny sukienny płaszcz ułański ze stójką pod szyją i rozciętymi z tyłu połami do wysokości pośladków, co dawało możliwość podwijania ich i podpinania podwójnie by chronić jeźdźca na koniu napędzanym benzyną, tak jak niegdyś chroniły jeźdźców z szablami u pasa, pikami w dłoniach i lekkimi karabinkami Wz 29 na plecach.
Chodząc jeszcze na kurs, swoim motorem jeździł bez prawa jazdy, nie tylko po polach i lesie.
Jego nowa sympatie mieszkała jakieś dziesięć kilometrów od niego pośród pięknych i gęstych żmigrodzkich lasów w miejscowości o smacznej owocowej nazwie.
Kiedy się o tym dowiedział na drugiej randce nazwał pannę imieniem jej wioseczki. Bardzo to do niej pasowało. Była tak samo pięknie pozaokrąglana w tych najciekawszych kobiecych miejscach, tak samo słodka i pachnąca, nie mówiąc o soczystości.
Skórkę miała wprawdzie, jak ten owocek, nieco suchą i twardą, ale po długim dobrym masażu i fachowym werbalnym i organoleptycznym dopieszczaniu szczytowała długo i głośno.
Jeździł do niej niezbyt często wieczorami i w niedziele, ale jak już, to zwykle zostawał prawie do rana.
Lubił ją.

Do szkoły, z synem swojego gospodarza, też jeździli motorem, ale był problem, bo kawałek trzeba było jechać asfaltem i, co najtrudniejsze, przejechać przez most. Nie chodziło tu wcale o trudności techniczne, ale o innych użytkowników drogi i milicjantów, którzy wszędzie mieli swoje „długie uszy”.
Poza tym trzeba go było ukrywać w krzakach, co bezpieczne dla motoru nie było. Na szczęście była pora chłodów i wietrzysk, krzaki gęste i zwykle podmokłe, więc nikt przy zdrowych zmysłach, dalej jak dwa metry od ścieżek, na siku czy kupę, się nie zapuszczał.
Maro zakręcał kurek paliwa, wyjmował kluczyk ze stacyjki i świecę z silnika, kładł motor na boku i przykrywał brudno szarozielonym maskującym kocem mocując go wszytymi taśmami do kół i kierownicy oraz stopki tak, że całość wyglądała jak kupa trawy i liści.
Dodatkowo zarzucali go kilkoma gałęziami.
O kaski nie musieli się martwić, bo po prostu ich nie brali ze sobą z domu.
Maro kupił sobie na targu, ręcznie robioną na drutach czy szydełku, grubą czarną kominiarkę i jeździł w niej, a nawet chodził na spacery podwijając do góry, co nadawało jej wygląd zwykłej czapki.

Na święta bożonarodzeniowe do Łodzi jechać nie chciał.
Jego rodzice nic nie wiedzieli, że mieszka on na stancji.
Mama każdego miesiąca przysyłała mu 500 złotych na adres szkoły, z tego 484 kosztowałby go internat, a teraz miało wystarczyć na 600 za stancję i wszystkie jego potrzeby.
Właściwie to powinien błogosławić w myślach tego, kto zdecydował, aby go wyrzucić z internatu bez uzasadnienia, uprzedzenia jego samego i powiadomienia o tym fakcie rodziców oraz nadal nie powiadamiania ich o tym, że zamiast spokojnie w internacie pod kontrolą pedagogów, ich syn żyje i broi gdzieś po wioskach i miasteczkach, a może i pod mostem albo w starym leśnym bunkrze.
Ale tacy to byli tam pedagodzy, większość chyba tylko z nazwy.
Pamiętając niemiłe zdarzenia z jego pieniędzmi za zbiory truskawek i totolotka ulokował swoje oszczędności na kilku książeczkach PKO, a w domu gotówki trzymał niewiele.
Przy sobie nosił zawsze dwa, trzy banknoty, ale tylko w skarpetkach albo pod wkładką ocieplającą buty.
Napisał do domu list, że zaprosił go Żararaki, że zamiast prezentu dla niego niech kupią coś więcej rodzeństwu, zapakował wszystko do paczki razem z laurką życzeniową i czterema tanimi książeczkami o różnej tematyce oraz dedykacją świąteczną dla każdego, i wysłał.
Żeby się nie wydało pojechał do Wrocławia na dwa dni, w tym Wigilię.
Zrobił mądrze, bo jego mama zadzwoniła do Jaśka na telefon domowy, który jego tata, jako kierownik markowej restauracji mieć musiał.
Dana dzwoniła z poczty. Maro złożył na jej ręce życzenia dla wszystkich i skłamał, że po wigilii jadą do Karpacza na narty i nie będzie go można złapać. Powiedział, że napisze długi list stamtąd. Usiadł, napisał jak to tam pięknie, jakie góry, pensjonaty i trasy, jak mu się fajnie jeździ itp. itd.
List miała wysłać siostra Jaśka faktycznie jadąca tam ze swoim facetem.
A on wrócił do Milicza i zaszył się w pustym domu kuzynki swojej panny, która pojechała na świąteczno feryjno sylwestrowe wczasy do Zakopanego.
Wcześniej już nakupili sobie jedzenia, słodyczy, dobrych trunków i stos kolorowych czasopism, więc nie nudzili się wcale.

Pogoda była zimowa. Biało, słonecznie i lekki mrozek.
Któregoś dnia wybrali się na spacer do lasu i trafili na zasypaną śniegiem gajówkę. Gajowy był niestary, a jego żona w wieku Gruszeczki. Mieli też konika i sanie.
Na drugi dzień wybrali się wspólnie pozwiedzać okolicę.
Panie, jak to na kulig, poubierały się w krótkie modne sukieneczki typu tuniki na ramiączkach, wybredne koronkowe majteczki i upchały gołe nogi do futrzastych kozaków, narzucając na to długie do samej ziemi służbowe baranice gajowego.
Panowie nieco mądrzej ubrali się w luźne dresy i panterki.
Na głowach wszyscy mieli futrzane czapki, na rękach ciepłe rękawice.
Do sanek nawiązali dzwoneczków, zabrali stos kanapek, termosy z kipitokiem i butelkę sherry dla pań oraz dwie słodkiej pomarańczówki dla panów.
Do blaszanych kubków wlewali trochę mocnego alkoholu i rozrzedzali go gorącą wodą. Nie było za słodkie, miało swoją moc i temperaturę. Rozgrzewało ich widocznie dobrze, bo jak trochę już mieli w czubach zajechali pod śródleśny niewielki paśnik na postój, spacer i rzucanie się śniegowymi kulami..
Koń lejcami, a sanki linką zostały uwiązane do słupa. Konik dostał owsa. Zadowolony przegryzał go sobie spokojnie i z namaszczeniem.
Panowie i panie, po igrach na śniegu, zabrali na zrobioną z lekkich żerdzi górę paśnika wiktuały i trunki.
Na derkach z sań rzuconych na siano zrobili sobie siedziska.
Kiedy kanapki i rozgrzewający trunek zaczęły działać, pary powtulały się w siebie i zdrzemnęły. Po dobrej godzince albo i dwóch przebudzeni i podekscytowani niecodzienną sytuacją, każda para myśląc, że druga śpi, rozpoczęły grę wstępną.
Po niedługim czasie słychać było z obu kątów paśnika przedzielonych sporą górką siana, popiskiwania, pojękiwania i postękiwania.
W ferworze zalotów, pieszczot i doznań ani jedni, ani drudzy, jak potem sobie opowiadali, nic nie słyszeli.
Paśnik stojący na sześciu cienkich palach wkopanych w ziemię dostawał pomału konwulsyjnych drgawek, w rytm zabawiających się ludzi. Prymitywny strop nie wytrzymał i młodzi wraz z sianem zaczęli się wysypywać na dół.
Dotychczasowe ochy i achy zmieniły swoją tonację.
Wtedy z głośnym trzaskiem pękł pierwszy drewniany filar.
Przerażony koń zerwał się do biegu, porwał lejce, ale linka trzymająca sanie wytrzymała.
I kiedy rumak stanął dęba i rzucił się do swego zrywu życia, pękł następny filar, i następny.
Całość zwaliła się na ziemię skrywając pod sobą czwórkę golasów.
Bo oczywiście byli piękni, młodzi, gorący i bezpruderyjni.
Jakoś się wygrzebali, ale ubrania i rozgrzewające resztki trunków zostały pod dobrymi dwoma tonami siana, połamanymi belkami i zwalonym na to wszystko dachem.
Koń z sankami szybko zniknął gnając do jedynego znanego mu bezpiecznego miejsca, czyli na oddaloną o dobre dwa kilometry gajówkę.
Na szczęście, z pośpiechu przy zalotach, cała czwórka miała na nogach buty. Dziewczyny kozaki, a panowie półbuty.
Decyzję, co dalej, podjęli bez zwłoki.
Zostawili cały ten bałagani i złapawszy się za ręce pognali za koniem. On był jednak szybszy i czekał już na nich, gdy wpadli na podwórko. Cała czwórka łyknęła gorzały i już bez odrobiny skrępowania zapadła gromadnie w małżeńskim łożu gajowych bacząc uważnie na swoje ruchy, bo skrzypiało niemiłosiernie i, także, gotowe było zawalić się każdej chwili.
Po zasypane ciuchy pojechali następnego dnia po póżnym śniadaniu.
Przy pomocy konia odciągnęli dach i wygrzebali swoje rzeczy.
Potem, przez całe ferie, śmiejąc się wesoło podczas wspominek o wypadku, rozbierali, a potem stawiali prawie na nowo leśną budowlę.
Sylwestra i pierwszy dzień nowego roku też spędzili razem.
To były jedne z najbardziej beztroskich, najpiękniejszych i najweselszych zimowych ferii, które Maro zawsze mile wspominał.
Niestety. Skończyły się, i pozostała czarna rzeczywistość.
Praca, Szkoła. Praca.

Pod koniec stycznia albo lutego, gdy mrozy ścięły wszystko dookoła, motocykl trzeba było wstawić do stodoły.
Do szkoły biegali teraz piechotą.
Był wprawdzie autobus, ale jechał do samego centrum miasta.
Stamtąd był do pałacu też ładny kawałek drogi. Poza tym spóźniał się.
I kosztował.
Po styczniowej wywiadówce Maro dostał obligatoryjnie stypendium za jedną z najwyższych średnich ocen w szkole, w wysokości pełnej opłaty za internat.
Poszło pismo oficjalne od Dyrektora w tej sprawie z informacją, że nie mogą go wypłacać Maro tylko ewentualnie rodzicom, bo chłopak w internacie nie mieszka. Gdyby mieszkał pieniądze szłyby bezpośrednio na fundusz szkolny i nie byłoby kłopotu.
Stypendium było przyznane za pięć miesięcy od września i jeszcze na dwa do kwietnia. Razem to było prawie trzy tysiące złotych.
Przyjechała Dana.
Była bardzo spokojna na zewnątrz jednak widać było, że w środku aż się gotuje.
Podobno powiedziała Panu Dyrektorowi i Panu Kierownikowi, że ona jest nauczycielką, może tylko, po małej maturze w zakonnej szkole i po kilku kursach, ale w swojej praktyce nie spotkała, a pracowała w prawie milionowym mieście, a nie w jakimś kurniku, tak niekompetentnych, nieodpowiedzialnych i beznadziejnych wychowawców i opiekunów, jak tutaj.
Podobno obiecała im napisać oficjalną skargę do Towarzysza Ministra. Pieniądze zabrała i odjechała.
Synusia swojego utuliła, sprawdziła gdzie i jak żyje, pożałowała trochę uznając trudności z dojazdami zimą, pogadała miło i uprzejmie z gospodarzami i nawet się zaprzyjaźnili.
Pozwoliła Maro mieszkać tu dalej, choć na koniec zrobiła mu wygawor za to, że nic nie napisał od razu, ale z drugiej strony pochwaliła za życiową zaradność i dobre stopnie.
Gdyby znała, choć cząstkę prawdziwego oblicza i życia swojego pierworodnego nie wiadomo, co, by postanowiła.
W tydzień po odjeździe Dany w szkolnych kuluarach zaczęło coś śmierdzieć.
Wyglądało na to, że ktoś fajda ze strachu w gacie.
Maro został wezwany do Dyrektora i zobowiązany do natychmiastowej przeprowadzki do internatu.
Odmówił.
Dyrektor się wściekł i powiedział, że to decyzja rodziców, a jak się nie zgłosi tutaj do jutra to zostanie zawieszony w prawach ucznia.
Maro zażądał decyzji na piśmie twierdząc, że może jest nieletni, ale nie głupi i, że mama zgodziła się na jego zamieszkiwanie na stancji i, że nie o jego dobro tu chodzi, ale, jak to delikatnie określił, Grona.
- Do tego, czym mnie Pan straszy nie ma Pan żadnych podstaw, ale bardzo proszę. A ja pojadę do Warszawy do Ministerstwa i wszystko tam opowiem. Jak mama. – dodał wrednie.
Dyrektor wywalił go za drzwi i zadzwonił do ojca Maro.
Ten jednak odmówił jakiejkolwiek interwencji być może, dlatego, że nie miał dobrych kontaktów z synem, że nie wierzył w swoje ewentualne argumenty i bał się, że jak chłopak miał czelność odmówić Dyrektorowi, to jego tym bardziej oleje. A może uważał, że jego żona ma rację, a syn, choć bezczelny, to poradził sobie w trudnej sytuacji i pozwolił im zaoszczędzić do tego parę tysięcy złotych, które będzie można wydać, na co innego.
Tak, więc, przez jakiś jeszcze czas Maro mieszkał sobie w Świętoszynie, choć, jak się po latach dowiedział, w tym samym czasie figurował też, jako mieszkaniec internatu.
Gdyby ktoś zechciał sprawdzić nie tylko listę uczniów, ale i wpłaty na konto, niechybnie doszedłby natychmiast prawdy.
W połowie marca miała być wywiadówka czy spotkanie samorządu szkolnego. Przyjechała Dana z Robem.
Był początek wiosny.
Za otrzymane ze stypendium pieniądze kupili synowi, niby to w urodzinowym prezencie, bez konsultacji z nim, rower marki Maraton, zielony, z przerzutką. Za ponad dwa i pół tysiąca złotych.
Zwykły dorosły i nowy dwukołowiec kosztował wtedy około sześćset złotych.
Maro rozumiał ich intencje. Matka chciała pogodzić go z ojcem.
Oboje chcieli, aby syn wrócił do internatu, albo jak się uprze, to żeby, chociaż, nie ganiał codziennie kilku kilometrów pieszo.
Ale i tak uznał ich za pierwszych naiwnych.
Za kilkanaście dni miał mieć 16 lat.
Właśnie kończył kurs motocyklowy i samochodowy.
Zda egzamin na prawo jazdy i oficjalnie będzie jeździł swoim motocyklem, o którym rodzice nic nie wiedzieli.
Uczył się dobrze. Wreszcie, po raz pierwszy i jedyny w tej szkole, ze sprawowania była piątka.
Mieszkając na wsi ma świetną opiekę, super jedzenie i zajęcie, zarobi na swoje potrzeby, a stypendium pójdzie na stancję.
U nich zostanie, co miesiąc pięćset złotych więcej.
Na cholerę mu ten rower. Chyba po to żeby musiał go pilnować. Wyrzucone pieniądze.
Bardziej ucieszyłaby go dobra książka za 15 złotych.
Bardzo ciężko pracował fizycznie przez ostatnie kilka miesięcy.
Bardzo zmężniał i do tego przytył ważąc wreszcie trochę ponad limit, a, nie jak poprzednio, dziesięć kilo mniej.
Wiedział ile warta jest każda zarobiona złotówka, bo liczył je skrupulatnie zarówno zarabiając, jak i wydając.
Wprawdzie rower ten spełnił później, aż dwa razy, ważną rolę w życiu Maro, jednak na pewno nie warte to było tych pieniędzy.
Maro kochał bardzo swoich rodziców, szczególnie mocno związany był z mamą, i nie chciał zrobić im przykrości.
Przyjął podarek i obiecał, że zastanowi się nad powrotem do internatu, ale tym razem tylko na jego warunkach.
Pojechali wspólnie na jego kwaterę i tam odbyło się okazjonalne wielkie, choć przed terminem, przyjęcie urodzinowe.
Maro kupił butelkę Cherry Cordial dla pań.
Panowie mieli, co trzeba w karnistrze, ukryte za cynkowaną kanką ze śmietaną w chłodnej i zaciemnionej sieni.
Wielkanoc przypadała w połowie kwietnia i Maro obiecał rodzicom, że na Święta przyjedzie do domu.
Kilka dni po wyjeździe rodziców, po upojnej nocy, Gruszeczka oznajmiła Maro, że pod koniec miesiąca wraca z wojska jej chłopak.
Bajdurzyła jeszcze coś o możliwych randkach i o wspólnych wypadach poza miasto, ale Maro się nie zgodził.
- Nie, moja miła. Masz chłopaka, chcesz z niego zrobić męża, to się tego trzymaj. Jesteś ładna, niegłupia, gospodarna, masz dobry zawód i dobrą pracę, a w łóżku zadowoliłabyś może nawet Casanovę. Przeżyliśmy razem piękne chwile. Nie psujmy tego. Zostańmy dobrymi znajomymi.
- I pamiętaj. Żeby nie wiem, co, nigdy nie mów mężowi o swoich romansach. Facet może to przełknie, ale i tak nie wybaczy zdrady. Potem zawsze będziesz mu coś dłużna i nigdy nie będziesz z tym szczęśliwa.
I tak to, w dzień swoich szesnastych urodzin, został sam.
Pojechał motorem do lasu i parę godzin włóczył się po ścieżkach
i duktach, aż mu zabrakło paliwa.
Pchając do domu motocykl postanowił, że po świętach wróci jednak do internatu.
Decyzja jego była związana wyłącznie z tym, że chciał być bliżej ludzi, którzy go nie lubili.
Chciał udowodnić i im, i sobie, że wytrzyma idiotyczną dyscyplinę szkolną i internacką bez utraty dobrych ocen, a szczególnie ze sprawowania, że nie złamią go, a on tymczasem będzie miał niejedną okazję do odkrycia ich słabych stron, by w przyszłości zrobić to, co postanowił już dawno – zemścić się.




6. Fragmenty z Rozdziału 24 „Skarb Maltzanów”.


… Niezauważalnie minęły wielkanocne święta i lany poniedziałek.

Maro został zakwaterowany w trzyosobowej sali na piętrze gdzie szło się najpierw długim korytarzem przy klasach, mijało klatkę schodową prowadzącą na piętro do mieszkania Pana Kierownika i dopiero następną, wchodziło na górę.
Na pierwszym piętrze były umywalnie, toalety i dwie czy trzy sale internackie.
Do salki Maro trzeba jeszcze było wdrapać się po wąskich, drewnianych i skrzypiących schodkach, prowadzących na kolejną kondygnację.
Pokój ten nazywali jego obecni mieszkańcy „Komnatą pod wieżą”.
Okno pokoju wychodziło na szkolny dziedziniec z widokiem na klomb, fontannę, spiżowe, z widocznymi przestrzelinami po kulach sowieckich barbarzyńców, pomniki wspinających się na zadnich nogach rumaków i ozdobną kutą bramę.
Przez dwa lata chłopcy wydeptali za bramą ścieżkę prowadzącą na wały nad rzeką.
Nieco z prawej strony tej ścieżki widać było ruiny starego zamku.
Wiedział, że nie ma szans zabrać ze sobą do internatu motocykla, chyba. że tylko na przechowanie, gdzieś tam, u zaprzyjaźnionego masztalerza w szopie.
Na wsi nie chciał go zostawiać, bo i po co. Sprzedał go, więc, wioskowemu podrywaczowi za kwotę nie mniejszą niż na niego wydał, i zapomniał.
Właściwie to i tak nie miałby szans na jazdy, zarówno wycieczkowe, jak i randkowe.
Dziewczyny aktualnie nie miał, prawa jazdy też jeszcze nie.
Poza tym wychowawcy i nauczyciele pilnowali go jak diabli, a do dozwolonych przejażdżek mógł wykorzystywać kolarkę, podarowaną mu przez rodziców.
Ponownie zaczął działać w zajęciach sportowych i uzyskał trochę luzu.
Była wiosna i biegał sobie z oszczepem i dyskiem po parku, gdy inni harowali zgrabiając stare liście, naprawiając i malując wapnem krawężniki na doroczne pierwszomajowe święto pracy.
Przygotowywał indywidualnie deklamację jakiegoś wiersza na majową akademię, zamiast siedzieć w klasie na dwugodzinnej nauce własnej.
Penetrował zakamarki pałacu i starego zamku zamiast biegać za dziewczynami.
Uczył się, jak zwykle dobrze i nie miał trudności w uzyskiwaniu dobrych ocen, gdyż ani Pan Dyrektor, ani Pan Kierownik, nie mieli zajęć z jego klasą.

Kiedy po świętach chłopcy wracali do internatu z wałówkami w przeciążonych torbach i świeżym zapasem gotówki, pod lwią bramą napadli ich miejscowi łotrzykowie. Wywiązała się bójka.
Jeden z leśników przedarł się przez znacznie liczniejszych napastników i pognał do internatu wzniecając alarm.
Ci, co już tam byli, a akurat trwał wieczorny apel, pod wodzą i na rozkaz obecnych na apelu wychowawców i nauczycieli, ruszyli na pomoc i do kontrataku, a było to prawie stu szesnastolatków, w większości bitnych, szybkich, wysportowanych i mocno zdeterminowanych.
Rozdzielili się na trzy odnogi. Jedna pobiegła równolegle do rzeki, by okrążyć przeciwników od strony tamtej części parku i miasta, druga mostkiem przez Młynówkę, parkiem i ulicą, by zamknąć drogę ucieczki koło kościoła, trzecia ruszyła do frontalnego ataku.
Nie ma to, jak psychologia tłumu według Herberta Blumera.
W tłumie ludzie czują się silniejsi i tracą zdolność obiektywnej oceny sytuacji.
A tłum aktywny jest nastawiony prawie wyłącznie na totalną działalność niszczycielską, i właściwie nie do opanowania.
Celem jest zawsze rozładowanie emocji albo zniszczenie jakiegoś zła czy przeciwnika.
To tak, jak z kibicami sportowymi sprowokowanymi do bójki albo armią hoplitów ruszającą do boju.
Co sobie myśleli ci miliccy pseudo pedagodzy, rzucając do bezpardonowej walki powierzonych ich opiece małolatów, nikt nie wiedział wtedy i pewnie nie wie, i teraz.
A to, co zrobili później nie nadaje się nawet do komentowania. Wystarczy jedno słowo. Debilizm.
Bandziorków było około tuzina.
Zostali ujęci i zmasakrowani, jak bardzo, wiedzieli tylko chirurdzy, którzy ich składali i szyli.
Kilku z nich udało się wskoczyć, na pustą pakę przejeżdżającej akurat ciężarówki, i ujść grupie oskrzydlającej, czekającej przy kościele.
Maro pobiegł wraz z innymi w grupie szturmowej, ale nie zachowywał się jak wszyscy. Został nieco w tyle zatrzymując Kostka.
- Poczekamy tutaj – krzyknął – jak się któryś przedrze przez naszych w tę stronę to będzie nasz. Tu jest widniej niż tam za murem.
Kostek nie protestował i stali tak sobie spokojnie i w ciszy, jak dwa posągi przegradzające główną aleję parkową, przyglądając się kłębiącemu się tłumowi zielonych mundurków i słuchając wrzasków, skowytów i nawoływań.
Kilka dni później miejscowi allochtoni, w zemście za pobitych kolegów, podeszli wieczorem pod internat i rzucili kilka kamieni w okna na piętrach, gdzie mieszkali uczniowie.
Na pierwszym piętrze pałacu, od strony głównej parkowej alei, były też okna sekretariatu, dyrektorskiego mieszkania i gabinetu.
Przy próbie ponownego ataku na szyby, z tych okien, być może, padły strzały z kbk, a ich pogłos niósł się daleko w tłum parkowych drzew, rozpełzał po wodach Młynówki i zagnieżdżał w umysłach wszystkich tych, którzy je słyszeli, a było ich wielu, nie tylko tam w krzakach, w ciemności.
To właśnie był ten, w czystej postaci, debilizm.
Potem, od kolegów, którzy w tym czasie biegali na randki z lewymi przepustkami, słyszał Maro, że na wałach można było czasem zobaczyć wieczorami, spacerujące patrole nauczycielskie, z karabinami kbk w dłoniach, takimi samymi, z jakich chłopcy strzelali na zajęciach z PW.

Mieszkając w „Komnacie pod wieżą” Maro wielokroć przechodził codziennie dolnym korytarzem, koło drzwi biblioteki.
Naprzeciwko była duża sala klasowa z kominkiem, albo piecem kaflowym.
Pewnego razu wieczorem usłyszał tam głosy. Otworzył drzwi.
W środku, przy otwartym lufcie kucało dwóch uczniów paląc papierosy i wdmuchując dym do przewodu kominowego, by nie było czuć go w całej klasie.
Rozpoznał ich mimo ciemności.
Z jednym z nich zdawał egzamin wstępny w Tułowicach i jadł obiad przy wspólnym stole w tamtejszej knajpie.
Nie lubił go, bo chłopak miał charakter kujona, lizodupca i przydupasa. Chłopcy mający coś do ukrycia starali się go unikać, uważając go za konfidenta Pana Kierownika.
W klasie i tak śmierdziało dymem, jak cholera, więc tylko mruknął pod nosem:
- Durne gnoje – i poszedł swoją drogą.
Po godzinie został postawiony do raportu za palenie.
Śmierdzący papierosami „gnoje”, złapani po wyjściu z klasy, zeznali, że to chyba on tam palił, a oni nie, zaś smród jest od tego, że ich ubrania i ciała przeszły dymem. Uparli się, że go w tej klasie widzieli, co było prawdą, ale przecież on nie palił, mimo, że tak zeznali.
Panu Kierownikowi musiało to bardzo pasować, bo nie kazał im nawet chuchnąć, by sprawdzić tę wersję, a może i kazał, tylko wolałby, aby było, jak kłamali.
Sam Pan Kierownik nie palił, więc optymalna jest raczej ta druga wersja.

Karą za złapanie na paleniu była, między innymi, pełna konfiskata przedmiotów przestępstwa, a więc, papierosów, zapałek, dulafki, a często także i pieniędzy.
U Maro nic nie znaleziono, ani w szafce, ani w kieszeniach, ani pod materacem czy łóżkiem.
Drugiej formy kary, czyli pompek, przysiadów, biegów czy podciągnięć na drążku, dopóki delikwent nie padł, nie było sensu stosować w jego przypadku.
Z tej strony Kierownik miał już z Maro niejakie doświadczenie.
Chłopak i tak, jak zawsze, zrobiłby ileś tam ćwiczeń i oświadczył, że według niego tyle wystarczy za jego przewinienie, i poszedłby sobie, mając głęboko w dupie, protesty wychowawcy.
Zastosowano, więc, trzeci super wariant, niejednokrotnie już wypróbowany na niepoprawnych palaczach.
Dużo palił jeden z wychowawców internatu, który miał problem
z wymową literki „Ł”.
Nie z powodu palenia jednak, ale być może z powodu częstych skoków na główkę do uczelnianego basenu.
Był bardzo odporny na dym, nikotynę, smółki i inne trucizny oraz na wiedzę pedagogiczną, może, dlatego, że skończył Akademię Wychowania Fizycznego, a tam często dochodzi do, wspomnianych, urazów głowy.
Delikwenta sadzano w jego towarzystwie w niedużym pomieszczeniu, na stół kładzione były papierosy bez filtra podzielone żyletką na połówki, które z kolei wkładano do szklanej fifki i kazano delikwentowi palić, z zaciąganiem się, do samego ognistego końca.
Alternatywą była grożba wyrzucenia z internatu, albo nawet ze szkoły. Po kilku połówkach padali wszyscy, rzygając jak koty i majacząc niczym bezmózgie afrykańskie stwory o futrzastej sierści i nagich dupach.
Była już cisza nocna.
Maro nie zgodził się ani z wersją jego winy, ani na palenie w umywalni twierdząc, że jako koneser nie będzie palił w kiblu, ….a poza tym kibel jest dla wszystkich i inni będą musieli wąchać nie tylko swoje, ale i papierosowe smrody.
Radzi nie radzi zabrali go do najmniejszego i najbliższego z możliwych pomieszczeń, czyli do szkolnej biblioteki i osadzili przy biurku.
Zaczęła się egzekucja.
Oczywiście, Pan Kierownik nie odpuścił sobie przyjemności uczestnictwa w tej farsie.
Pierwsze dwie połówki Maro wypalił spokojnie pokazując, że zaciąga się głęboko, ale dym wydmuchiwał prosto w twarz wychowawcy.
Kilka razy kaszlnął i bezczelnie napluł, najpierw na podłogę, a potem już celniej, na biurko.
Łzy mu leciały ze śmiechu, a oni myśleli, że już ma dosyć.
Przy trzeciej i kolejnych połówkach postępował tak, że najpierw dmuchał w dulafkę, a dopiero po chwili pociągał dym tak kręcąc głową, by nie było widać, że najpierw wydmuchuje go przez nos, a dopiero potem otwiera usta i udaje, że się zaciąga.
Po wydmuchu niewiele go zresztą pozostawało.
Kiedy go poganiano tłumaczył im długo i zawile, korzystając z tej przerwy, by dać odpocząć płucom:
- Panie Psorze. Przecież jak będę szybciej i lżej pociągał to mało pociągnę i papieros się szybciej wypali, a ja nic nie poczuję, bo za mało wciągnę. A jak będę pociągał mocniej tylko wolniej, to papieros wypali się jeszcze szybciej, ja nie będę mógł całego dymu zmieścić i tylko się rozkaszlę, a dym się ulotni bez mojego zaciągania. Lepiej, więc, jak będę palił spokojnie i powoli, jak sobie trochę pogadamy, albo pan powie jakiś nowy wiersz, może w intencji tego palenia – kpił sobie z poważną miną, wiedząc, że jego argumentacja jest słuszna i gdy ją podważą, sami wyjdą na głupków.
Poza tym miał pełną świadomość, że każdej chwili może wstać i kazać im się wypchać trocinami, bo przecież go nie pobiją, ani w więzieniu nie zamkną, a straszenie wyrzuceniem ze szkoły zostawiał dla siebie Pan Dyrektor, oni, więc, byli tylko nieprawnymi uzurpatorami jego władzy, co wytykając im, miałoby zapewne bardziej skuteczny efekt niżeli danie im po ryjach.
Po dwóch godzinach papierosy się skończyły, Pan Kierownik miał poważne kłopoty z koncentracją i odruchy wymiotne, wychowawca nieco ogłupiał, bo z nudów i do towarzystwa wypalił kilka, swoich w końcu, papierosów, a tu Pan Kierownik opieprzył go, że gdyby nie palił to byłoby więcej dla Maro, i ten na pewno by wtedy pękł.
Rano Maro wstał wcześniej, choć łeb go bolał okropnie, i pognał do kuchni, gdzie zaprzyjażnione dziewczyny napoiły go bawarką, czyli słodką herbatą z mlekiem, i nakarmiły pszennymi bułeczkami, zwykle przeznaczanymi na stoły kadry.
Mleko, cukier, pieczywo bez zakwasu i dwie pastylki z krzyżykiem zrobiły swoje.
Poczuł się jak nowonarodzony i założywszy mundur prysnął z internatu do parku, gdzie przy bramie z lwem zaczaił się na polonistkę.
Kiedy ją zobaczył ukłonił się nisko i wziął od niej ciężką teczkę.
Lubiła go, bo aktywnie uczestniczył w lekcjach, dużo czytał i pomagał jej w bibliotece, opowiadał anegdotki i śmieszne historyjki z życia szkoły i internatu, oczywiście bez nazwisk i innych danych mogących pomóc zidentyfikować dowcipnisiów.
Poza tym była przecież jego Białą Damą.
Idąc koło niej, a doskonale wiedział, że jest związana mocno z Panem Dyrektorem, wspomniał, niby to mimochodem, że w nocy został zaciągnięty do JEJ biblioteki i zmuszony do wypalenia tam całej paczki papierosów, choć nie został złapany wcześniej na gorącym uczynku, a tylko niejaki X, kiedy został złapany, skłamał, że to on, Maro, palił. Powiedział jeszcze, że Ci, co go tam zawlekli też palili i strząsali popiół na podłogę, pety pstrykali między regały z książkami i pluli na podłogę.
Kiedy, zamiast do pokoju nauczycielskiego, dotarli do biblioteki i polonistka otworzyła drzwi, w ich nosy buchnął smród nie do opisania. Maro, otwierając szeroko okna pokazywał jej leżące, tam i siam, pety, dziękując serdecznie w duchu kolegom za ich podarowanie.
Pety, bowiem były przez palaczy skrzętnie zbierane do puszek lub słoików, aby w okresie finansowej posuchy było z czego zrobić skręta.
Maro nie żalił się i nie buntował przeciwko karze, tylko mówił, że żal mu tych książek, co się od dymu niszczą i od petów mogły zapalić, że to przecież brzydko pluć na podłogę i biurko Pani Psorki, że teraz statystyka czytelników się pogorszy, bo chłopcy nie będą chcieli przychodzić do śmierdzącego pomieszczenia, a nie wiadomo, kiedy ono się całkiem wywietrzy.
Pozwolił sobie nawet na uwagę, że co to teraz będzie, bo przecież Pani Psorka też nie może w takich warunkach pracować i Pan Dyrektor na pewno jej na to nie pozwoli.
Co zrobiła, i jak, Biała Dama, w pokoju nauczycielskim i gabinecie dyrektora, tego Maro nie wiedział, w każdym bądź razie, od tamtego dnia, miał nareszcie święty spokój.
Obaj mądrale unikali i omijali go skrzętnie, naprawdę, z daleka.

Pobyt w internacie kosztował 484 złote, co nie było ani za dużo,
ani za mało.
Posiłki były smaczne i wystarczająco kaloryczne, a kucharki naprawdę miłe.
Ile w tym było zasługi intendenta, a ile szefowej kuchni trudno powiedzieć.
Na stołówkę byli zawsze wpuszczani klasami.
Przez drzwi wchodziło się pojedynczo, więc formowały się kolejki, w których często dochodziło do przepychanek.
Każdy miał wyznaczone miejsce, i biada temu, kto je sobie zmienił, bez zgody opiekunów.
Pewnego razu, chłopak świnia, który pierwszy rzucił pieniądze milickim bandziorkom, w pierwszym roku nauki, gdy byli w wesołym miasteczku, przepychał się zbyt agresywnie. Był strasznym żarłokiem, a koledzy robili mu kawały dosypując soli do kompotu na stołówce, opowiadając przy jedzeniu obsceniczne dowcipy, a wieczorami, gdy już wszyscy leżeli na swoich kojach, jakie to smakołyki każdy z nich by teraz zjadł.
Na awanturę w kolejce nadszedł Pan Dyrektor, który chwilami miewał przebłyski czarnego humoru.
-, Czego się pchasz, bezkręgowcu? – zapytał – każdy ma taki sam żołądek – dodał.
Mądrala, pochodzący ze stolicy, odpowiedział, że on ma specjalny.
Na to padło pytanie:
- Być może. W takim razie powiedz mi coś o specjalnych żołądkach? Ile ma ich krowa?
- Jeden. Panie Dyrektorze. Tylko duży – odpowiedział zagadnięty.
- Głupi jesteś … – i tu padło nazwisko delikwenta – Jak się nauczysz to wtedy dostaniesz jeść. A teraz wynocha.
W tym miejscu trzeba wspomnieć, ze wynoszenie jedzenia ze stołówki do sal było surowo zabronione i karane, podobnie jak palenie tytoniu.
Na następny posiłek, gdy warszawiak odpowiedział, że krowa ma dwa żołądki, też wpuszczony na stołówkę nie został, to samo było ze śniadaniem, gdy powiedział metodą eliminacji, że trzy.
Wszyscy śledzili przebieg żołądkowej afery, zarówno uczniowie jak i nauczyciele.
Przed obiadem nasz obżartuch, wyposzczony do cna, zdecydował się na cyfrę cztery.
Pan Dyrektor uśmiechnął się radośnie i powiedział:
- Świetnie. Nareszcie zgadłeś. A, ….jak się nazywają?
Biedny grubas, teraz znacznie odchudzony, nie wiedział, że żołądek krowy składa się z czterech części: żwacza, czepca, ksiąg i trawieńca, więc znowu odszedł z kwitkiem sprzed stołówki.
I być może umarłby z głodu, gdyby nie litościwy Pan Kapuśniak, który w tajemnicy uświadomił leniwego durnia, mogącego przecież znacznie wcześniej poczytać o tym krowim żołądku w encyklopedii, w szkolnej bibliotece.
Kilka dni później okoliczne szpitale zapełniły się schorowanymi leśnikami z powodu jadu kiełbasianego w wędlinie podanej im na śniadanie.
Sanepid miał używanie, a chłopcy kilkudniową przerwę w nauce.
Pan Dyrektor zaś poważne kłopoty, być może, jako karę za znęcanie się nad biednym warszawskim gamoniem.

Pewnej niedzieli Maro pojechał, swoim zielonym dwukołowym rumakiem z przerzutką, na zawody sportowe do pobliskiego Odolanowa, jako jeden z reprezentantów ich szkoły.
Startował w konkurencji rzutu kulą, dyskiem i oszczepem oraz w biegu na setkę i sztafecie cztery razy czterysta metrów.
Każdy uczestnik zawodów, za udział w kolejnej konkurencji, dostawał bez względu na osiągnięty rezultat, bon obiadowy do miejscowej restauracji. Otrzymał w sumie pięć bonów i wygrał też jakiś komplet wiecznych piór i książkę.
Brakowało mu jednego bonu, by wymienić je w knajpie, na butelkę markowego wina, i oczywiście coś przegryźć. Za cztery bony wina dać kelnerki nie chciały.
Postanowił wystartować w wyścigu kolarskim z Odolanowa do Milicza i z powrotem, w sumie ponad 70 kilometrów.
Zapisał się, dostał wiązaną na troczki szmatę z numerem startowym, upragniony bon, i ruszyli.
Kiedy już przejechał 10 kilometrów, gdzieś w okolicy Sulmierzyc, zatrzymał się, bo miał dosyć. Uwalił się na trawie i wystawił twarz do słońca. Po jakichś dwóch godzinach wsiadł na rower i spacerkiem jechał sobie w kierunku mety, oglądając się czujnie za siebie.
Gdy ujrzał peleton docisnął pedały i pognał, jakby go stado czarownic goniło, prosto na stadion.
Oczywiście, na linię mety wjechał, jako niekwestionowany lider, przy zadziwionym, ale zasłużonym aplauzie publiczności i licznie zebranych tam oficjeli.
Miał to być tylko taki kawał i Maro planował ucieczkę po przejechaniu szerokiego białego pasa finiszu, jednak się nie udało. Rozentuzjazmowani kibice otoczyli go zbyt szczelnie.
Afera była na sto fajerek, bo zdyskwalifikowali go nie tylko w wyścigu, ale i we wszystkich konkurencjach.
- Hańba, wstyd i poruta – jak stwierdziło potem grono pedagogiczne.
Ale obiad zeżarł i wino kupił, bo przezornie ukrył bony pod wkładką trampek.
Wolno jednak jechał z powrotem do szkoły, aż do poniedziałku rano.
Na szczęście za kilka dni miał być koniec roku.
Mimo wszystko na świadectwie ukończenia drugiej klasy, widniała i tak lepsza ocena ze sprawowania niż w poprzednim roku, bo aż czwórka.

Na rozdaniu świadectw nie było jego rodziców, a on sam specjalnie się tym nie przejął, tym bardziej, że dzień wcześniej były imieniny Żararakiego, który po wydaleniu „za niewinność” z internatu, mieszkał na stancji w mieście, i Maro popił tam serwowanego gościom, w nadmiarze, własnej roboty ajerkoniaku z koglamogla i rektyfikowanego, nabytego ze składkowych pieniędzy w sklepie, spirytusu.
Na marginesie trzeba dodać, że markowe „bonowe” wino z Odolanowa było, od samego początku rowerowej afery, przeznaczone na prezent dla solenizanta.
Na wielce uroczystym apelu, kończącym kolejny szkolny etap jego nauki. Pan Dyrektor osobiście wręczył Maro świadectwo.
- Drodzy uczniowie, rodzice i zaproszeni goście – powiedział, wywoławszy go z szeregu na środek apelowego placu - oto stoi przed Wami niekwestionowany lider naszej szkoły w brojeniu i łamaniu regulaminów, choć całkiem niezły uczeń – i tu wskazał okrężnym ruchem ręki mury pałacu i nieokreślony obszar wokół niego, a potem palcem na niepokornego i krnąbrnego bohatera dnia – to Maro, fałszywy skarb, podrzucony nam tutaj przez złośliwe duchy hrabiostwa, Maltzanów.


7. Fragmenty z Rozdziału 26 „Erotyczne podboje”.

Jeszcze na początku czerwca Maro zdał egzamin wewnętrzny na prawo jazdy.

Teraz czekał go ostateczny egzamin państwowy w miejscu stałego zamieszkania, czyli w Łodzi.
Wierzył, że sobie poradzi bez problemów, tym bardziej, że planował jazdę egzaminacyjną, nie na standardowym samochodzie Komendy Ruchu, ale na Wołdze z zakładu pracy swego ojca, na której zamierzał solidnie potrenować po spokojnych, peryferyjnych uliczkach swego miasta.
Jak co roku, część książek, zeszyty i rower zostawił w Miliczu.
Wyjeżdżał z tego miasta chyba, jako ostatni, bo po rozdaniu świadectw poszedł jeszcze do Świętoszyna, aby pożegnać się z bardzo przychylnymi mu ludźmi, u których przecież mieszkał ponad pół roku.
Wracając natknął się na grupkę miliczan, a między innymi był tam facet, któremu rozbił głowę na dożynkowej zabawie.
Gość wyzwał go teraz na pojedynek licząc na spektakularne zwycięstwo i pokazanie swoim kumplom, że poprzednia klęska to był tylko niefartowny przypadek.
Miał wszelkie szanse. Był większy, cięższy i starszy od Maro.
Nie zawsze jednak zwycięża siła.
Kiedyś, podczas wycieczki do Wrocławia, Maro kupił sobie książkę o modnym w tym czasie karate.
Było tam sporo opisów i rysunków dotyczących różnych technik i ciosów, pomiędzy bełkotem autora o honorze i cnotach karateków oraz znaczeniu sportu dla socjalistycznego kształtowania charakterów polskiej młodzieży.
Z doświadczenia wiedział, że uczenie się wszystkiego na raz, do tego bez odpowiedniego sprzętu, fachowego instruktażu i dobrego trenera, do niczego dobrego nie prowadzi, szczególnie dla ucznia.
Z kilkudziesięciu stronicowej książki wybrał sobie jeden podrozdzialik o low kickach, czyli kopnięciach.
Na przedstawionym rysunku, przy pomocy lupki, wyodrębnił napisy wskazujące na najbardziej wrażliwe miejsca u człowieka.
Wyczytał potem, że bardzo silne kopnięcie kantem stopy lub goleniem w zewnętrzny mięsień czworogłowy uda, jakieś cztery centymetry nad kolanem, narusza nerw główny i powoduje okropny ból oraz częściowy paraliż nogi.
Wyczytał też, że podobny skutek ma kopnięcie kolanem w wewnętrzną część uda.
Trenowali te kopy z Kostkiem i czasami, wtedy, gdy nie udało się sparować ciosu albo wstrzymać nogi, chodzili kulejąc, ale za to wierząc, że gdy przyjdzie im się kiedyś sprawdzić, będą nie tylko usatysfakcjonowani.
Teraz, więc, po prostu zamarkował cios ręką na twarz przeciwnika i gdy ten, odchylając się, usztywnił tę nogę, na której utrzymywał swój ciężar, po prostu zrobił to, czego się nauczył. Potem doskoczył do zwarcia i kolanem kopnął w drugie udo, tym razem od środka.
W sumie po czterech sekundach było po walce.
Podniósł z ziemi swój worek podróżny, bo walizkę zostawił w internacie wypełnioną książkami i zeszytami, i pomaszerował na dworzec.

Kiedy pociąg ruszał ze stacji na peron wbiegło kilku chłopaków, pomiędzy którymi rozpoznał tych z parku, ale bez pokonanego przywódcy.
Wskoczyli do ostatniego wagonu.
Wagony były z tych stareńkich, z małymi pojedynczymi przedziałami, do których były z każdej strony wagonu osobne drzwi.
Chwilę zastanawiał się, kiedy do niego dotrą. Nie wyglądało to najlepiej. Pociąg jechał docelowo, czyli do Łodzi Kaliskiej.
Otworzył szafkę nad górną półką bagażową i wepchnął tam swój bagaż. Potem otworzył drzwi i stanął na stopniu.
Wiało jak cholera i właśnie z tej strony płynął cały brudny, ciemny i śmierdzący dym z komina lokomotywy.
Przesuwał się szybko do przodu po podskakujących stopniach i tańczących buforach pomiędzy wagonami.
Na pierwszej stacji widział, ukryty, z okna nowego przedziału, latających wzdłuż pociągu rozczarowanych napastników.
Nie zrezygnowali jednak i wsiedli z powrotem, gdy pociąg ruszał.
Znowu wylazł na stopnie i ostrożnie zaczął przesuwać się w kierunku lokomotywy. Tam wlazł na tył parowozu i ukrył się za wysoką burtą.
Był to typowy tendrzak Oki3, którego model można oglądać dzisiaj, jako zabytek, w Ostrowie Wielkopolskim. Łobuzy go tutaj nie znalazły także na następnej stacji, ale wypatrzył pomocnik maszynisty i ostro zrugał. Chłopak powiedział mu, o co chodzi. Został zabrany do kabiny maszynisty i pozwolili mu nawet gwizdnąć przed kolejnym zakrętem
W Ostrowie, gdzie był dłuższy postój, na peron wkroczyli sokiści [Służba Ochrony Kolei] w czarnych mundurach i pod bronią, zwinęli jadących na gapę miliczan i odstawili na posterunek.
Maro umył się i pojechał dalej.

W domu rodziców zastała go dobra wiadomość. W sierpniu mieli całą rodzinką pojechać nad jego ulubione morze, nad Bałtyk do Pobierowa.

Zaraz po przyjeździe zabrał się za załatwianie spraw związanych z egzaminem na prawo jazdy.
Poleciał do Wydziału Komunikacji złożyć wniosek, dwa zdjęcia, zaświadczenie z kursu i zaświadczenie lekarskie, a prosto stamtąd do pana Cyrana umówić się na jazdy Wołgą.
Pan Cyran był kierowcą zawodowym i bardzo się z Maro lubili.
Miał ogoloną na łyso głowę i był potężnym mężczyzną.
Maro nie wiedział, czy Cyran to jego prawdziwe nazwisko, czy ksywka, którą nadali mu koledzy z powodu tej golonej codziennie łysiny, od łysiny wieloletniego polskiego Premiera, Józefa Cyrankiewicza.
Dogadali się, co do opłat za paliwo, bo za poświęcony czas pan Cyran nie chciał pieniędzy.
Nie była to ta sama Wołga, którą Maro jechał kiedyś z kolonii, ale jej następczyni i do tego nowszy egzemplarz.
Nie była niebieska, jak jej poprzedniczka z roku 1956 posiadająca silnik od Pobiedy, ale czarna i wyprodukowana w 1964. Model nosił nazwę Wołga GAZ 21 i miał nową atrapę z przodu oraz lepszy dwu i pół litrowy silnik z gażnikiem.
Po kilku dniach próbnych jazd na podmiejskich drogach po prostu wjechali w miasto, w godzinach szczytu, i nie było żadnych problemów ani pomyłek, nawet przy parkowaniu tyłem i wjazdach do wąskich bram.
Kilka dni później był egzamin.
Zaczynał się tradycyjnie od egzaminu ustnego.
Komisja wyczytywała trzy nazwiska i delikwenci byli zapraszani do niewielkiej sali przed pięciu egzaminatorów, z których każdy zadawał po dwa, trzy pytania z budowy i napraw pojazdów, znaków drogowych, przepisów ruchu, wypadków i pierwszej pomocy.
Najtrudniejsze było zdanie tak zwanych ‘Murzynków”, czyli wskazanie na makiecie ulic, które pojazdy mają pierwszeństwo przejazdu. Trzeba było przesuwać samochodziki w prawidłowej kolejności i uzasadnić, dlaczego tak ma być.
Maro został poproszony wraz z dwoma dorosłymi i jako najmłodszy miał odpowiadać na końcu.
Miał wiedzę, ale i dużo szczęścia, bo wspólnie z nim egzaminowani byli słabo przygotowani. Kiedy nie odpowiadali prawidłowo, kazano to robić jemu. W efekcie, z tej grupki, tylko on zdał na celująco, a panowie wyszli z kwitkiem i terminem na poprawkę.
Zaraz po egzaminie ustnym, na parkingu przed budynkiem, była jazda próbna motocyklem.
Ktoś zrobił Maro głupi kawał zakręcając kurek paliwa i w trakcie jazdy motocykl zaczął się krztusić. Chłopak miał jednak praktykę i wprawę w diagnozowaniu takich objawów, jak brak paliwa, więc tylko opuścił wzrok, potem rękę i odkręcił, co trzeba.
Zdał na piątkę.
Kiedy wsiadł z instruktorem do Wołgi, oczywiście z tyłu siedział Pan Cyran, pojechali na miasto. Bez problemów przejechali centrum i skierowali się w kierunku na Andrespol.
W tamtych czasach, droga dobrej jakości, kończyła się poza rogatkami miasta, potem były przez jakiś czas „kocie łby”.
Przez miasto i peryferie jechali dozwoloną pięćdziesiątką, ale na bruku Maro dołożył gazu i gnali dobrze ponad osiemdziesiąt.
Drzewa tylko śmigały obok nich, a koła przenosiły dźwięk, co do złudzenia przypominało bardzo głośny tętent stada dzikich mustangów na twardej amerykańskiej prerii przed deszczem.
Instruktor siedział z przodu i, jak Maro nagle skonstatował, zamknął oczy, chyba z wrażenia albo ze strachu.
Kiedy dojechali do krzyżówki na Gałkówek kazał zawrócić i bardzo się dziwił w powrotnej drodze, jak Maro udało się to zrobić na niewielkim skrzyżowaniu za jednym razem, bez cofania i poprawek.
Z tej jazdy też dostał piątkę i za dwa tygodnie miał zgłosić się po odbiór wymarzonego i upragnionego dokumentu..
Pan Cyran był tak samo, jak i on ukontentowany jego wynikami. Powiedział, co miało, chyba, być pochwałą:
- Jak kiedyś przejdę na emeryturę, to polecę Dyrektorowi Ciebie na swoje miejsce, chłopie. – i w nagrodę dał mu piękny firmowy breloczek na kluczyki, a potem odwiózł aż pod sam dom.
Maro chodził teraz dumny i blady, a wszyscy koledzy z podwórka mu zazdrościli, zaś dziewczyny garnęły się do przystojnego młodzieńca bez żadnych zahamowań, i jak sam czasami w żartach mawiał, gry wstępnej.
…………………………



….Na działce u dziadków lasek przyjął się nadzwyczaj udanie i młode siewki stały sztywno zieleniąc się wysokimi czubkami i listkami.
Sosenki miały soczyste kolory i po kilka kłaczków nowych igieł.
Maro zabrał się ostro do pielenia chwastów, które wzrostem już zaczęły dorównywać, posadzonym przez niego w zeszłym roku, roślinkom.
Nie tylko hakał motyką, ale i rękoma, starając się wyrywać trawska z korzeniami, aby na dłużej starczyło tej jego roboty.

Po kilku dniach pojechał do Warszawy, aby dokończyć jej zwiedzanie i kupić sobie parę drobiazgów, niezbędnych mu, do wyjazdu nad morze.
Najpierw jednak poleciał do parku pod świątynię Sybilli.
Kiedy był tam rok temu miał wizję i chciał teraz sprawdzić, czy ponownie się ona powtórzy.
Szybko dotarł do niewielkiego budynku otoczonego jońskimi kolumnami, i stojąc przed portykiem, pomiędzy posągami dwóch lwów, poczuł się tak samo jak rok temu.
Podszedł do jednego z królów pustyni i pogłaskał go czule po niewielkiej żeliwnej głowie.
Przysiadł na schodku i oparłszy się o cokół zapalił papierosa, zaciągnął się mocno i zamknął oczy.
Wyobraził sobie, że jest w środku świątyni i stoi naprzeciwko siedzącej postaci pięknej kobiety, odzianej w świetliście białe szaty i wianek ze świeżych kwiatów na głowie, trzymającej w dłoniach złoty puchar jakiegoś napoju.
Kobieta przyzywa go wzrokiem, on podchodzi, klęka przed nią i oboje wpatrują się w krąg kielicha, płyn faluje, potem uspokaja się i wygładza odbijając w sobie twarze wróżbitki i jego, niczym w lustrze.
Po chwili ich wizerunki znikają i powierzchnia ciemnieje, aby przybrać barwę czerwonego wina.
Najpierw zobaczył w tym winie lazurowe niebo pokryte kłębiastymi chmurkami i szybującego krogulca czającego się do ataku, ale po chwili obraz się zmienił.
Ujrzał biegnącą, ukwieconą kolorową łąką, Ziutę.
Miała na sobie tylko krótką koszulkę.
Biegnąc trzymała szeroko rozpostarte ramiona, podskakiwała unosząc wysoko kolana i śmiała się radośnie zwracając twarz ku niemu.
Nagle nadbiegło stado koni z czarnym ogierem na czele i otoczyło ją ze wszystkich stron, tak, że stracił dziewczynę z oczu.
Na ogierze siedziała ogromna bestia z długim pyskiem i czerwonymi ślepiami.
Za chwilę zobaczył, że schyla się ona i podnosi do góry, spomiędzy koni, jego ukochaną, sadza za sobą i odjeżdża galopem znikając we mgle.
Potem, kątem oka, dostrzegł milickiego lwa, tego z bramy, odmiennego od tych tutaj strzegących świątyni wieszczki, jak zeskakuje z góry prosto na niego i szczerząc kły szykuje się do ataku.
Próbował przed nim uciekać, ale nogi miał strasznie ciężkie i wiedział, że za chwilę zginie.
Wtedy zobaczył przed sobą słonia, szarego, ubłoconego i wielkiego, jak góra. Zatrzymał się gwałtownie i poczuł się, jak w pułapce, gdy tymczasem słoń stał przed nim uśmiechając się wesoło i przyjaźnie. Powiedział, spokojnie kołysząc trąbą, kobiecym głosikiem:
- Chodź ze mną, Maro. Ze mną będzie Ci dobrze i …bezpiecznie.
I nagle płyn w kielichu zmętniał i znowu, tylko, w jego powierzchni odbijały się twarze Maro i pięknej wróżbitki.
Maro wstrząsnął się i otworzył oczy.
Nie wiedział czy śni naprawdę, czy tylko na jawie.
Popatrzył na siedzącego tuż obok lwa i na smukłe kolumny świątyni, potem na drugiego lwa i stojącą przy nim postać dziewczyny w białej króciutkiej sukience na ramiączkach i wianku na głowie.
W ręku trzymała małą białą torebkę.
Wpatrywała się w Maro i machała, jakby bezwiednie, torebką na boki, niczym wahadełkiem hipnotyzera chcącego wprowadzić w trans swojego klienta.
Miał też wrażenie, że lwy odwróciły ku niemu głowy i patrzą wyczekująco.
Podniósł się ciężko, ukłonił panience i pomaszerował alejką w kierunku widocznego stąd Belwederskiego Stawu, aby schłodzić głowę w jego błękitnej toni.
Kiedy uniósł mokrą twarz ujrzał w falującej wodzie swoje odbicie i obraz stojącej przy nim postaci dziewczyny, którą spotkał na schodkach świątyni.
Odwrócił się ku niej, a ona z nieśmiałym i zafrasowanym uśmiechem spytała:
- Mógłbyś mi pomóc. Zgubiłam się w tym wielkim parku i nie wiem, jak trafić do wyjścia, i Centrum. Przyjechałam tu do dziadków z mamą. Mieszkam nad morzem w Pobierowie. Mam na imię Monika – wyciągnęła do niego rękę.
Maro machinalnie wyciągnął swoją, ujął jej dłoń i jeszcze klęcząc złożył na niej mokry pocałunek. Dziewczyna zarumieniła się mocno pod widoczną opalenizną i ukucnąwszy przy nim, drobnymi paluszkami, rozczesała mu na boki grzywę długich, opadających na oczy, wilgotnych włosów.
- Ale śmieszne – powiedział – ja chyba jeszcze śnię? Jak to z Pobierowa, przecież ja tam jadę za kilka dni na wczasy?
- Kłamiesz – powiedziała – wymyśliłeś to na poczekaniu?
- Nie. Nie kłamię. Śniła mi się wróżka Sybilla w białej sukni, z kwiatami we włosach i nie kazała się bać słonia. Obudziłem się i Ty tam stałaś, w białej sukience i wianku na głowie. …A do Pobierowa naprawdę jedziemy w sierpniu z rodzicami, bratem i siostrą.
- To znaczy, że nasze spotkanie to nie przypadek – powiedziała rezolutnie – Chodź. Odprowadzisz mnie, ale nie tylko do wyjścia, ale aż do domu dziadka. Poznamy się lepiej i może spotkamy nad morzem. Ale słonia tam nie ma, a ja chyba na niego nie wyglądam? – zaśmiała się zalotnie okręcając dookoła osi i wypinając tyłeczek.
………………………..


8. Fragmenty z Rozdziału 28 „Czy przepowiednie się spełniają…”.

…Do przedziału zajrzał konduktor sprawdzający bilety.
Maro podał mu swój ulgowy, wyciągając go z nowiutkiego czerwonego tymczasowego dowodu tożsamości.
Konduktor jednak zażądał legitymacji szkolnej albo studenckiej, więc, z bólem w sercu wyciągnął kartonik ze zdjęciem w zielonym mundurku i prostokątną pieczątką technikum.
- Aaaa. Kawaler do Milicza – powiedział konduktor. – Znam, znam to technikum. Mój wnuk też się uczy na leśnika, ale w Mojej Woli – dodał – to niedaleko, jakieś dwadzieścia kilometrów. Rowerem w dwie godziny można przejechać.
Gdyby Maro wtedy wiedział, jak prorocze to były słowa?
Milicz przywitał go łzami, czyli deszczem i do tego upierdliwym, bo wiał silny wiatr. Zanim dotarł do internatu przemókł do podkoszulka i gatek.
Lew na bramie przywitał go ponurą miną, a Pan Dyrektor jeszcze gorszą.
- Czego tu szukasz? – zapytał agresywnie, kiedy zameldował się w jego gabinecie.
Maro znowu osłupiał na sekundę, jak w ubiegłym roku, ale tym razem dyplomatycznie i nieco złośliwie zapytał:
- Czyżby znowu zabrakło dla mnie miejsca w internacie?
- Tym razem nie – odpowiedział mu z równie złośliwą miną Główny Pedagog – tym razem nie jesteś już uczniem tej szkoły. Wysłaliśmy pismo do Twoich rodziców, że zostałeś przeniesiony do innego technikum, w Mojej Woli. Twoje dokumenty też już tam wysłaliśmy.
- Nic takiego nie przyszło – odpowiedział Maro.
Dyrektor wezwał sekretarkę i ta wręczyła mu kopię pisma, a on z kolei podał ją chłopakowi.
Miało wczorajszą datę.
Maro uśmiechnął się z rozgoryczeniem i oddał mu dokument.
- Niech i tak będzie – powiedział już bez zwyczajowego „Panie Dyrektorze”.
– Ale ja jeszcze tu wrócę – dodał z emfazą – gdy dorosnę.

Do rozpoczęcia roku szkolnego było jeszcze dwa pełne dni, i troszeczkę.
Odebrał swój dwukołowiec od masztalerza i pojechał do Świętoszyna, gdzie w prawie rodzinnej atmosferze zjadł sutą kolację zakrapianą bimberkiem i został ułożony do swojego dawnego łóżeczka.
Rano osiodłał Baśkę i pojechał kłusikiem i stępem pod dom Ziuty, ale tam nic się nie zmieniło.
Od sąsiadów dowiedział się, że żadnych nowych wiadomości w sprawie zaginięcia jego dawnej dziewczyny nie ma.

Potem przejechał mostem na drugą stronę rzeki i wjechał do parku, a następnie, przez bramę od strony rzeki i ruin obronnego zamku na teren pałacu.
Przegalopował trzy razy po ponad trzystumetrowym okręgu centralnym z pomnikami koni i fontanną. Ciężkawa Baśka wybiła w miękkiej bieżni spore dziury, ale o to właśnie chodziło Maro.
Kiedy Pan Kierownik wybiegł z krzykiem na dziedziniec, po prostu zawrócił konia i wpadłszy na wał przeciwpowodziowy nad Baryczą pojechał już prosto do stajni.

Tam uzupełnił powietrze w dętkach roweru, rozdzielił swoje bagaże na mniejsze i poręczniejsze pakunki i wszystko dokładnie przymocował linkami i drutem do bagażnika górnego i bocznych przy tylnym kole.
Co zostało, miękkiego, upchnął do torby, której dorobił skórzane szerokie paski jako szelki.
Zjadł obiad, pożegnał gospodarzy i zabrawszy kanapki na drogę oraz kompot w bidon ruszył w kierunku swojego nowego miejsca na ziemi.
Jechał polnymi i leśnymi drogami według mapy przez Duchowo, Kotlarkę, Kużnicę, Janisławice, aż dojechał do Mojej Woli.
Jechał niespiesznie i ostrożnie, aby rower wytrzymał bez awarii ciężar jego i bagaży. Często musiał schodzić ze swojego, jak czasami żartował, pedałowatego konia i prowadzić go przez piasek, koleiny czy podmokłe odcinki drogi.
Upocił się i umęczył, choć nie było daleko, i zajęła mu ta droga ponad pięć godzin, średnio robił więc pięć kilometrów na godzinę, tak jak pieszy, a nie jak rowerzysta.

Z Mojej Woli, zamiast od razu do internatu, pojechał do Sośni, gdzie popiwszy w knajpie piwa zjadł tłuczone ziemniaki z gotowaną kapustą i kawałem smażonego tłustego boczku.
Kupił w kiosku koperty i znaczki, papeterię, kilka widokówek miejscowego folkloru i papierosy.
Jedną widokówkę wysłał do Moniki, a list do mamy. Wrzucił to do skrzynki pocztowej i zawrócił do zamku.
Jechał jakąś inną boczną drogą, którą wskazała mu kioskarka, więc, najpierw ukazał mu się kościół, a tuż za nim, przed skrzyżowaniem dróg, z których ta prawa, wysadzana kasztanami, prowadziła już prosto do internatu, stała zielona drewniana buda z artykułami spożywczymi i piwem.
Tak strasznie mu się chciało pić, że wypił aż dwa, pogadując przy okazji ze sprzedawcą. Ten poradził mu, aby najpierw zaległ na łączce i przedrzemał z godzinkę te wypite Mocne Pełne. Tak też zrobił.
Kiedy się obudził był wczesny wieczór i komary chciały go zarąbać.
Zjadł jakąś miętówkę, wyprowadził rower na alejkę i pojechał dalej.

Po jakimś dwustumetrowym prostszym odcinku, za zakrętem w lewo, wyłonił się spomiędzy wielkich drzew całkiem spory zameczek myśliwski z murowaną wieżą, spadzistymi daszkami, różnorodnymi lukarnami doświetlającymi mansardy na poddaszach, tarasami, balkonikami, otoczony niskopiennymi jałowcami i cisami, prawie cały obity korą i porośnięty bluszczami.
Gdzieś z lewej strony, za drzewami, niebo zmieniało swój kolor z niebieskiego na turkusowo granatowy i złotoczerwony.
Odblaski słońca igrały w szybach kilku otwartych okien raz oślepiając i wstrzymując , raz mrugając i przyzywając go do siebie.
Zsiadł z roweru i prowadząc go poszedł krok za krokiem, rozglądając się dookoła zafascynowany tym, co zobaczył.
W swoim niedługim życiu widział już wiele pałaców i zamków, ale takiego jeszcze nigdy, i wcale sobie niczego podobnego nie wyobrażał jadąc w to miejsce, choć wiedział, że internat mieści się w jakimś starym leśnym pałacyku.
Wreszcie dotarł przed fronton i ostrożnie oparł rower na stopce. Podszedł do schodów tarasu z trzema piwnicznymi oknami, którego dach wznosił się na pięciu drewnianych filarach.
Oślepionymi od refleksów słońca na szybach oczami spojrzał na zacieniony taras i zmartwiał.
- O rany – wyszeptał wpatrując się w oczy króla afrykańskiego buszu – jeszcze niech tylko odezwie się do mnie babskim głosem to chyba zwariuję.
- Witamy w Technikum Leśnym w Mojej Woli – powiedziała piękną i wyrażną polszczyzną, wychodząc z cienia, czarnowłosa i czarnooka kobieta, o szerokich ustach, od której aż bił zapach mocnych perfum.
Dobrą chwilę wodził wzrokiem od jej twarzy do wielkiej i prawdziwej, choć spreparowanej, głowy słonia, powieszonej na ścianie tarasu.
Skłonił się nisko i w duchu powiedział sam do siebie:
- Witaj. ….Sybillo!
……………………………….






9. Fragmenty z Rozdziału 30 „ Moja Wola”.


… Pierwszy apel na placu przed korkowym zamkiem nie różnił się niczym od apeli w Miliczu.
Uczniowie stali w karnych czworobokach poszczególnymi klasami ubrani w galowe zielone mundury, wyglancowane buty i przylizane czupryny.
Miliczanie zostali przywitani przez grono nauczycielskie specjalnym przemówieniem Dyrektora z zaznaczeniem, że nie zesłano ich tu na wakacje, ale do nauki i pracy.
Odczytany regulamin szkolny i internacki wzbudził powszechny szmerek. W zasadzie niczym nie różnił się od milickiego, jednak Maro zauważył, że gdy Kierowniczka Internatu go czytała podniosłym głosem, pozostali nauczyciele uśmiechali się pod nosami, a uczniowie tuziemcy poszturchiwali się z rozbawieniem.
- Może nie będzie tak żle, jak to wygląda? – pomyślał i popatrzył po poważnych i zasępionych twarzach swoich „spadochroniarzy”.
Nazwali ich tak tutejsi chłopcy i kadra z uwagi na to, że spadli im niespodziewanie na głowy, jak z nieba oraz dlatego, że wieść niosła, jakoby byli zadziornymi zabijakami przeniesionymi tu, decyzją Ministerstwa, za karę.
Pod koniec dowiedzieli się, że ich wychowawczynią klasową będzie kobieta, która wczoraj powitała Maro pod głową słonia.
Na zakończenie apelu wszyscy razem odśpiewali Leśną Rotę i udali się do szkolnego budynku, jakieś trzysta metrów alejką przez park, mostek na rzece, brukowaną jezdnię i kawałek podwórka.
Klasa Maro mieściła się na drugim piętrze budynku, a jej okna wychodziły nad dach sali gimnastycznej. Można było tędy zeskoczyć na dach, a potem na ziemię, gdyby ktoś wybrał taką drogę, a nie drzwiami.
Było ich w sumie ponad trzydziestu, więc, dodano im kilku chłopców i dziewcząt. Od razu podnieśli solidarny bunt i złożyli petycję, że z dziewczynami być nie chcą. Skąd im się to wzięło, taki rasizm, nie wiadomo było do końca, w każdym bądż razie, po kilku dniach zbuntowali się naprawdę i kadra musiała ustąpić. Może nie ze względu na nich, a, wyłącznie, na Bogu ducha winne dziewczyny.
Na starszego klasy w demokratycznym głosowaniu wybrali Michała.

Sale w internacie były różne, małe trzyosobowe i wielkie „kołchozy” na dziewięciu, a nawet dziesięciu chłopców. Maro zamieszkał, na początek, z Żararakim i dwoma innymi „spadochroniarzami”.
Przez pierwsze dni zapoznawali się z warunkami bytowymi, nowymi kolegami, nauczycielami, programem nauczania, otoczeniem i porównywali z poprzednią szkołą. Szybko im to przeszło.
Można nawet powiedzieć, że po miesiącu byli już całkowicie zaaklimatyzowani i wtopili się w szkolną społeczność, choć nadal trzymali się razem i pilnie baczyli, co i jak.
W czasie wolnym ginęli małymi grupkami w otaczających zamek lasach i powracali dopiero na wieczorne apele.

Wychowawczyni starała się ich jakoś zorganizować w kółka literackie, zespół teatralny, sympatyków biblioteki i tym podobne, ale byli oporni. Nawet do piłki nożnej i siatkowej na szkolnym boisku, poza lekcjami wuefu, nie było chętnych.

Każdego wtorku mieli zajęcia praktyczne w terenie, gdzie ubrani w gumowce i ubrania robocze, jeżdzili Lublinem z nadleśnictwa.
Ich rejon na praktyki to było Nadleśnictwo Syców, a najczęściej Leśnictwo Stradomia, gdzie szefował doświadczony rubaszny leśnik.
Pracowali tam przy jesiennych zalesieniach, czyszczeniach młodników i przy wyrębie drewna jako korowacze, łupacze i układacze mygłów.
Zarobione przez nich pieniądze przekazywane były na konto szkoły, z czego część miała zasilić ich klasowy fundusz wycieczkowy, część zasoby samorządowe ogólnoszkolne, a część była przekazywana na potrzeby szkoły do jednej puli z dotacjami ministerstwa leśnictwa, któremu szkoła podlegała.

Miejscowość Moja Wola była malutka i wchodziła w skład gminy Sośnie. Leżała w antonińskich lasach nad rzeczką Młyńska Woda i składała się z kilku budynków oraz kompleksu parkowo-pałacowego wybudowanego w roku 1852 dla księcia brunszwicko-oleśnickiego Wilhelma, według projektu architekta Karłowskiego. Z początku miejscowość nosiła inną nazwę, a mianowicie Kużnica Sośnieńska, od miejscowej huty żelaza, ale podobno książę, na obiekcje architekta, co do miejsca budowy zamku, powiedział:
- „ Moja wola, będzie!” – i tak już zostało.
Pałacyk myśliwski w szwajcarskim stylu zbudowano na kamiennej podmurówce i nad głębokimi piwnicami. Sam zameczek był drewniany, ale na elewację zewnętrzną sprowadzono, aż z Portugalii, płaty dębu korkowego, co nadawało mu uroczy i niespotykany wygląd.
W skład dóbr włączono też 400 hektarów lasu na Zwierzyniec, głównie sarny, daniele, jelenie, dziki, lisy, zające, dzikie ptactwo.
Posiadłość z wiekiem zmieniała właścicieli i rozrastała się.
Dobudowano nowe skrzydła, tarasy i werandy, a w 1903 roku pięciokondygnacyjną murowaną wieżę. W skład całości weszły też stajnie, powozownie, domek myśliwski, wędzarnia. Kawałek dalej były czworaki i sześcioraki, budynek nadleśnictwa, młyn wodny, piekarnia.
Przez 50 lat od roku 1891 do 1941 władała mojowolskimi dobrami, liczącymi już 5400 hektarów, wdowa po baronie Danielu von Diergard – Agnes, która funduje kościół i dom spokojnej starości dla mieszkańców.
W okresie wojny i okupacji działa tu centrala wywiadu Rzeszy, potem obóz jeniecki dla Rosjan, po wojnie z kolei obóz jeniecki dla Niemców, potem Ośrodek Szkolenia Robotników Leśnych.
W roku 1950 zorganizowano tu pierwszą w historii szkołę leśną dla dziewcząt, ale po kilku latach zamieniono ją na koedukacyjne Technikum Leśne.
- „Moją wolą zamek stoi - rzekł hrabia przed laty,
No i stoi tu do dziś dwór w korek bogaty.
Dookoła szumi las, w lesie ptaszek śpiewa,
A historię dawnych lat, cicho grają drzewa…” – taki tekst piosenki poznał Maro i jego koledzy o historii swojego nowego miejsca na ziemi.

Realnie, na dni jego przyjazdu tutaj, zameczek był jednak mocno zaniedbany. W pokoikach bardzo minimalne wyposażenie, a na zimę piece, okna nieszczelne, wprawdzie czysto, ale bardzo skromnie.
Były w dużych salach piękne malowidła naścienne ze scenami polowań, stiuki, zdobne kafelki i posadzki, attyka krenlażowa, skośne dachy, wykusze, balkoniki, cisy i tuje pod oknami, ogromne dęby w parku, głowa słonia na tarasie, stara ozdobna pompa na dziedzińcu, w tym samym stylu budynki towarzyszące, w których były biura i mieszkali niektórzy nauczyciele, była specyficzna atmosfera społeczności złączonych jednym celem i trybem życia, ale brakowało odrobiny luksusu, jak na Zamek.
Maro czuł się tu jednak świetnie i doskonale sobie radził.
Rowerem bez problemów docierał do wioski, na okoliczne stawy rybne po karpika, do Sośni, Mariaka, Kociny, Cieszyna, a nawet Międzyborza.
Na razie zarzucił myśl o kupnie motocykla.
Zajął się działalnością biblioteczną, a głównie dlatego, że miał nieograniczony i niekontrolowany tam dostęp do zgromadzonych foliałów, i święty spokój. Wbrew pozorom biblioteka była świetnie wyposażona w ciekawe pozycje literatury krajowej i światowej.
Któregoś dnia trafił na „Spiżową Bramę” Tadeusza Brezy, jego, stworzony w formie pamiętnika esej, opisujący codzienne świeckie życie instytucji i urzędników Kościoła. Książka zszokowała go swoją bezpośredniością i brakiem szacunku dla ideologii rzymskokatolickiej, a szczególnie dla jej głównych przedstawicieli.
Chłopak, i tak już zmanierowany swoimi doświadczeniami w tym zakresie, postanowił zgłębić i inne religie.
Zaczął od początku, czyli od mitologii greckiej i rzymskiej, poprzez mahometanizm, konfucjonizm, hinduizm, taoizm, buddyzm, Stary i Nowy Testament, Biblię anglikańską, protestantyzm i różne ruchy ewangelistyczne.
Kiedy przeczytał, że w roku, bodajże 1448, gdy prawosławie zostało przeniesione na stałe na tereny carskiej Rosji i przyległe, w mieście narodów - Konstantynopolu - było kilkaset kościołów, każdy innej wiary, wyznania, czy odłamu, kiedy przeczytał o antypapieżach i papieżycy Joannie, o zakonach krzyżowców, wojnach religijnych, kiedy połknął „Królową Margot” Aleksandra Dumasa o hugenotach i paryskich rzeziach, kiedy zapoznał się z dziejami sześciu żon i żywotem króla Anglii Henryka VIII, gdy wreszcie doczytał wszystko, co było dostępne
o okresie schizmy, jezuitach i paleniu czarownic – zwątpił całkowicie i postanowił zostać agnostykiem.
Jednakże był pewien problem z tym związany.
Jego profesorka, ta o czarnych kudełkach i czarnych oczach, była głęboko wierzącą i praktykującą katoliczką. Lubił ją, i za jej ufność dla niego, za tolerancję i sympatię, za cierpliwość – bardzo szanował. Zawsze miała dla niego czas, rozmawiali na każde tematy, z wyjątkiem seksu, pozwalała mu się wypowiedzieć, nigdy nie przerywała, słuchała uważnie i mówiła:
- Dyskusja nie polega na tym, aby przekonać drugą stronę do swoich racji. Każdy ma prawo do własnego zdania i przytaczania subiektywnych argumentów. Każdy może przy swojej opinii pozostać. Każdy też może w dowolnym momencie dyskusję zakończyć! Dyskusja pozwala nam na ocenę siebie i adwersarza. Daje szansę na przemyślenia, refleksje.
Potem wypowiadała swoje opinie i cytowała argumenty, które dyskutowali wspólnie.
Bardzo często rozchodzili się bez widocznych efektów, by wrócić do tematu nawet po kilkunastu dniach.
Nigdy się nie wywyższała swoją wiedzą, najwyżej polecała mu jakieś tytuły do czytania, albo zadawała temat do przemyślenia.
Miała całkiem sporą prywatną biblioteczkę i kiedyś dała mu klucz od mieszkania, aby mógł z niej korzystać podczas jej nieobecności.
Raz przyniósł dużego karpia skłusowanego na Możdżanowskich stawach i usmażył zostawiając rybę na patelni. Kiedy rano na apelu spojrzał na nią, oblizała językiem górną wargę, a jej oczy śmiały się, jak szalone. Potem często, po kryjomu, smażył jej złowione rybki, albo najsmaczniejsze kawałki upolowanej, z samoróbki kuszy, dziczyzny, znosił kradzione jajka i owoce.
Była strasznie chuda i taka zagubiona w zwyczajnym życiu.
Tylko kawa, papierosy i stołówkowe jedzenie, uczniowie i szkolne problemy, narzeczony kilkaset kilometrów dalej, wieczna wojna z Dyrektorem o „JEJ” chłopców.
Kochał ją. Ale nie jak kobietę, tylko jak starszą siostrę, której nie miał, albo jak … „drugą matkę”.
Nie był zresztą jedynym jej fanem. Inni chłopcy, zafascynowani jej osobowością, także się w niej kochali.
Między innym i Michał, jego klasowy kolega i łódzki krajan.
Kiedy Maro to zauważył była połowa roku szkolnego.
Obaj mieli jechać do Twardogóry na konkurs recytatorski.
Michał był bardzo biedny.
Rozbita rodzina, brat inwalida, mieszkanko w robotniczej dzielnicy na łódzkim Zarzewie, brud i nędza.
Zaproponował mu pożyczkę na pociąg, ale tamten odmówił.
Wyszedł z internatu wieczorem i na konkurs przyszedł 30 kilometrów pieszo. To nie było fajne, ani mądre.
Po tym wydarzeniu Maro, mimo, że tamten był starostą klasowym i dobrym uczniem, zaczął go totalnie lekceważyć. Głupoli nie lubił.

Michał często znikał z internatu na całe noce i włóczył się po lesie.
Był typowym samotnikiem. Koledzy też go nie lubili za te piątki
z polskiego i historii, i za dwóje z wuefu. Zaniżał im klasową statystykę.
Za jakieś przewiny Maro został przeniesiony z małej do dużej, dziewięcioosobowej sali. Po capstrzyku, jak nie mogli usnąć, gadali na różne tematy. O jedzeniu, książkach, dziewczynach, podróżach i szkole.
Pewnego razu temat dotyczył śmierci. Każdy musiał się wypowiedzieć, jak chciałby, żeby to było w jego wypadku. Michał powiedział wtedy, że chciałby wybiec naprzeciwko pędzącego pociągu.
……………………………..



…Przyszedł koniec roku szkolnego i po raz pierwszy na jego świadectwie widniała piątka ze sprawowania, i był to jedyny raz, także w tej szkole.
Zaraz po rozdaniu dyplomów pojechał do domu.
Jeszcze w szkole zapisał się do Związku Młodzieży Socjalistycznej i na obóz Ochotniczego Hufca Pracy Wakacyjnej.
Obóz, gdzieś w okolicach Poznania, miał się rozpocząć w połowie lipca. W Państwowym Gospodarstwie Rolnym, gdzie miał pracować, dyrektorem był ojciec jednego z jego młodszych kolegów.
Maro czekał na ten wyjazd z niekłamaną radością i utęsknieniem.
…………………………




…Wysiadł na małej stacyjce, gdzie na ochotników czekał ciągnik
z przyczepą.
Tą samą baną przyjechała większość aktywistów.
Byli i chłopcy, i dziewczęta.
Zakwaterowano ich w opuszczonych przez uczniów na okres wakacji, klasach miejscowej szkoły podstawowej.
Na drugi dzień nobliwy kierownik PGR krótko scharakteryzował rodzaj i przedmiot działalności gospodarstwa i zapytał, co kto umie i chciałby robić. Maro od razu, jako pierwszy, wrzasnął:
- Ja chcę do koni!
I udało mu się załapać na tę niebotyczną fuchę.
Do Moniki napisał list z urodzinowymi życzeniami: życzył jej, złośliwie, szczęścia, pomyślności i dużo dzieci ze swoim matroskiem.
Od rana do nocy pracował w stajni, a głównie trenował miejscowe rumaki, bo reszta młodzieżowców, nie miała o tym zielonego pojęcia.
Kiedy pewnego dnia przyjechało objazdowe kino był na sali.
Wyświetlany był film USA, western pod tytułem „Mściciel z Larami”.
Po filmie pobił miejscowego chłopaka zazdrosnego o dziewczynę, która podobno uśmiechała się do niego zbyt często.
Bójka szybko objęła wszystkich uczestników seansu.
Ciupasem, na starym rowerze, przyjechał jedyny we wsi milicjant.
Ale Maro osiodłał konia i pojechał do sąsiedniej wioski. Milicjant za nim. Potem Maro wrócił, a milicjant za nim, i tak objechali kilka wiosek.
Wozili się tak przez tydzień.
Potem była wypłata, oczywiście nie w gotówce, tylko wpis na książeczkę PKO, i hajda do domu.
W Ostrowie, czekając na swój pociąg do Łodzi, zabrał jakiejś babie kanapkę, i SOK-iści ganiali go za to po peronach.
Uciekł im i jakoś bez dalszych wypadków dojechał do rodzinnej chałupy.

W mieszkaniu nie było nikogo, chłodziarka pusta, jedna kostka bulionu i kawałek suchej bułki. Zrobił rosołek i przetrzymał tak do poniedziałku.
Kiedy otworzyli pocztę wypłacił trochę grosza i poleciał po Bognę. Balowali przez tydzień obżerając się wędzonkami i słodyczami, opijając się, ona tanim truskawkowym winem, a on Rieslingiem, i kochając na potęgę po wszystkich kątach pustego mieszkania.
Ufryzowała mu włosy i ufarbowała na fioletowo piochtaminą, w dwie półkule, jak u Tutmozisa, w filmie „Faraon” zrealizowanym według powieści Bolesława Prusa.
Potem wsiadł w pociąg do Ełku i pojechał do Czerwonki pod Olsztynem, gdzie nad przepięknym jeziorem Dadaj przebywała cała jego rodzina.
Ponieważ wcześniej zadzwonił do ośrodka, na stacji czekała go niespodzianka, w postaci ledwie wyrośniętej siostrzyczki.
Przeszli razem pięć kilometrów polnymi wyboistymi drogami i dopiero wtedy Maro docenił poświęcenie i miłość Ewci.
Przytulił bachora i ukochał po swojemu, trochę szorstko, ale mocno i po bratersku.
Potem zawsze, przez cały turnus, zabierał ją na ryby, spacery, wycieczki i dyskoteki w okolicznych ośrodkach wczasowych. Kiedy chciało się jej siku na takich imprezach, szedł razem z nią i nie spuszczał z oczu, by ktoś jej nie zaczepił lub nie ukrzywdził.
Dana i Rob łowili i wędzili ryby, grzyby, zbierali maliny i zioła.
Wracali z tych wczasów mikrobusem z fabryki podległej ojcowemu Zjednoczeniu i przywieżli do domu wszystkie zbiory w całości.
Dwa dni po powrocie Maro spakował swoją torbę i tekturową walizeczkę.
Aż pięć dni przed rozpoczęciem roku szkolnego pojechał do Mojej Woli.

Po prostu zwiał.
Chciał gdzieś trochę pobyć sam ze sobą.

Na dworcu kaliskim jakiś napity oszołom wcisnął mu w ręce broszurkę z kiepskiej jakości przedrukami przepowiedni Sybilli i Malachiasza.
Przeczytał całość po drodze i doszedł do wniosku, że coś w tym jest.
Oczywiście od razu odrzucił, jako bezsensowne i pozbawione realności, wizje totalnej apokalipsy, ale pozostałe przepowiednie, co do ludzkich zachowań, uznał za prawdziwe.
Miał dopiero siedemnaście lat, ale już wiele widział i sporo sam przeżył.
Wysiadł na dworcu w Sośni i zamiast do internatu powędrował do małego, skrytego w starym sadku, domku znajomej aktywistki, którą poznał na jakimś zebraniu organizacji młodzieżowej w powiecie.
Zakwaterował się na stryszku i zajął kontemplacją, jogą i ćwiczeniami ducha. Mało jadł, tylko warzywa i owoce, popijał to domowym winem, mył się pod studnią, biegał po polach i lesie, czytał, wspominał.
Kiedy doszedł do etapu użalania się nad sobą i negowania przyszłości stał się zamknięty w sobie i niemiły dla otoczenia. Wszystko go drażniło. Potrzebował kolejnego relaksu, a właściwie baby. Zbałamucił, więc, aktywistkę, a przynajmniej tak mu się wydawało. Dopiero wiele tygodni póżniej dowiedział się, że dziewczyna lubiła zabawę w te klocki, i dawała wszystkim na lewo i na prawo. Jak to aktywistka.
Kiedy wreszcie dotarł do internatu był w miarę zrelaksowany, wypoczęty i gotowy do nowej walki z szarą codziennością.

Taki codzienny dzień młodego adepta leśnictwa rozpoczynał się
o szóstej rano głosem hejnałówki lub harcerskiej fanfary grającej pobudkę.
Wszyscy wybiegali na plac i grupkami robili gimnastykę poranną kończąc ją biegiem po mokrych od rosy trawach mojowolskich ścieżynek i alejek. Wilgotne i zimne gałązki obijały chłopcom gołe nogi i ramiona, chlastały po twarzach i rozpostartych rękach.
Bieg, skłony i podskoki pozwalały jelitom na właściwą pracę , więc, po powrocie z parku gromadnie rzucali się do nielicznych kibli i łazienek. Po wypróżnieniu i myciu było ścielenie łóżek i porządki na salach, ubieranie mundurów i spęd na stołówce, gdzie zazwyczaj serwowano czarną gorzką zbożową kawę w dzbankach, kawałek margaryny, dwa plasterki kiełbasy lub żółtego sera, albo trochę pasztetu. Był też chleb i marmolada na spodeczku.
Po śniadaniu odbywał się poranny apel i prosto z niego wędrowali na zajęcia, teoretyczne - do szkolnego budynku, praktyczne - do samochodu albo od razu do lasu.
Bywało, że pracowali też w szkolnym gospodarstwie, parku, albo w przyszkolnym ogrodzie botanicznym.
W dyżurce internatu zawsze był jeden uczeń, a w kuchni dwóch do pomocy kucharkom.
Po lekcjach był obiad: zupa z wazy, drugie danie serwowane z kuchennego okienka na osobnych talerzach dla każdego, czasami jakiś deser w postaci kiślu, budyniu lub kompotu.
Kiedy do ubojni odprowadzano szkolną świnię, na śniadanie i kolację była zawsze kaszanka na ciepło z cebulą, a na obiad też kaszanka na ciepło z cebulą, i zupa grochowa z pływającymi kawałkami przerośniętej słoniny, albo krupnik, też z tą cholerną słoniną.
I tak przez trzy dni na okrągło.
Gdzie się podziewało normalne mięso, a Maro nie raz widział zabitą świnię od środka i wiedział, że takowe w świni jest, nie wiadomo.
Bywały wprawdzie, czasem, kotlety mielone i gulasze, ale tak naprawdę, to nie wiadomo z czego robione.
Tylko w niedziele do śniadania dostawali po 1/8 kostki prawdziwego masła i kawałek drożdżowego ciasta z kruszonką.
Najgorzej było, jak przychodziły do szkoły dary, przeważnie worki kaszy, klusek i kartony ze smalcem. Kasza była z plewami, kluski zaś z mąki kukurydzianej, co po ugotowaniu nadawało im kształt i konsystencję glutów, smalec z dodatkiem tłuszczu reniferów, karibu czy morsów, bo śmierdział i smakował tranem.
Raz pokładli na kupę wszystkie talerze z tym smalcem i nawet sodą kucharkom trudno było to świństwo rozpuścić i pozmywać.
Jedyne normalne jedzenie z solidnymi porcjami mięsa bywało w dni wywiadówek, kiedy przyjeżdżali rodzice.
Ale wtedy i tak każdy posilał się z domowej wałówki, więc, według Maro, był to jedynie chwyt czysto propagandowy, taki wyjątek potwierdzający regułę.
Jednak on lubił to jedzenie, a najbardziej ryż ze śmietaną, cynamonem i cukrem oraz budyń waniliowy z sokiem.
W swojej szafce zawsze, na wszelki wypadek, miał słój wecka z zatopioną w domowym smalczyku ze słoninki mortadelą, przysyłany mu regularnie przez mamę, i cytrynę.

Kiedyś poszedł do sali młodszego rocznika i zapytał, kto chce kupić cytrynę do herbaty za jedyne dwa złote. Zebrał od chętnych kasę i przyniósł każdemu po cieniutkim plasterku. Afera zrobiła się niecodzienna, ale kasy nie oddał mówiąc, że powinni się spytać ile, de facto, tej cytryny do herbatki dostaną za swoje marne pieniądze.
Sam doskonale wiedział, że półdarmo, to można dostać tylko w mordę.

Po obiedzie był czas wolny, aż do dwóch godzin przeznaczanych na obowiązkową naukę własną. Generalnie odbywała się ona w klasach budynku szkolnego, ale można było wykręcić się i uczyć w bibliotece albo nawet na sali, czy w parku na ławce.
Wszystko zależało od tego, jak kto się uczył.
Maro miał dobre stopnie, więc, korzystał z większej swobody.
Bywało jednak, że pomagał, co niektórym kolegom, pisząc im wypracowania lub rozwiązując zadania, a nawet udzielając korepetycji. Sam zwykle lekcji nie odrabiał, bo miał wszystko w głowie.
Fotograficzna pamięć wzrokowca pozwalała mu na zapamiętywanie, na bardzo długo, nawet numerów stron podręczników z poszczególnymi zagadnieniami.
Zadania z algebry rozwiązywał, w zasadzie, w pamięci.
Musiał mieć w porządku jedynie zeszyty z przedmiotów zawodowych, bo tam były zadania, rysunki, wykresy i praktyczne porady.
Jego zeszyt do języka polskiego to był duży czarny brulion A-4 z mnóstwem karykatur robionych na lekcjach ołówkiem i z zadanymi wypracowaniami, ale tylko w punktach.
W ich klasie nie było szkolnych ławek, tylko kawiarniane kwadratowe stoliki i krzesła.
Maro zawsze siedział przy pojedynczym stoliku w kącie koło kaflowego pieca. To było jego miejsce przez całe trzy lata, wywalczone wiedzą i pięściami. Na lekcje zakładał lekko przyciemnione okulary i nikt nie wiedział czy on śpi, drzemie, czy pilnie uważa. Nauczyciele nie raz go sprawdzali nigdy jednak nie podpadł, choć czasami faktycznie drzemał albo marzył o niebieskich migdałach.
Procentowało tu jego uczenie się jedną lekcję do przodu.

Kiedyś, jeden z kolegów, zerżnął po kryjomu napisane przez niego wypracowanie i podał za swoje. Dostał dwójkę, bo profesorka natychmiast zorientowała się, kto to naprawdę napisał.
Maro pisał bardzo niekonwencjonalnie, prawie zawsze wielowątkowo i z pozycji narratora, a tak się zazwyczaj lekcji nie odrabia.
Od tamtej właśnie pory nie pisał już całości tylko kilka punktów. Wezwany do odpowiedzi wstawał, brał swój czarny brulion i otwierał na chybił trafił.
Szedł do okna, siadał sobie na parapecie i zaczynał czytanie.
W trakcie chodził, gestykulował, odkładał ten swój brulion, brał go znowu, czasem walił w stolik, i gadał, gadał i gadał.
Na szczęście płynnie i mądrze.
Zdarzyło się kiedyś, że za pyskowanie na lekcji dostał sześć dwój, tyle ile było rubryk w dzienniku. Na okres miał jednak, jako jedyny, piątkę. Spytana przez Dyrektora profesorka odpowiedziała podobno, że gdyby jemu postawiła dwójkę, to cała szkoła musiałaby otrzymać mniej niż zero.

Jedynym problemem Maro był ogólny i czysto techniczny przedmiot, prowadzony przez żonę jednego z nauczycieli, z książki. Kobieta go wyrażnie nie lubiła, bo zawsze wiedział więcej od niej i zadawał trudne pytania, na które nie znała odpowiedzi.
Na koniec roku postawiła mu trójkę, choć umiał ten przedmiot na piątkę, a na pewno lepiej od niej.
Nie lubił jej i tak, bo przypominała mu botaniczkę z Milicza.
Po lekcjach często bawił się z dzieciakami nauczycieli i personelu internatu, zabierał na spacery, opowiadał bajki, pomagał w lekcjach, zostawał z nimi wieczorami, gdy rodzice szli na jakąś imprezkę i poprosili go o to, czynnie uczestniczył w przygotowywaniu dziecięcych zabaw, mikołajków i festynów.
Odkrył w sobie, że lubi dzieci, że rozumie je, że potrafi się z nimi dogadać. I dzieciaki odpłacały mu wzajemnością, rodzice też.
Tylko z panią od techniki i jej pociechami nie chciał mieć nic wspólnego.

Po nauce własnej był czas wolny do kolacji, i po kolacji, aż do wieczornego obowiązkowego apelu.
Chłopcy grali w piłkę, biegali, spacerowali, chodzili na randki, na ryby, do kościoła, do biblioteki, wymykali się do sośnieńskiej gospody na piwo. Po apelu do gaszenia świateł nie było więcej, jak dwie godzinki, na telewizję, książki czy herbatę w internackiej klubokawiarni prowadzonej przez piękną żonę nadleśniczego. Tam jednak królowali i dryblowali piątoklasiści.
Maro często spędzał czas w towarzystwie swojej Animy i dyskutowali zawzięcie o wszystkich aspektach życia, kultury, twórczości, artyzmu, psychologii, filozofii i historii, także o kościele, kanonach wiary, etyce i zwyczajowej obyczajności. Często bywał u niej sam, ale bywali też tam i inni chłopcy z jego, i starszych roczników. Dyskutowali wtedy między sobą, a ich mentorka tylko nadawała ton i kontrowała, co bardziej zagorzałych dyskutantów, choć, i tak z małego okienka na pięterku, podekscytowane głosy niosły się po całym parku, często, do póżniej nocy.
Kiedyś powiedziała mu, że jak będzie miał jakiś problem moralnej natury, to powinien też tak ostro i do skutku dyskutować, jak teraz, tylko z samym sobą, ze swoim sumieniem. Uznał to za cios poniżej pasa.
Nie zamierzał dyskutować z własnym sumieniem, ani teraz, ani nigdy. Zamierzał robić to, co dla niego dobre, a nie to, co właściwe, według innych. Mogło się zdarzyć, że oba interesy będą zbieżne, ale to tylko przez przypadek i bardzo rzadko.
Kiedy jej o tym powiedział odrzekła:
- Jeszcze kiedyś zmienisz zdanie!
- Nie jestem egoistą, ale nie jestem też altruistą – odpowiedział jej na to filozoficznie – może kiedyś poświęcę coś dla mnie ważnego dla ważnej dla mnie osoby, jednak na pewno nie będzie to w moim wypadku reguła, a jedynie wyjątek. Jestem też humanistą, ale nie muszę być od razu także humanitarystą. To są dwa całkiem różne pojęcia. Jestem także osobą świecką, ale nie oznacza to, że zupełnie niewierzącą w siły nadprzyrodzone. Jak trochę dłużej pożyję to sam wybiorę, co dla mnie ważne i dobre. I może nawet kiedyś zostanę Pani akolitą lub katolickim księdzem – dodał uszczypliwie zły, że musi się tłumaczyć.
Tylko popukała go w głowę i kazała zmoczyć ją wodą, a potem trochę poleżeć w cieniu, żeby otrzeżwiał.
Takie to były ich wzajemne relacje.

Najbardziej jednak podczas dyskursów i rozmów wkurzał go Michał.
Cały czas, starał się im udowodnić, że profesorka ma zawsze rację. Właził, za przeproszeniem, do dupy bez wazeliny, i ciągle przytakiwał, nawet, jak naprawdę tej racji nie miała, albo podpuszczała ich, aby zaostrzyć dyskusję.
Poza tym on był humanistą religijnym bez cienia zwątpienia, ale i też, bez znajomości najprostszych reguł życia w stadzie.
Był żałosny w tym swoim klakierstwie i samotny, bo nikt się z nim naprawdę nie kolegował, ani nie przyjażnił.
Włóczył się samotnie po bagnach i lasach, nawet po nocach, i w ciemnościach topił gdzieś tam swoje dylematy i rozgoryczenie.
Pewnego dnia nie wytrzymał i, jak kiedyś powiedział, wybiegł naprzeciw pędzącego pociągu relacji Frankfurt – Moskwa.
I na co mu były te zasady związane z afirmacją ludzkiej istoty.
Sam sobie odebrał życie, które tak wysoko cenił.
Dla Maro znaczyło to tylko jedno. Był ten Michał zakłamanym sukinsynem i głupkiem, albo chorym psychotykiem, którego powinno się leczyć.
Był jednak na pogrzebie, wiózł i dżwigał drewniane brzozowe żerdki na przygrobny płotek i krzyż, dał swoje buty i skarpety, aby w czym było chłopaka pochować, przez całe swoje życie stawiał na płycie z jego nazwiskiem symboliczną świeczkę, gdy w Zaduszki odwiedzał groby swoich bliskich, ale nigdy go nie żałował, i właściwie to nie próbował zrozumieć.
Nie miał nic przeciwko straszeniu bliskich samobójstwem, żeby coś wykazać albo wymusić, ale zaraz zabijać się, i to bez powodu, … na śmierć.
Głupota.
Taka sama, jak ten czysty religijny humanizm i humanitaryzm, altruizm i całkowite poświęcenie w imię czyichś partykularnych, albo innych, niesprecyzowanych konkretnie, społecznych interesów.
Jednak, jeszcze na początku czwartej klasy, nie był Maro w stanie przewidzieć tego tragicznego w skutkach postępku swojego klasowego kolegi.
Nic na to nie wskazywało, gdy w wielkanocne święta był u profesorki i jej siostry w Czarnocinie, gdzie tamta pracowała i mieszkała z dwoma córkami, Jadzią i Ewą, w Technikum Rolniczym.
Pamiętał, z tamtych dni, jak wszyscy na kolanach podchodzili przez całą długość kościoła do Grobu Pańskiego i całowali zaśliniony krzyż leżący tam w nogach świętej figury.
On nie pocałował, bo go zbrzydziło, a Michał zauważył to i wydał go. Powiedział mu wtedy, że jest takim samym Judaszem, jak ten, co wydał na tę haniebną i męczeńską śmierć Chrystusa.
Nie lubił go i często krytykował.
Na pogrzebie miał z tego tytułu wyrzuty sumienia, całe lata póżniej także.

Najprzyjemniejsze dni w internacie to były soboty i niedziele.
Większość, tych w pobliżu Mojej Woli mieszkających chłopców, wyjeżdżała do domów, internat pustoszał, a i wychowawcy zajmowali się swoimi sprawami dając większy luz swoim wychowankom.
W sobotę po południu Maro przebierał się w swoje cywilne ciuchy, i z przepustką, lub bez, jeżdził na wiejskie zabawy albo do kina do miasta.
Kiedyś, przez przypadek, natknął się na dworcu autobusowym w Ostrowie, na swoją profesorkę.
Kiedy szli dalej razem zauważyli żebraka w polowym żołnierskim mundurze, bez nogi.
Profesorka dała inwalidzie jakiś banknot, ale Maro ani złotówki.
Było mu głupio, lecz nie chciał jej tłumaczyć, że to oszust, którego widział tu kilkukrotnie jako inwalidę, a potem na dwóch nogach w niedalekiej knajpie, do której nikt normalny raczej by nie zajrzał.
Same kurwy, złodzieje, oszuści i bandziorki przesiadywały tam od rana do nocy, do picia było piwo i zwykła wóda, a na zakąski śledzie, serowe koreczki z papryką i jaja w majonezie.
Nie powiedział jej, że wybiera się na film o występnym i okrutnym rzymskim cesarzu Kommodusie, z jego ulubioną Sophią Loren i Christopherem Plummerem w rolach głównych.
Film był amerykański i nosił tytuł „Upadek Cesarstwa Rzymskiego”.
To nie był film dla takiej, jak ona, osobowości.
Miał, więc, i przed nią swoje tajemnice.
Po filmie zazwyczaj szedł lub jechał gdzieś potańczyć, najczęściej do którejś z okolicznych wiosek.
Po kilku tygodniach, jak przysłowiowy marynarz w każdym porcie, tak i on miał wszędzie na wsi jakąś dziewczynę.
Pewnego razu poderwał dwie bliżniaczki prowadzące z rodzicami niewielki zakładzik rzemieślniczy. Panny były dorosłe i miały spore dochody. Przyjeżdżały do niego taksówką, z kocykiem, wałówką i butelczyną mocnego trunku. Taksiarz spacerował po lesie zbierając grzyby, a oni we trójkę balowali gdzieś na zacienionej polance.
Idylla trwała jednak niedługo, bo przyszła wczesna zima.
Znalazł sobie wtedy leśniczankę w swoim wieku i ganiał do niej na rowerze kilka kilometrów w jedną stronę, a jak było za dużo śniegu, to na nartach biegówkach pożyczanych od jednego z wychowawców.
Od tego latania schudł i ważył poniżej normy, twarz mu się wydłużyła i sypnął pierwszy poważniejszy zarost pod nosem, i na brodzie. Pewnego dnia dostał list z propozycją spotkania, ale nie wiedział od kogo. Mimo to poszedł wieczorkiem na umówione miejsce.
Kobitka była całkiem całkiem, podobno kuzynka jednej z jego szkolnych koleżanek, i jak powiedziała, po Uniwersytecie.
Dał się nabrać, nie wiedząc, że chodziło o Uniwersytet Ludowy, czyli taką udziwnioną po podstawówkową szkołę dla rolników, chyba dwulatkę.
Pojechali razem na zabawę do Cieszyna, kilka kilometrów od Sośni. Przez jej rodzinę i znajomych został zaproszony do stołu.
Była to jakaś większa rodzinna okazja gdyż pyszniły się na nim szynki, balerony, polędwice, kichy i kiełbachy z własnej świniny, ogórasy, grzybki, chrzan ze śmietaną, pierogi, wiejski chlebuś, ciasta i butelki pełne 60% domowego bimberku. Bawili się wyśmienicie do rana.
Maro, jakiś czas temu, zapisywał wszystkie zasłyszane dowcipy
i anegdoty w specjalnie na ten cel przeznaczonym zeszycie, i uczył się ich, jak lekcji albo wierszy, na pamięć. Teraz, więc, błyszczał i brylował w towarzystwie oraz był zapraszany i rozrywany do innych stolików.
Kiedy ostatni goście opuszczali remizę był mocno podtruty alkoholem i ani myślał wracać do szkoły piechotą w niedzielny poranek.
Panna zabrała go do swojej siostry na pobliską kolonię.
W małym domeczku był tylko jeden wielki pokój i kuchnia.
W pokoju królowało ogromne małżeńskie łoże z pierzynami i stosem poduch. Maro wypił klina i rozebrawszy się do gołego legł spać. Dziewczyny ułożyły się obok, każda z innej strony, ale on tylko mruknął coś na odczepne i smacznie zachrapał.
Obudziło go walenie w okno.
To na przepustkę z wojska przyjechał mąż siostry jego partnerki, widocznie bardzo wyposzczony, bo wskoczył zaraz do zbiorowego łoża i zaczął ostro dojeżdżać swoją bogdankę.
Tak się zapamiętali, że piszczeli głośniej od łóżka, które zaczęło chodzić po śliskich deskach podłogi, bo dywanu nie mieli.
Rozbudzony tymi miłymi dla ucha odgłosami zabrał się i Maro za swoją bogdankę, ale ta, mimo latających wokół feromonów, odmówiła.
Uznał, że zrobił, co trzeba i z bolącą od kaca głową, ponownie zapadł w regenerujący siły sen.
Wieczorem były w remizie poprawiny dla specjalnych gości.
Tym razem jednak Maro już nic, poza herbatą i oranżadą, nie pił.
Około północy wymknęli się z grona pijących i tańczących par, i panna zabrała go do drugiej swojej siostry, na nocleg.
Położyli ich tam w maleńkim dziecinnym łóżeczku z siatką boczną.
I wtedy dziewczynie zachciało się wreszcie seksu, ale zamiast miłosnych igraszek do rana reperowali łóżeczko, które po pierwszych ruchach rozleciało się na dziesięć kawałków.
Kiedy o świcie wędrował przez las do internatu śmiał się całą drogę, jak szalony.
Wpadł, zaraz na początku parku, w łapy nowego kierownika internatu i został wezwany przed profesorkę na dywan.
Ktoś go sypnął, że był w Cieszynie na zabawie i powiedział z kim, pewnie jakiś kapuś zazdrośnik, ale nie wiedział kto.
Pani wychowawczyni uświadomiła mu, że zna tę absolwentkę Ludowego Uniwersytetu, i że jest to całkiem miła dziewczyna, ale nie dla niego. Kiedy spytał dlaczego, odrzekła:
- No cóż. Nie pachnie ona najlepiej – i tu wskazała na flakon swoich mocnych perfum – jak pamiętam, to raczej tak …królikami.
Maro ryknął śmiechem, a za nim ona.
Nigdy więcej się z tą dziewczyną nie umówił, pewnie przez te króliki.

Nowy kierownik, ten który go złapał, nazywany był Żubrem, ze względu na powolność i potężną posturę.
Z kolei na jego małżonkę, drobniutką i malutką, chłopcy wołali Wiewiórka albo Mrówka.
Facet uczył ich łowiectwa i administracji, a ona była wychowawczynią w internacie.
Młodzież często robiła im kawały.
Kiedy Mrówka wpadała rano do ich sypialni i wołała, że czas wstawać, nikt się z łóżka nie ruszał.
Zrywała koc, a tu golas z penisem na wierzchu i uśmiechem na gębie, zrywa koc z drugiego łóżka to samo, z pozostałych zaś wyskakuje reszta nagusów. Była jednak odporna na te wygłupy.
Z kolei jej małżonek był bardzo zazdrosny.
Raz chłopcy umówili jednego z nie lubianych wychowawców z Mrówką, a ją z nim. Para schroniła się w kępie krzewów na stojącej tam ławeczce. Nie wiedzieli jednak, że i szanowny małżonek też został zaproszony na tę zaimprowizowaną randkę.
Ale się działo.
Z krzaków dobiegały porykiwania Żubra i pisk trzepanego Psiaka, a zalotnica Mrówka strategicznie zwiała do domu.

Kiedyś na lekcji, gdy Żuber pstryknął kawałkiem kredy w przysypiającego Małego, Maro zerwał się oburzony i zaprotestował, twierdząc, że stalinowskie metody wychowawcze nie są już w modzie.
Profesor rozgniewał się tak bardzo, że wywalił go z klasy i oświadczył, że albo on, albo Maro.
Kochana wychowawczyni jakoś go uładziła i chłopak miał stawić się w domu pomówionego z przeprosinami.
Kupił w sklepie w Sośni pół litra i poszedł.
W małym służbowym mieszkanku, w pokoju gościnnym, stały, aż pod sufit, sterty książek, atlasów, map, zeszytów.
Żuber, kiedy zobaczył butelczynę, zgarnął na podłogę leżące na stoliku książki i wskazał Maro miejsce na stołku.
Oczywiście nie dał uczniowi ani kropelki, tylko sam wypił, jak to się mówi z gwinta i na dwa łyki.
Maro przeprosił go za incydent i podali sobie ręce.
Chwilę potem wpadła przerażona Wiewiórka w towarzystwie profesorki, bo myślały, że panowie się nie dogadali i trwa straszna rozróba, ale to tylko zawadzone przez nich książki leciały, jak domino, z tych stosów pod ścianami, na nich i na podłogę.

Szkoła partycypowała w dużym okręgu łowieckim na przyległych terenach. Uczniowie byli wykorzystywani jako naganka.
Szli, rozstawieni w tyralierę w kierunku myśliwych, pokrzykując, kręcąc kołatkami i waląc kijami w drzewa, a spłoszona zwierzyna gnała, co sił, przed nimi, prosto pod lufy uzbrojonych w sztucery i dubeltówki zabójców.
Polowania miały uroczystą oprawę w postaci sygnalistów grających sygnały myśliwskie na różne okazje i oczywiście końcową biesiadę przy ognisku, i przy kotłach z grochówką.
To była prawdziwa zupa, w której można było znależć więcej mięsa niż grochu, a łyżka stała w tej gęstej smakowitej brei.
Chłopcy zajadali się i najadali za wszystkie czasy pogryzając pajdy wiejskiego chleba i zapijając to słodką kawą z dodatkiem czegoś mocniejszego, jak kto miał swoje, albo, jak został poczęstowany. Przysłuchiwali się myśliwskim opowieściom i bajdom dorosłych, zapoznawali się z gwarą łowiecką, sposobami sprawiania ubitych tuszy i z bronią.
Sympatyczny Żuber brylował na tych imprezach popisując się swoim akademickim wykształceniem i wiedzą o zwierzynie łownej oraz możliwościami swojego żołądka. Potrafił, nie tylko dla zakładu, zjeść siedem półlitrowych metalowych kubków gęstej zupy z siedmioma pajdami chleba, aby potem duszkiem wypić, także, wygraną od naiwnego niedowiarka, całą butelkę wódki.
Maro nie lubił tych polowań.
Z politowaniem patrzył na dorosłych mężczyzn stających z karabinami naprzeciwko bezbronnych, zgonionych i przerażonych zwierząt.
Uznawał potrzebę polowania, ale uważał, że w tym sporcie, jak niektórzy ten proceder niesłusznie nazywają, należy dać większe szanse zwierzynie, a sobie sprawić frajdę i satysfakcję z wiedzy, fizycznej sprawności i umiejętności pokonywania całkiem zmyślnych stworzeń. Uznawał też jedyny rozsądny aspekt łowów, czyli potrzebę zaspokojenia głodu albo obronę osobistą i ochronę mienia znacznej wartości.
Te wszystkie argumenty wyniesione z lekcji łowiectwa, a powiązane z regulacją populacji i strzelaniem obiektów chorych bądż ułomnych, uważał za oczywiste pierdoły i kłamstwa, wymyślone na użytek ekologów i „zielonych” oraz pseudo etyków leśnictwa.

Sam też polował, albo, jak mówiło o tym prawo, kłusował.
W szkolnym warsztacie zrobił sobie małą poręczną kuszę na drewniane bełty ze stalowymi ostrzami i stalowymi lotkami. Łuk wykonał ze starego resora, a leże z kawałka teownika, cięciwę ze stalowego drutu.
Naciągało się to przy pomocy urządzenia wymyślonego przez niego, a składającego się z dwóch haków, stalowej linki, kawałka płaskownika i zębatek od kirfora.
Z brzeszczotu starej piły ręcznej wytoczył też potężny grot do oszczepu oraz klingę myśliwskiego noża. Nóż oprawił w sarnią łapkę.
Kiedy chciał zapolować, zazwyczaj w niedziele o świcie, szedł na niedalekie bagna albo na stawy, gdzie zwierzęta przychodziły do wodopoju po nocnym żerowaniu.
Bywało, że musiał przeleżeć w błocie i krzakach, kąsany przez stada komarów, albo przez mróz, po kilka godzin, albo czołgając się z szybkością dziesięciu metrów na godzinę podchodzić ostrożnie na odległość skutecznego strzału lub rzutu.
Nigdy jednak nie narzekał, nawet jak mu się nie udało.
Wtedy zawsze zostawały stawy, gdzie dużego karpia można było po prostu skłuć ościeniem, oczyścić nożykiem, wypatroszyć, nadziać na patyk i opiec nad ogniskiem.
Upolowaną dziczyznę też piekł sobie nad ogniem, a surową jeszcze i drgająca wątrobę oraz serce, zjadał na miejscu.
Przeżuwając kęsy i zlizując krew z palców dziękował duszy sarny, zająca czy małego dziczka za ich mięso i przepraszał za odebrane życie. Nadwyżki mięsa wieszał na drzewach na póżniej albo podrzucał szkolnemu kierowcy, który miał dwójkę chłopaków łobuziaków i często wyświadczał Maro drobne przysługi, podwożąc go albo przywożąc coś ze sklepów, zazwyczaj papierosy i alkohol.

Któregoś póżnojesiennego dnia wpadła mu w rękę książka Zenona Kosidowskiego „Opowieści biblijne”. Przeczytał ją dokładnie, z namysłem i zadziwieniem.
Na drugi dzień poleciał do swojej mentorki twierdząc, że od dzisiaj jest agnostykiem i zagorzałym antysemitą i, że żydowska historia jest jeszcze gorsza niż rzymska, że antenaci żydowscy to najwięksi barbarzyńcy, bandyci, mordercy, złodzieje, gwałciciele ludzi i boskich przykazań. Dodał jeszcze, że jeśli to ma być ten naród, który Bóg tak ukochał, to i ten Bóg nie jest wcale lepszy, ani jego obecni katoliccy przedstawiciele.
- Człowiek jest pełen wad i słabości – powiedziała mu na to – każdy jednak doznaje kiedyś wewnętrznej przemiany. Zmierzając ku swemu przeznaczeniu nie raz wzniesie się lub upadnie, ale w końcu dojrzeje, albo zginie. Zależy to od jego mądrości i siły charakteru oraz od towarzyszy, jakich spotka na swej drodze. Ty idziesz już tą drogą i szukasz. Szukaj więc dalej – i przyniosła mu ze swojej prywatnej biblioteczki „Szatę” i „Wielkiego Rybaka” Douglasa.

Kilka dni póżniej wracali z Ostrowa z kolegą z klasy.
Od dworca w Sośniach był do internatu spory kawałek drogi.
Nagle zatrzymał się przy nich niemiecki Wartburg na polskich numerach. Pucołowaty kierowca zaprosił ich do środka proponując podwiezienie pod Zamek.
W samochodzie pełno było oszałamiająco pachnących owoców; śliwek, gruszek i jabłek.
Prowadząc lużną rozmowę napychali nimi po kryjomu kieszenie.
Przy kasztanowej alejce wóz stanął i kierowca powiedział:
- Nie jest dobrze łamać siódme przykazanie, ale zachowajcie te owoce, jako nauczkę na przyszłość. Myślę, że nie będą Wam smakować. Pan Jezus kazał głodnych nakarmić, a spragnionych napoić. Zapraszam Was jutro wieczorem na plebanię. Przyjdżcie w porze kolacji. Jakoś się dogadamy, bo i ja mam do Was pewną sprawę. Wysiadajcie. Macie już blisko.
Oczywiście przyszli, z czystej ciekawości.
Kolacja była wyśmienita, jak w domu na Święta, do tego księża nalewka, cicha i normalna rozmowa na różne tematy, płyty z muzyką do wierszy znanych poetów, świece i towarzystwo dwóch miłych siostrzyczek, usługujących im przy stole.
Po kolacji ksiądz zaproponował, aby zajęli się aktywizacją religijną kolegów, robili zapisy na katechezy, rekolekcje i nabożeństwa dla młodzieży, aby dopilnowali niedzielnej frekwencji na głównej mszy i aby utrzymywali z nim bieżący kontakt.
Potem jeszcze były polaków rozmowy o nieprzychylnej polityce państwa wobec kościoła, o prześladowaniach, zakazach i wreszcie o potrzebach duszy i ciała, zakonników i parafian.
Tutaj chłopcy wykazali się już doskonałą znajomością rzeczy dolewając do kieliszka księdza naleweczki, puszczając co lepsze płyty i obtańcowując mniszki.
Bawili się bosko, i beztrosko.
Po kilku takich imprezkach obiecali stuprocentową obecność kolegów na niedzielnym nabożeństwie.
Faktycznie, Maro miał sporo miru u kolegów i zaktywizowani uczniowie, ubrani w galowe mundury, stawili się w kościele całą gromadą. Było ich dobrze ponad setkę, więcej niż wszystkich obecnych parafian razem wziętych. Kościół był duży.
Część chłopców stała w głównej nawie, lepszych śpiewaków umieścił Maro na balkonie.
Z jednej strony były balkony dla dziewcząt, z drugiej dla chłopców. Wszyscy otrzymali kartki ze słowami popularnych religijnych pieśni.
W grupie Maro było dwóch chłopców, z których jeden miał głos basowy, a drugi cieniutki sopranik kastrata.
Kiedy w pewnym momencie rozległo się solidne solowe buczenie, a zaraz po nim piskliwe pianissimo, jakby płacz niemowlaka, było to takie szalenie niekowencjonalne i zabawne, że obecni wybuchnęli śmiechem. Śmiech stał się zarażliwy i po chwili cały boży przybytek trząsł się i podrygiwał zarażając nawet tych, którzy stali na zewnątrz.
Trwało to kilkanaście minut, potem wszyscy zaczęli się rozchodzić.
Od tej pory do kościoła chodziły tylko grupki najbardziej pobożnych.
Kolacyjki na parafii też się skończyły.

Podobne zdarzenie miał Maro, znacznie później, w kościele akademickim w Poznaniu, gdzie ludzie wybuchnęli zaraźliwym śmiechem po oświadczeniu lektora z ambony, że jako studenci muszą jeść to, co im dają na stołówkach, szczególnie mięso w dni postu, ale, jak ktoś wrzuci złotówkę do specjalnej, postnej skarbonki przy drzwiach,
to grzech łamania boskich przykazań zostanie mu odpuszczony.
Wtedy jednak przeżył chwile grozy, bo lektor wskazując na niego palcem, gdyż, jako jeden z pierwszych ryknął śmiechem, wyzywał go od antychrystów, a tłum popatrywał nań, mimo trzęsących się im od śmiechu brzuchów, wrogo i agresywnie.
Uciekł wtedy do parku i obiecał sobie, że więcej z własnej woli na msze już chodził nie będzie.

Z Poznaniem wiązało się kilka historii w jego życiu.
Pierwsza dotyczyła jego kariery w roli Andrzeja Kmicica, legendarnej postaci polskiego szlachcica, opisanej ciekawie w „Potopie” Henryka Sienkiewicza. Postać tę bardzo lubił i podziwiał.
Marzył czasami, że żyje w tamtych niespokojnych czasach, przeżywał przygody swojego bohatera i wymyślał własne fantazje na ten temat.
Kiedy nastał dzień jego osiemnastych urodzin z wizytą przyjechała jego mama przywożąc własnoręcznie zrobiony tort, oryginalną butelkę Polish Cherry i prezent w postaci wrzosowej fajki i paczki tytoniu Amfora. Mieszkał wtedy w czteroosobowej salce na piętrze z dużym balkonem nad grupą cisowych drzewek.
Do degustacji zaprosił jednego ze swoich młodszych kolegów, z którym ostatnio włóczył się po stawach i lesie. Grześ miał w Poznaniu dziewczynę i zaproponował mu kontakt z jej koleżanką.
Pisali do siebie długie listy i posyłali czarno białe fotografie.
Kiedy wreszcie pojechał na weekend do tego miasta rozpoznał ją od razu wśród grona kilku siostrzyczek i bardzo mu się spodobała.
Miała na imię Aleksandra, jak Kmicicowa Oleńka. Mówił na nią:
- Waćpanna Billewiczówna, - a ona nazywała go - panem Andrzejem.
To z nią był wtedy w akademickim kościele, gdy zbiorowy atak śmiechu zakłócił świąteczne nabożeństwo.
Kiedy do niej przyjeżdżał włóczyli się, prowadzając za rączki, po Starym Mieście i przyległych uliczkach, po urokliwej Malcie, Parku Szelągowskim i ogrodach Cytadeli, całując namiętnie na Tumskim Ostrowie pod rozgwieżdżonym niebem.
Kiedyś wleźli na starą spadochronową wieżę w Parku Sołeckim, pękła barierka i o mało razem nie spadli z wysoka na ziemię.
Raz pojechali też na zabawę do pobliskich Obornik.
Kiedy wracali nocą do domu Grzesia, na skróty przez miejscowy cmentarzyk, spotkali tam człowieka, od którego Maro poprosił zapałki, aby przypalić papierosa.
Gość powiedział do nich, że nie ma i dodał:
- Jak żyłem to paliłem, teraz już nie.
Olka, po tym incydencie, trzęsła się ze strachu całą drogę do domu i w łóżku mocno do niego przytuliła. Ale nie pozwoliła sobie ściągnąć długich spodni od piżamki i tylko się całowali i przytulali.
Była bardzo pruderyjna i zasadnicza.
Na nic zdało się jego damsko męskie doświadczenie i liczne zabiegi. Pozwalała się dotykać, ale mimo naturalnej w takich wypadkach wilgoci, była zimna jak głaz. Kiedy już, już zagłębiał palec w jej szparce mówiła całkiem poważnie:
- Panie Andrzeju. Nie wypada damie przed ślubem rozkładać nóg, a i Panu nie przystoi nalegać, i nastawać na moją cnotę.
Śmiał się z tego, zaciskając zęby, i starając się opanować żądze, zmieniał temat rozmowy na mniej swawolny. Ale i tak bardzo ją lubił, no, i szanował za tę … cnotę.
Miał w sobie tę cechę łagodnej cierpliwości, tak rzadko spotykaną u młodych napaleńców.
Dziwił się tylko, że w wielostronicowych listach dziewczyna pisała bardzo namiętnie i obrazowo o swoich uczuciach do niego, w praktyce zaś zamykała się i udawała niedostępną.
Nazywał ją żartobliwie swoją małą niewyemancypowaną literatką.
Na te osiemnaste urodziny wypłacił z książeczki zachomikowane tam pieniądze i kupił sobie szary modny garnitur.
Czasami, za sowitą opłatą, wypożyczał go potem internatowym kolegom. Ale jednemu z nich, jego wzrostu i postury, nigdy nie chciał zrobić tej łaski. Jakoś go nie lubił. Może za szpanerstwo i wywyższanie się chłopaka nad innych, a może tak po prostu, bez powodu, jak to u niego czasami bywało.

Kolega ten któregoś dnia popchnął go na korytarzu.
Maro upadł na ścianę i w odwecie zasolił mu okrutnego kopa w genitalia.
Bójki w internacie były całkowicie zakazane i karane bez żadnej taryfy ulgowej.
Ale Polak potrafi, więc, uczniowie staczali swoje pojedynki poza szkołą. Także i tym razem przybyli do Maro sekundanci i umówili go na pojedynek w sosnowym lasku za kościołem.
Po drodze na arenę pośród pachnących kwiatów i płaczących nad ich głupotą brzózek, w kiosku przy kościele, kupili kilkanaście piw i przelali je do wiadra, oraz dwie ćwiartki likieru miętowego.
Na dobry początek pojedynku obaj adwersarze wypili duszkiem, z cieniutkich szyjek buteleczek, aromatyczny płyn.
Sekundanci raczyli się piwem z wiadra mocząc w nim gęby i siorbiąc głośno.
Potem przeciwnicy stanęli naprzeciwko siebie i rzucili monetę.
Ten, kto wygrał swoją reszkę czy orzełka, miał prawo pierwszego uderzenia.
Drugi musiał stać pokornie i czekać na cios.
Potem była zmiana.
Lali się tak po mordach na stojąco, potem słaniając się na nogach, a wreszcie na kolanach. Obaj byli silni i twardzi.
Żadne podstępne ciosy i bandyckie chwyty nie wchodziły w rachubę, bo sekundanci surowo spoglądali znad wiadra z piwem.
Walka pozostała nierozstrzygnięta gdyż żaden się nie poddał,
a na końcu obaj leżeli, równo i pokotem, zakrwawieni i posiniaczeni.
Na drugi dzień wszyscy oglądali ich opuchnięte gęby, włącznie
z nauczycielami, ale obyło się bez komentarzy i kary, choć, jak zwykle, kadra wiedziała od swoich zauszników, o całej sprawie.

Pewnej bójki w tej czwartej klasie nie dało się jednak ukryć.
Do jednego z kolegów Maro, też łodzianina, przyjechała w odwiedziny, starsza siostra. W niedzielny wieczór odprowadzali ją na pociąg.
Dla bezpieczeństwa zabrali ze sobą jeszcze dwóch kolegów.
Kiedy wracali, zostali zaczepieni przez miejscowych chłopaków.
Krótka bójka na szosie, w której porozbijali im te, sośnieńskie nosy, przeniosła się pod gospodę, gdzie na pomoc wybiegło kilkunastu młodocianych i dorosłych mieszkańców wioski, mocno już napitych. Latały kamienie, sztachety, pompki od rowerów, waliły pięści i kopały nogi, kurz, wrzask i jęki niosły się pod ciemne i cierpliwe niebo.
Rankiem do szkoły przyjechała milicja oraz prokurator z Ostrowa. Okazało się, że dwóch uczestników bitwy wylądowało z poważnymi ranami i złamaniami na intensywnej terapii, a kilkunastu miało połamane nosy i cięte rany od noży, szkła i czort wie jeszcze, od czego.
Maro miał rozbitą górną wargę, a jeden z kolegów poraniony nos.
Dwaj pozostali koledzy wyszli bez szwanku, może, dlatego, że wcześniej dali nogę.
Cała czwórka została zawieszona w prawach ucznia, jednak nie za bójkę, tylko za wyjście na dworzec bez przepustek.
Po dwóch dniach karę im anulowano.
Dyrektor, jaki był taki był, ale cieszyło go, chyba, że chłopcy dali sobie radę z tak licznymi i dorosłymi przeciwnikami, i w ten sposób utrzymali w okolicy status quo szkoły.
Po kolejnej, kilkanaście dni później, bójce, gdy miejscowi zostali wymłóceni kijami i sztachetami, zaczepki z ich strony ustały całkowicie.
Rozpoczęła się era legalnego i bezpiecznego chodzenia przez leśników na sośnieńskie zabawy, w samych Sośniach, jak i do pobliskich wiosek. Maro chadzał zazwyczaj samotnie, nie lubił w grupie, bo czuł się wtedy odpowiedzialny za kolegów, co psuło mu beztroskie balowanie i podrywanie dziewczyn.

Pewnej soboty wybrał się do Międzyborza na występy znanego duetu śpiewaczego Bogdana Łazuki i Piotra Szczepanika.
Lubił taneczne przeboje Piotra „Zabawa podmiejska”, „Goniąc kormorany”, „Puste koperty” i romantyczne „Kochać”, i Bogdana Łazuki: „Zimnego drania”, spokojne „Ramonę” i „Małego gigolo”.
Ale Międzybórz to nie był jego teren.
Po występach piosenkarzy w miejscowej kawiarni udał się, autobusem, z zapoznaną tam tuziemką, na dancing do osławionej „Parkowej” w Sycowie.
Wydał sporo kasy na bilety wstępu z konsumpcją i bawili się świetnie. Dziewczyna dobrze trzymała się w tańcu, więc, zaryzykowali i zgłosili swój akces do konkursu.
Szło im nie najgorzej i w efekcie swoich popisów miejscowe jury przyznało im pierwszą nagrodę w postaci szampana.
Kiedy, już przy stoliku, odkorkowali z hukiem butelkę, nagle, niczym Mefistofeles w bajce „Pani Twardowska” napisanej dla dzieci przez Adama Mickiewicza, pojawił się przy nich Pan Dyrektor z Panią Dyrektorową, których młodzi wcześniej nie zauważyli na sali.
Butelka została zarekwirowana, a Maro dostał rozkaz stawienia się w dniu następnym w pokoju przesłuchań, czyli gabinecie Dyra.
Za karę został zaanektowany na kierowcę dyrektorskiej Skody, którą potem wiele razy woził ich po okolicy, a głównie do Ostrowa i Poznania, w sprawach szkolnych i rodzinnych dyrektorstwa.
Pan Dyrektor miał rozliczne sprawy i interesa zakrapiane koniaczkiem, czyli, jak mawiał, trunkiem pitym przez klasę robotniczą ustami jej przedstawicieli.
Potem potrzebny mu był trzeźwy i milczący, dyskretny kierowca.
Pewnego razu pokłócił się z osobą towarzyszącą mu w wyjeżdzie i ta zostawiła go podpitego u znajomych, a sama kazała się wieźć do domu.
Wyjechali w środku nocy. Pod Moją Wolę dojeżdżali o świcie.
Maro, dla wygody, ubrany był w koszulkę i krótkie spodnie.
W pewnym momencie poczuł, że czyjaś dłoń dobiera mu się do majtek.
Zareagował ostrym hamowaniem i złością.
Napyskował coś o molestowaniu i niestosowności sytuacji.
Po lekcjach został zatrzymany na tarasie internatu, gdy wkładał w dziurkę od klamki ułamaną łyżkę, aby je otworzyć.
To było niedozwolone, dlatego właśnie nie było klamki, bo uczniowie mieli obowiązek wchodzić do budynku od tyłu.
Kiedy zauważył rozpustną dłoń zbliżającą się szybko do jego twarzy chwycił ją i wykręcił chroniąc się w ten sposób przed zamierzonym ciosem.
Został oskarżony o próbę pobicia nauczycielki.
Prawdę o podróży i wcześniejszym zdarzeniu w lesie powiedział tylko swojej wychowawczyni.
Na przesłuchaniu w pokoju nauczycielskim milczał jak zaklęty.
Dostał wiele dwój z przedmiotów wykładanych przez dyrektora i owąż nauczycielkę oraz ze sprawowania.
Zbliżał się koniec roku i już tylko to groziło mu zawaleniem roku i wyrzuceniem ze szkoły, i internatu.
Jego mentorka, znając genezę i powody tych szykan, sprowadziła do szkoły, znanego jej dobrze, inspektora z wydziału do spraw szkolnictwa z ministerstwa.
Sama również niecierpiała dyrektorstwa i też ciągle miała z nimi, mocno stresujące ją, problemy.
Odbyło się kolejne przesłuchanie i specjalny egzamin z przedmiotów, za które groziły dwójki jej wychowankowi.
Zdał celująco odpowiadając wyczerpująco na każde z pytań, nawet te podchwytliwe lub wykraczające poza program nauczania.
Po prostu lubił te przedmioty i nieraz poważnie rozważał poświęcenie się, po maturze, pracy terenowej z zakresu urządzania lasu oraz pomiarów drzew i drzewostanów, w tak zwanym BUL-u.
Poza tym był typowany wcześniej na takie praktyki, które musiał odbyć obowiązkowo w okresie najbliższych wakacji.
Dwójki zostały anulowane, ale ze sprawowania dostał na koniec roku tylko czwórkę.
Kiedy po wakacjach wrócił na łono swojej Alma Mater dyrektorstwa już nie było, zostali zdegradowani za jakieś przekręty gospodarcze i przeniesieni przez ministerstwo do innej szkoły, a na ich miejsce został powołany cichy i łagodny „De Guelle”.
Być może przyczynił się do tego list Maro, okraszony licznymi znanymi mu ze wspólnych jazd Skodą szczegółami, napisany przez niego do powiatowej prokuratury, oraz jego kopia wysłana w drugim liście do ministerstwa.

Podobnie, nie spotkał już Maro w kolejnym roku internatowego wychowawcy, zwanego „Łysym” lub „Plastusiem”, który będąc niegdyś uczniem, nie uznawał przysłowia: „Nie pamięta wół, jak cielęciem był”. Tenże osobnik wybrał się którejś czerwcowej nocy na czereśnie do sadu nadleśniczego.
Poszli tam też chłopcy z internatu.
Wychowawca skrył się przed nimi na gałęzi drzewka, gałąź ułamała się i spadł.
W ciemnościach pogubili się i uciekli.
Na drugi dzień rano na apel przyszedł rozgoryczony nadleśniczy ze skargą, że czereśnie czereśniami, ale, po co zaraz łamać gałęzie. Wredny „Plastuś” wskazał na chłopców, którzy byli w sadzie, a których rozpoznał po głosach.
Cała czwórka została zawieszona w prawach uczniów i kazano im zabierać się do domów. Nie było to ani mądre, ani realne, bo młodzi oskarżeni nie mieli pieniędzy na bilety.
W internacie zawrzało na tę niesprawiedliwość.
Chłopcy zostali wyposażeni przez solidarnych kolegów w ciepłe ciuchy, koce, żarcie, fajki i zwiali do lasu.
Kilka dni włóczyli się po okolicy strasząc ludzi i kradnąc kury, aż w końcu zdesperowani poszli do sośnieńskiej knajpy i zamówili suty obiad zakrapiany wódeczką.
Po posiłku kazali wysłać rachunek na szkołę.
Potem to samo zrobili w miejscowym sklepie obkupując się w różne produkty spożywcze, i nie tylko.
Grono nauczycielskie zdrefiło.
Maro został wysłany do uciekinierów, jako negocjator.
Umówił ich na spotkanie z profesorką w kościele.
Inni chłopcy pilnowali, aby „list żelazny” był przestrzegany i nauczyciele nie pochwycili ich kolegów.
Efektem było wynegocjowanie przeniesienia ich do innych szkół
z prawem do dalszej nauki, a nie relegowanie z „wilczym biletem”.
Po rozdaniu świadectw ukochany rower „Plastusia” został skasowany i rozbity na części, a on sam obrzucony gumiakami i dotkliwie pobity zrolowanymi ręcznikami przez przyjaciół wyrzuconych chłopaków.
Nikt nie żałował zapłakanego i obsikanego ze strachu i bólu sukinsyna.

Poza codziennym internackim, szkolnym i wsiowym życiem były też nieco większe atrakcje.
W poprzednim roku byli całą klasą na wycieczce w Warszawie i Parku Kampinoskim.
Nocowali w budynku ministerstwa w jakiejś dużej sali na wojskowych materacach, a w dzień zwiedzali stolicę.
Maro bawił się w pomocnika przewodniczki i popisywał znajomością miejsc i ich historii, zarówno starej jak i współczesnej.
Oczywiście nie przepuścił swoich ulubionych placków ziemniaczanych z solą i słodką mocną herbatą, a późnym wieczorem wyciągnął kilku kolegów na nocne zwiedzanie knajpek Pragi wzdłuż Grochowskiej w okolicy Bazaru Różyckiego.
Do knajpy, czujnymi nosami i żądzą przygód, trafili bez problemu, gorzej było z powrotem, nie tylko ze względu na wypite piwo z wkładką, ale przede wszystkim z uwagi na miejscowych zakapiorków.
Dali sobie jednak radę najprostszym sposobem efektywnej walki słabszych, po prostu dali nogę.

W kampinoskim lesie zawitali na leśniczówkę ojca jednego z klasowych kolegów.
Na leśnej drodze autokar ugrzązł w błotnych koleinach i wszyscy wypychali go pomagając sprowadzonemu ze wsi ciągnikowi.
Ubłoceni po pachy stawili się na leśniczówce gdzie kąpiel w zimnej wodzie z głębokiej studni poprawiła im krążenie i wzbudziła wilczy apetyt.
Zajadali się świeżutkim domowym chlebem z wiejskim masełkiem, miodem, twarogiem, powidłami oraz owocami.
Na noc pojechali na Świętą Katarzynę w Górach Świętokrzyskich.
W następnych dniach zwiedzili Park Narodowy, skansen i klasztor na Świętym Krzyżu, gołoborza, żleby i jary w leśnych ostępach, stareńkie i prymitywne doły wytopek huty żelaza i odrestaurowane sioło smolarzy.
Po wielu latach Maro bardzo często wspominał tą wycieczkę, gdy włóczył się po tych górach i okolicach, konno, pieszo, motocyklem bądź samochodem, a jeździł tam bardzo często, jakby czegoś szukał.
W nocy przyśniła mu się, bowiem, święta Katarzyna, a obok niej jego zaginiona Ziuta.
Stały na jednym z dwóch szczytów góry zwanym Zamczyskiem, uśmiechały się radośnie, że widzą go w sile i zdrowiu, i machały do niego chusteczkami, jedna czerwoną, a druga białą.
To był wierzchołek Łysicy, góry Czarownic, albo też Czarodziejek, żyjących w innym równoległym świecie, jak sobie tłumaczył ten sen Maro.
W tym roku, z kolei, byli w Ojcowie, Krakowie, Pieninach i Zakopanem.
Maro pamiętał szczególnie spływ Dunajcem.
Nie zmieścił się do łodzi z chłopakami i popłynął z dziewczynami z innej wycieczki.
Po drodze złapała ich burza i wylądowali na słowackim brzegu. Zmoczeni, Maro, jak kogut, a dziewczyny, jak kury, bez żadnego nauczycielskiego nadzoru, nabyli od Słowaków tak zwanej „siwuchy” i każdy po kilku łykach parował, a w oczach miał obłęd.
Samogon był bardzo mocny.
Osiemnaście kilometrów spływu, w sumie ponad trzy godziny od Kątów do Szczawnicy, a szczególnie odcinek licznych zakrętów w Przełomie, u stóp Trzech Koron i Sokolicy, przebytych na flisackich tratwach miejscowych górali na zawsze pozostawił miły ślad w ich pamięci.

Pierwsze dni wakacji po ukończeniu czwartej klasy Maro spędził w domu z rodziną szykując się do wyjazdu na praktyki.
Wprawdzie nie było daleko, ale chciał zabłysnąć na wiosce, gdzie mieli być zakwaterowani.
Autobusem pojechał do podłódzkich Brzezin, a stamtąd piechotą do Nadleśnictwa w Tadzinie. Stąd jakiś gajowy zawiózł go motorem na przeznaczoną dla niego stancję.
Za kumpli miał dwóch Wieśków z jego szkoły.
Kwatera była w starej chałupie przy piaskowej drodze, gdzieś pomiędzy Tadziną, a Sybirem.
Chłopcy dostali pokój ze starym skrzypiącym podwójnym łóżkiem oraz węższym typu prymitywna ława, wyścielone materacami ze słomy i nakryte pufiastymi pierzynami. Materace z konieczności zostawili, ale pierzyny wyrzucili na strych.
Był lipiec i trzydziestostopniowe upały, więc, spali jedynie pod cienkimi prześcieradłami i do tego w slipkach.
Żywić ich, za pieniądze otrzymane z BUL-u, miała gospodyni, jednak żarcie było kiepskie i mało.
Dokradali jajka z kurnika, spuszczali się na rękach do piwniczki
z mięsem, wędzonkami i weckami, baniaczkami bimberku i domowego winka, gdyż drabinkę gospodarze gdzieś ukryli.
Ziemniaki, kapustę, marchew, buraki i gruntowe ogórki kradli nockami z okolicznych pól.
W centrum podwórka stał stary, z rozwalającym się wysokim kominem, piec z cegieł.
Na palenisku, gdy powracali zmęczeni z lasu, dziewczyny gotowały im zupy, kluchy, pierogi, kaszę i smażyły jajka lub mięso.
Dziewczyny przywiózł Maro autobusem z Łodzi, zaledwie w kilka dni po rozpoczęciu praktyk, tylko, lub aż, dwie, Bognę i jej podwórkową koleżankę.
Spały razem z nimi na małżeńskim łożu.
W dzień opalały się, czytały, plotkowały, przygotowywały posiłki, a wieczorami i nocą broiły nie mniej od swoich chłopaków.
Tylko jeden Wieś, zwany „Szczeną”, nie znosił damskiego towarzystwa, ale drugi i Maro bawili się świetnie.

Pracę mieli wyczerpującą i ciężką.
Zaczynali skoro świt, bo było chłodniej.
Wraz z inżynierem urządzeniowcem wyznaczali trasy pomiarów, pracowali z łatą i teodolitem, nanosili pomiary do specjalnych formularzy, szkicowali mapy, rozpoznawali rośliny i opisywali je, robili przekroje glebowe dla ustalenia danych środowiska i przekroje drzew dla ustalenia ich wieku, mierzyli ich pierśnice i liczyli, co do sztuki, na powierzchniach próbnych, malując na granicznych egzemplarzach białe lub żółte opaski, mierzyli wysokość drzew i określali ich przewidywalne masy, sprawdzali stan zdrowotny, badali zasoby owadów i gryzoni oraz innych leśnych zwierząt, mierzyli powierzchnie leśnych polan oraz ziem należących do leśniczówek i gajówek.
W wolnych chwilach jedli kanapki, piekli w ogniu ziemniaki, mięso, ryby, palili papierosy i popijali miejscowym, tanim jak barszcz, bimberkiem, opowiadali sobie dowcipy i wspominali szkolne perypetie.
Pierwszą wolną niedzielę spędził ze swoimi dziewczynami i mieszkającą w sąsiednim domu młodzieżą na grze w piłkę i w karty oraz na spacerach za jagodami po okolicznych lasach.
Nazbierali też sporo kani i leśnych pieczarek, co stanowiło miłe urozmaicenie codziennego menu.

W następną sobotę poszli, natomiast, na wiejską zabawę do którejś z okolicznych wiosek.
Maro, Wiesiek i dziewczyny ubrani byli z miejska i letniskowo w białe spodnie i spódniczki, kolorowe bluzki i tak zwane pepegi, czyli lekkie sportowe buty.
„Szczena” założył polowy zielony mundur, wysokie żołnierskie buty, beret komandosa z leśnym orzełkiem i czterema belkami symbolizującymi ukończenie czwartej klasy technikum. Całość obciągnął koalicyjkami i szerokim pasem, za który zatknął milicyjną białą pałę półmetrowej długości. Na piersiach zwieszał mu się aparat fotograficzny marki Smiena albo Zorka oraz duży światłomierz, do którego „Szczena” gadał szyfrem, jak do słuchawki radiostacji.
Z taką to obstawą młodzi adepci leśnictwa i ich bałuckie lachony wkroczyli do remizy ustrojonej girlandami z kolorowych szmat
i bibułek oraz wyciętymi na polach i wkopanymi w ziemię młodymi brzozami, mającymi imitować ścianę oddzielającą część taneczną od konsumpcyjnej. W części tanecznej na razie było pusto, z wyjątkiem instrumentów i drzemiącego na krzesełku dyżurnego strażaka w bojowym mundurze i srebrnym hełmie na głowie, z toporkiem za pasem.
Pokazali go „Szczenie” nawijając, że przynajmniej on będzie miał odpowiedniego kumpla do zabawy.
Potem popatrzyli smętnie przez rzadkie brzozowe listeczki na bufet, przy którym kłębił się tłum miejscowych młodzianów odzianych w czarne garnitury i kolorowe krzyczące krawaty do białych nonajronowych koszul. Szum, rwetes, przekleństwa, popychanie się oraz wznoszone w toastach ku górze butelki wina i wódki, z których pociągali tęgo.
Maleńkie okienko sprzedawcy, przezornie i mądrze ulokowanego ze swoim towarem w przylegającym pokoiku, było całe skryte pod tym oblężeniem napitych i chrząkających niczym stado świń, knurków.
Dziewczyny z wiosek oraz inni mieszkańcy, w tym stadka latających i wrzeszczących, jak koty z pełnymi pęcherzami, dzieci, ulokowały się na placu i na przyległej do budynku łące.
Kiedy zagrała wreszcie orkiestra przez dobrą godzinkę na parkiecie były tylko dwie pary; Wiesiek z Jadzią i Maro z Bogną.
Im dłużej tańczyli nowomodne twisty, dżajfy i do tego popisywali się też znajomością skocznych ludowych polek i obertasów, tym bardziej ponuro spoglądali na nich miejscowi chłopcy.
Czujny ‘Szczena” maszerował wolno, w te i nazad, po linii więdnących brzózek, pilnując swoich podopiecznych i odgradzając od nich swoją osobą podekscytowany tłum pijaczków.
Po jakimś czasie dziewczyny zażądały napojów chłodzących.
Maro przepchnął się bezceremonialnie przez tłum do okienka i kupił pannom oranżadę, a dla siebie i Wieśka po butelce wina Barbakan. Kiedy wracał ktoś podciął mu nogę, ale nieudolnie i nieskutecznie.
Maro trzymający w dłoniach butelki, po prostu, pierdolnął go łokciem pod brodę i poszedł dalej nie oglądając się za siebie.
I wszystko, być może, skończyłoby się w tym momencie dobrze, gdyby nie „Szczena”, który z przyrodzonej dobroci serca i w zgodzie ze swoimi umiejętnościami sanitariusza, chciał udzielić uderzonemu i półprzytomnemu od ciosu Maro tuziemcowi, pierwszej pomocy.
Jego nagłe wtargnięcie za linię brzózek uznane zostało przez miejscowych za otwartą agresję.
Rozpętało się piekło.
Ktoś zerwał kabel od wiszących żarówek i zrobiło się ciemno.
Krzyki, charkoty, odgłosy uderzeń i łamanych sprzętów, tłuczonego szkła i babskiego pisku niosły się dookoła.
Po chwili zawyły strażackie syreny i całość oświetliły reflektory pompowozu. Na tłum lunęły strugi zimnej wody.
Brzózki poprzewracano. Było mokro i ślisko. Ludzie panikowali.
Maro złapał dziewczyny i pognali w kierunku lasu, a za nimi od jakiegoś kopa kulejący Wiesiek. „Szczena” zniknął.
Z uwagi na bezpieczeństwo dziewczyn pobiegli do chałupy, zostawili je pod opieką gospodarzy i wrócili do remizy.
W sumie zajęło im to dobre pół godziny, ale tam rozróba jeszcze trwała. Przez całkowity przypadek natknęli się na ukrytego w krzakach swojego kolegę. Ten zadowolony powiedział:
- No. Widzicie, jak dałem chamom popalić!
Jego głos był jednak o ton za wysoki i rozpoznani w ciemnościach gnali potem przez las bijąc rekordy szybkości, aby nie wylądowały na ich plecach drewniane sztachety i żelazne brony.

Niezrażeni niepowodzeniem, następnej niedzieli polecieli na inną wioskę. Poszli tym razem bez „Szczeny” i nic mu nie mówiąc.
Wyszli do lasu z łatą i teodolitem na trójnogu, niby to, pokazać dziewczynom, jak się tym urządzeniem pracuje.
Łatę oparli o drzewo, ale teodolit to rzecz bardzo cenna, więc, zabrali go ze sobą.
Pobiegli wesoło opłotkami do upatrzonej pobliskiej wioski, kupili kilka win i rozgościli się na łące koło remizy. Było dopiero wczesne popołudnie i zabawa miała się zacząć za jakieś dobre dwie godziny, a praktycznie za trzy albo cztery.
Teodolit to przyrząd do mierzenia odległości i kątów.
Wyglądem może przypominać nieco, laikom, aparat fotograficzny. Młodzieńcy rozstawili trójnóg i dla rozrywki zaczęli robić udawane zdjęcia swoim dziewczynom, spacerującym kobietom i ich małym, ciekawskim i wszędobylskim dzieciakom.
Na łączce zebrał się sporawy tłumek.
I wtedy chłopcy, nie wiadomo zresztą, który z nich był głównym pomysłodawcą, zaproponowali miejscowym, że mogą im wszystkim porobić portretowe i rodzinne zdjęcia, że każdy zostanie zapisany do zeszytu z nazwiska i imienia oraz kwoty wpłaconej zaliczki, że zdjęcia przywiezione zostaną, i będą gotowe do odbioru, w następną niedzielę. Do tak zwanego „ćmoka” wygłupiali się i bawili ustawiając naiwnych i każąc im przybierać różne, czasami śmieszne, pozy.
Zaliczek nie brali dużych, ale w sumie uzbierało się kilkaset złotych. Potem była zabawa, honorowe miejsca przy stole sołtysa, darmowe żarcie i wypitka, pełna ochrona przed zazdrośnikami sprawowana przez strażaków ochotników.

Dwa czy trzy dni później była balanga na leśniczówce gdzie przy wtórze sygnałówki, brzęku kieliszków i szczęku sztućców młodzi praktykanci goszczeni byli z okazji zakończenia praktyk.
Faktycznie naharowali się ciężko i odwalili kawał dobrej roboty.
Za swoją pracę dostali trochę pieniędzy i dobre rady na przyszłość. Inżynier z BUL-u zaproponował nawet Maro spotkanie, po zdaniu matury, w sprawie pracy w jego ekipie, i w jego biurze.
Lubił chłopaka i w czasie pracy pozwalał mu jeździć swoim czerwonym motocyklem do sklepu, raz nawet aż do Łodzi.
Teraz goszczono ich dziczyzną i miejscowym bimberkiem.
Inżynier podpisywał im bruliony z rysunkami, mapkami, notatkami i opisem każdego dnia i każdej czynności wykonywanej na tych prawie miesięcznych praktykach.
Kiedy doszedł do jego brulionu otworzyły się drzwi i wszedł znany Maro sołtys z prośbą o jeszcze kilka zdjęć, bo zjechała do niego, w tymże właśnie celu, dalsza rodzina.
Cała sprawa się wydała i musiał oddać pieniądze oraz przeprosić sołtysa, który tak naprawdę do końca nie wiedział, o co chodzi, więc, został wypchnięty za drzwi i rozpoczęło się dokładniejsze śledztwo.
W efekcie tego Maro nigdy nie dostał swojego cennego brulionu, a jedynie zaświadczenie o ukończeniu praktyk.
Żeby zaliczyć je w szkole musiał brulion odzyskać, albo też zrobić duplikat i sfałszować podpisy oraz pieczątki.
Wybrał to drugie wyjście, choć pracy miał z tym mnóstwo i dodatkowy tydzień ganiania po polach i tadzińskich lasach.
Oczywiście odległości, wysokości, średnice i ilości brał z głowy, w przybliżeniu – na oko i na kroki.
Roślinki zbierał i rysował na kolanie, to samo wszelkie żuczki i inne paskudztwa.

Mieszkał w środku lasu u dwóch samotnych, jeszcze całkiem młodych siostrzyczek, z których jedna była wdową, a druga dojrzałą panienką.
Wypłacał im się nocnymi orgietkami, bo w dzień od świtu do nocy biegał po lesie. Orgietki zaczęły się w dniu, gdy wrócił z lasu i dostał ze zmęczenia skurczu mięśni uda.
Gospodynie ułożyły go płasko, wyciągnęły mu stopy wykazując się niejaką znajomością rzeczy, a kiedy ból zelżał i mięśnie się rozkurczyły, rozpoczęły leczniczy masaż, który skończył się, bardzo przyjemnym i owocnym, erotycznym.
Maro wcale się nie bronił, a wręcz przeciwnie.
Kobiety były znacznie od niego starsze, może nawet nieco więcej, niż dwukrotnie, ale były nadal piękne, zadbane, miłe i tak cudnie pachniały miodem, ziołami i owocami, że aż go w nosie kręciło, gdy je smakował.
Raz pogryzły go dzikie pszczoły i jego wiedżminki, jak je nazywał, robiły mu cały dzień okłady z ciepłych piersi, tak, że nad ranem opuchlizna z gęby mu zeszła, ale i tak przeniosła się szybko na, dopieszczane przez nie w międzyczasie, jego bezbronne przyrodzenie.
Karmiły go za to świetnie. Dawno nie jadał takich rosołków z domowym makaronem, nadziewanych śliwkami schabików, kiełbas z dziczyzny, soczystych steków i smakowitych sałatek, pulchniutkich ciast i swojego ulubionego budyniu z prawdziwym malinowym sokiem.
Zarówno w gotowanie, jak i w seks, wiedżminki wkładały bardzo dużo serca.

Bognę odesłał wcześniej autobusem do domu i powiedział, że mieszka teraz za karę u nadleśniczego i nie może się z nią przez ten tydzień spotykać. Obraziła się i powiedziała, że z nim zrywa.
Machnął tylko ręką na odczepne i zajął się ważniejszymi teraz dla niego sprawami.

Po powrocie do Łodzi kupił w sklepie z zabawkami gumowe literki i skleił pieczątki podobne do tych na zaświadczeniu, wbił je do brulionu, napisał sobie ocenę „bardzo dobry” i bez skrupułów sfałszował podpisy.

Bogna była nadal ciężko obrażona i zrobiła mu scenę zazdrości,
ale trochę za bardzo przesadziła i wściekł się na nią.
Na resztę wakacji wyjechał do Pobierowa.

Matrosik Moniki popłynął w rejs i Maro znowu zajął przy niej należne mu miejsce. Ale nie był już taki zauroczony i oddany jak poprzednio.
Po powitaniu i długiej kłótni ustalili, że każde z nich ma prawo do własnych wyborów i własnego życia, ale, że zostają przyjaciółmi nadal, bez względu na to.
Obiecali sobie, że w okresach, kiedy będą wolni i nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby chodzili ze sobą do łóżka, gdzie naprawdę było im ze sobą dobrze, będą się spotykać i traktować z szacunkiem, bez podchodów, scen zazdrości i wypominek. Potem poszli się kochać, i w takiej atmosferze, nie wiadomo, kiedy, minęła Maro końcówka sierpnia.
Jednej z ostatnich nocy spytała go o jego inne kobiety i o to, na jakim miejscu plasuje się ona.
Maro chwilę się zastanawiał, aby rzec wreszcie:
- Jesteś, Moniczko, największą moją tajemnicą, i zawsze nią dla mnie pozostaniesz, i dla innych ludzi, których razem znamy. Jesteś dla mnie najważniejsza i najcenniejsza i gdybym mógł, zaczarowałbym Cię i schował do małego pudełeczka zabierając ze sobą. Ty jednak byłabyś wtedy, w tym pudełeczku, jak w niewoli. I tak samo by było gdybym Cię zabrał teraz, dużą i dorosłą. Byłabyś niewolnicą moją i więzów, które nas skrępują zabijając naszą wzajemną fascynację i to piękne uczucie, które nas łączy, naszą miłość.
Zanucił, za Ireną Santor, pod nosem:
- „Nasza miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza…”
- Niech pozostanie tak jak jest. I nie pytaj mnie o inne kobiety w moim życiu, jak ja nie pytam Ciebie o Twoich mężczyzn. My jesteśmy teraz i tutaj, a oni byli lub będą, jakby w równoległym do naszego świecie, bo nie z nami. Rozumiesz? Nie z nami. Nie tu i nie teraz! – pocałował ją i przytulił mocno, jakby bał się, że odfrunie lub uleci gdzieś daleko z jego nierealnym i niedoścignionym marzeniem …
„o miłości wielkiej, prawdziwej i czystej”.
……………………………….






10. Fragmenty z Rozdziału 32 „Maturzysta”.


…Do szkoły wracał Maro po wakacjach wypoczęty i wyluzowany.

Internat przywitał go nowinkami.
Po pierwsze nie było już w szkole dyrektorskiej pary.
Po drugie był pełnoletnim piątoklasistą i bez krycia się mógł palić papierosy w wyznaczonych miejscach w parku albo w palarni obok klubu ruchu, gdzie urzędowała piękna nadleśniczyna będąca przedmiotem niezliczonych westchnień swoich fanów z maturalnych roczników.
Po trzecie, jeżeli nie podpadł wychowawcom lub kierownikowi internatu za łamanie regulaminu byli oni zobowiązani wystawić mu każdorazowo przepustkę na wyjście czy wyjazd w czasie wolnym od nauki i zajęć pozalekcyjnych. W rażących przypadkach ich upierdliwości mógł też odwołać się bezpośrednio do dyrektora szkoły.
I po czwarte nikt nie miał prawa wtrącać się do jego damsko-męskich spraw, co oznaczało możliwość legalnego umawiania się na randki, byle nie gorszyć nikogo nadmiernymi czułościami w miejscach publicznych.

Na dobry początek doszły im jednak zajęcia dodatkowe w postaci podkrzesywania wyrośniętej już plantacji topolowej, którą sadzili dwa lata temu.
Wcale nie jest łatwo pracować piłką lisicą z drobniutkimi ząbkami trzymając ręce w górze. Wszystkie mięśnie, rąk, ramion, karku, szyi i nawet stóp bolały na drugi dzień jak diabli. I tak chyba trzy dni pod rząd.
Poza topolami doszły im wykopki.
Ziemniaczki to fajna i smaczna potrawa, szczególnie z zawiesistym sosikiem, schabowym albo pieczonymi żeberkami z dodatkiem zasmażanych buraczków albo kapustki, ale ręczne zbieranie ich na polu to już inna sprawa.
Ustawiano ich jak tyralierę na początku redlin, które ginęły gdzieś w dali, jakoby były bez końca. Każdy dostawał motykę tak zwaną hakę i duży wiklinowy kosz albo wiadro. Trzeba było wyhakać swój odcinek i w pozycji kucznej lub pochyłej wybierać wykopane kartofelki wrzucając je do kosza. Za nimi jechał sobie ciągnik i, jak kosz był pełen, to trzeba było cały urobek wrzucić na przyczepę.
Kto miał opóźnienie w zbieraniu ten ganiał, jak głupi za tym ciągnikiem i proporcjonalnie do czasu wydłużał sobie tę odległość. Kto był daleko w przodzie mógł odpocząć czekając, aż traktor podjedzie do niego blisko. Maro nie szalał, ani się nie lenił.
Kiedy robota była monotonna i upierdliwa wymyślał sobie wirtualne pisanie jakiegoś referatu, na przykład: o wpływie, jakości i wielkości ziemniaka zrodzonego na polu w Kocinie, na potencję seksualną młodzieży żeńskiej i męskiej klas piątych Technikum Leśnego Mojej Woli.
Jego kopaczka hakała sobie wtedy monotonnie, a on podnosił i wrzucał kartofelki do kosza bez żadnych emocji, rejestrując tylko w myślach, ile było mniej więcej tych dużych, tych średnich i tych malutkich.
Na koniec wykopków, też kilkudniowych, kierownictwo PGR-u urządziło im fetę z obiadem, ogniskiem i paroma literkami, rozcieńczonego wodą i sokiem, spirytusu z miejscowej gorzelni.
Były też, oczywiście, wsiowe i pegeerowskie markietanki zdolne dla swoich kartoflanych bohaterów do wszelakich poświęceń, szczególnie do tych nie wymagających z ich strony specjalnego wysiłku, czyli ułożenia się w trawie lub kartoflisku na pleckach z podkulonymi i rozwartymi szeroko nogami, zamknięciu oczek i nie dochodzeniu specjalnie, kto akurat sobie na nich używa albo ilu stoi jeszcze w kolejce.

Po wykopkach nadszedł czas na czyszczenia młodników w ich sycowskim nadleśnictwie.
Każdy dostawał siekierkę albo leśny tasak i wchodził w przydzielony mu pas drzewek.
Trzeba było ocenić, które z rosnących, co pół metra, a w starszych młodnikach, co metr lub półtora, drzewek, należy wyciąć ze względów higienicznych lub hodowlanych. Wycinali, więc, stosy sosenek lub kłujących świerków, brzózek i topól, tych słabowitych, tych chorych lub zeschłych, a często też tak zwanych rozpieraczy, czyli drzewek nadmiernie rozrośniętych i zabierających kilku lub kilkunastu innym dobrze rokującym światło i soki.
Te rozpieracze bywały czasami znacznej grubości, długości, a tym samym wagi.
W ich wyciąganiu na przecinki lub do miejsc składowania specjalizował się „Szczena”, który, aby zaimponować kolegom, potrafił ciągnąć dziesięciometrową grubą brzozę, a gdy nie miał siły w nogach to nawet na kolanach, aby tylko do przodu.

Od tego ciągania przerośniętych brzóz i topól wzięła się następna katorżnicza praca, czyli budowa skalnego alpinarium obok zameczku z internatem.
Ogromne głazy narzutowe i wielkie otoczaki zwozili szkolnym Starem z całej okolicy, a potem „Szczena” wtaczał to wszystko pod kierunkiem profesora „Wuja” na ten skalniak.
Nie raz pękły mu portki na dupie albo tak pierdział z wysiłku, że wszyscy uciekali jak najdalej od niego.
Przez jakiś czas, Maro, za nocną randkę bez przepustki, został ukarany łóżkiem w sali zbiorowej tuż koło klasowego siłacza.
Nauczył się wtedy spać na lewym boku z kocem na głowie albo pod tak zwaną trumną, aby nie wąchać jego potu i nie słyszeć nocnych pojękiwań, gdy przepracowane mięśnie i ścięgna dawały koledze znać o sobie.
Trumnę robiło się w ten sposób, że wiązało się z szerokim rozstawem dwa sznurki łączące przednią i tylną barierkę łóżka. Następnie zarzucało się na to koc w nogach i prześcieradło nad głową, co w efekcie przypominało kształtem trumnę. Właziło się tam do środka, a komary tylko brzęczały sobie na zewnątrz, nie czyniąc skrytemu pod wiekiem trumny śpiochowi, najmniejszej krzywdy.
Maro krył się w trumnie i przeciwko komarom, i przeciwko zapachom.

Prace czwarte to było zamiatanie liści w parku, gdzie ogromne drzewa rosły tuż obok siebie, z wyjątkiem boiska do piłki nożnej.
Tutaj jednak pole do popisu miały młodsze roczniki.
Piątoklasistów grabienie i palenie liści nie obowiązywało, tak samo jak sprzątanie ogólne internatu, czyli zamiatanie korytarzy, klatek schodowych, sanitariatów, stołówki, świetlicy i innych ogólnodostępnych pomieszczeń oraz zmywanie tam podłóg wodą z proszkiem.
Na swoich salach sypialnych musieli sami utrzymywać porządki, ale i tak zaganiali do tego pierwszy i drugi rocznik, tak samo jak do czyszczenia i glansowania ich butów, przyszywanie guzików, prania i ścielenia łóżek. Wielu z młodszych kolegów, sami z siebie, zgłaszało się do takich posług, aby zaskarbić sobie wdzięczność i opiekę starszego i liczącego się w środowisku kolegi.
Takie satelictwo nie było uwłaczaniem godności własnej tylko wskazywało na życiową, już, mądrość i rozsądek młodego adepta leśnej szkoły.

Maro korzystał z tej „bezinteresownej” pomocy młodszych kolegów w nieco inny, bardziej opłacalny sposób, który sprawdził już w roku poprzednim, mimo, że wtedy sam osobiście wykonywał te prace.
Otóż w okolicy szkoły było kilka zaprzyjaźnionych leśniczówek, oraz, co ważne, leśniczych i gajowych.
Jesienią, pod koniec roku, mieli oni niejednokrotnie kłopoty z wykonaniem planu robót leśnych z uwagi na to, że sezonowe prace polowe nie pozwalały chłopom angażować się w lesie.
Leśnikom brakowało tak zwanej siły roboczej.
Maro uzgodnił, że część czyszczeń w młodnikach może wykonywać w soboty po południu i niedziele.
Brał ze sobą czterech młodych satelitów i szli do lasu.
Chłopcy, pod jego kierunkiem, wycinali wskazane drzewka i wyciągali na drogę. Bardzo szybko nauczyli się wybierać odpowiednie sztuki sami, chyba znacznie szybciej niż na zajęciach z hodowli lasu.
Maro leżał, więc, sobie pod dębem i czytał książkę pilnie bacząc i nasłuchując, czy jego wyrobnicy nie robią sobie czasem nieplanowanej przerwy.
Czterech takich pomocników mogło przez około 16 godzin oblecieć 2 do 3 hektary lasu, co na pieniążki przeliczało się w zależności od trudności terenowych i klasy wieku młodników, ale tak średnio około tysiąca złotych z hektara.
Maro dzielił kasę uczciwie, czyli równo.
Połowa dla pracowników, połowa dla szefa, czyli dla niego.
Dochody były całkiem niezłe i jego oszczędności, mimo bieżących wydatków, stale rosły.
Kolejnym źródłem dochodów, nie tylko jego zresztą, była działalność rzemieślnicza.

Włócząc się po okolicznych lasach chłopcy nieraz znajdowali zrzucone przez zwierzynę płową parostki lub tyki jelenich wieńców.
Także kłusowanie przynosiło, co nieco tego cennego materiału, a więc, poza porożami także zdobne podstawy poroży, tak zwane róże, fajki i szable od dzików, cewki, czyli sarnie nóżki z kopytkami, skóry.
Z poroży, pociętych na plastry grubości około trzech milimetrów i pomalowanych lakierem robiło się naszyjniki albo bransoletki, z róż wisiory na szyję, często z wygrawerowanym lub wymalowanym łbem dzika lub łosia. Łańcuszki i oczka robiło się z miedzianego drutu.
Bardzo w cenie były naszyjniki z kłami dzików.
W rapetki obsadzało się, wykonane na maszynach w szkolnym warsztacie, ostre z jednej, a ząbkowane z drugiej strony brzeszczoty myśliwskich noży i kozików do skórowania.
Z dobrze oskrobanej i podgarbowanej w beczce domowym sposobem skóry robiło się torby myśliwskie różnej wielkości i kształtu.
Wszystko to Maro zawoził do Wrocławia, do zapoznanego dzięki ojcu swego kumpla Żararakiego kierownikującemu trzygwiazdkowej restauracji, sprzedawcy w sklepie łowieckim, uczynnemu panu Mieciowi.
Tam, z kolei, ktoś z zaprzyjaźnionych rzemieślników wystawiał na sklep niewielki rachunek, pod który to pan Miecio podkładał wyroby Maro zagarniając cały zysk i pomijając urząd skarbowy.
Zyskiem tym dzielił się uczciwie z Maro, to znaczy płacił mu uzgodnioną wcześniej cenę zbytu, zaś sam zagarniał dla siebie i pozostałych sprzedawców całą nadwyżkę do ceny detalicznej.
Dorobić można było jeszcze na suszonych grzybach, ale Maro nie lubił ich zbierać. To, co mu przynieśli młodsi pomocnicy wprawdzie suszył w internackiej kuchni albo na sznurkach na balkonie, jednak zawoził potem do domu, gdzie mama z wielkich suszonych w całości kapeluszy, po rozmoczeniu i oprószeniu w panierce z jajka i tartej bułki, robiła smakowite grzybowe kotlety.

Przy tych robotach i obowiązkowych zajęciach szkolnych szybko minęły miesiące złotej polskiej jesieni.
Nastały chłody i deszcze oraz pierwsze porywy wczesnej zimy.
W salach mieszkalnych było zimno i wilgotno.
Chłopcy palili w piecykach, tak zwanych kozach, węglem, a jak nie starczało to i drewnem. Ubierali się we wszystko, co mieli i jakoś przeżyli najgorszy okres.
Mimo możliwości dodatkowych ferii z powodu zimna i awarii ogólnego ogrzewania nikt nie chciał jechać do domu. Byli w maturalnej klasie i każdy z nich chciał uczyć się, by zaliczyć egzamin dojrzałości bez problemów.
Maro, w czasie wolnym, zajął się przygotowywaniem imprezy mikołajkowej dla dzieci nauczycieli i pracowników administracyjnych.
W tymże czasie ich wychowawczyni zachorowała obłożnie i zleciła jemu, oraz kilku innym zdolniejszym kolegom, prowadzenie za nią zajęć z języka polskiego, historii i nauki o społeczeństwie, zarówno w klasach eksternistycznych, jak i na wydziale zaocznym.
Miał, wobec tego, także mnóstwo zajęć i pracy wieczorami.
Dodatkowo udzielał korepetycji słabszym kolegom nie było, więc, czasu ani na papierosy, ani na randki i inne wygłupy.
Tuż przed wigilią, jak co roku, ciągnęli karteczki z nazwiskami.
Tego, kogo się wylosowało, należało obdarzyć jakimś prezencikiem.
To było, i fajne i miłe, choć prezenciki, ze zrozumiałych względów, skromne.

Żeby się jakoś rozładować fizycznie i emocjonalnie Maro zaczął trenować biegi długodystansowe.
Codziennie przebiegał po lesie kilkanaście kilometrów, a raz w tygodniu, zazwyczaj w niedzielę po południu, robił sobie maraton z Mojej Woli przez Cieszyn i Międzybórz. Pawłów i Kocinę z powrotem do internatu. Było to około trzydziestu kilometrów. Ale dawał radę i cieszyła go wypracowana kondycja.
Pewnego razu, w Międzyborzu, zrobiło mu się słabo.
Kiedy wlókł się półprzytomny skrajem ulicy zaczepiła go dziewczyna. Spytała czy może mu pomóc.
Rad nierad poprosił, choć cierpiała od tego jego męska duma.
Zabrała go do swojego domku, nakarmiła i rozmasowała zbolałe mięśnie. Uczyła się w jakiejś szkole ogólnej w Twardogórze. Zaprzyjaźnili się i po kilku tygodniach przyszło zaproszenie z jej szkoły dla jednej klasy jego technikum leśnego, na zabawę.
Pojechali, pociągiem, prawie wszyscy chłopcy z jego klasy pod wnikliwym damskim nadzorem profesorki i maleńkiej żony profesora „Żubra”.
Było świetnie.
Lata całe później wspominał jeszcze te tańce ze swoimi opiekunkami. Trzymając je w ramionach w tangu czy tradycyjnym, najczęściej granym walczyku, czuł się taki męski i dorosły. Bajdurzył im, jakie są śliczne na tle tutejszych nauczycielek, jakie fertyczne, urokliwe i doskonałe w każdym calu, jak miło potrafią prowadzić niezobowiązującą dowcipną konwersację, jak lekko i zwiewnie poruszają się w tańcu, jak pięknie pachną i jakie mają błyszczące oczka.
Profesorka śmiała się razem z nim i groziła mu paluszkiem, wiedząc, że tylko stara się być miły i szarmancki, ale mała, o artystycznej i zadziornej osobowości wychowawczyni, kiedy na zakończenie tańca całował ją po łapkach, miała całkiem maślane oczęta i pozwalała całować się nawet po wewnętrznych stronach dłoni, a nawet raz udało mu się skraść jej całusa.
Sala gimnastyczna, w której się bawili i tańczyli, była cała osłonięta kotarami zasłaniającymi okna i gimnastyczne drabinki.
Po północy, za tymi kotarami działy się przedziwne rzeczy. Wszystko falowało, wybrzuszało się, a nawet stękało rozkosznie.
Potem opowiadali kolegom, że to duchy starego budynku bawiły się razem z nimi.

Dziewczyna z Międzyborza, jak to zwykle u Maro, była mała i drobna. Miała urodę tatarskiej księżniczki; okrągła buzia z małym noskiem i mocno skośnymi ciemnymi oczyma, drobne wydęte usteczka, czarne proste i grube włosy często zaplatane w kilka warkoczyków, nieco za krótkie nóżki i pięknie wysklepiony tyłeczek.
Jeździł potem do niej, co niedziela, i bardzo się polubili, z nią, jej nieco młodszą siostrą i ich rodzicami.
………

… Pod koniec lutego miała być studniówka.
Z uwagi na zeszłoroczną samobójczą śmierć Michała postanowili uczcić ten dzień grecką tragedią i deklamacją okazjonalnych wierszy.
Udało się wyśmienicie. Maro też występował.
W osobnej sali mieli, zamiast kolumn i portyków, wystrój typowo myśliwski.
Prawie każdy chłopak zaprosił sobie dziewczynę z zewnątrz.
Maro przywiózł, poznaną póżną jesienią, małą i milutką „pielęgniarkę” z Międzyborza.
Po oficjalnych występach były i tańce, i liczne rozrywki w postaci quizów i konkursów, a klou wieczoru stanowił ogromny tort ufundowany przez rodziców jednego z kolegów, który ledwie mieścił się na stole i był przywieziony specjalnym samochodem, aż z Wrocławia.
Chłopcy popijali po kryjomu jakieś drinki.

Nad ranem Maro odwiózł swoją bogdankę do domu.
Był totalnie zmęczony i kiedy okazało się, że jej rodzice wyjechali na świniobicie do jakichś znajomych, bez ceregieli rozebrał się i uwalił w ich małżeńskim łożu zasypiając prawie natychmiast.
Najpierw śnił mu się tata Anki, który z zawodu był masarzem i chłopem wielkim jak góra, czerwonym na gębuli i z wielkimi, jak bochny chleba, łapskami.
Razem rozbierali świniaka.
Najpierw przecięli go na dwie tusze. Potem z tych tuszy wykrawali fachowo mięsne asortymenty, a więc, boczki, brzuszki, łaty, schaby, żeberka, polędwice, szynki, golonki, nóżki i z rozciętego łba wydobywali smakowity móżdżek.
Po tych kulinariach śniły mu się dwie żywe świnki, które potrącały go ryjkami i smakowały jego penisa.
Obudził się z uczuciem, że to chyba wcale nie sen, ale różowych tłuściutkich świnek nie było, tylko u jego boku, z rozkosznie otwartymi ryjkami, pochrapywały dwie gołe odaliski w osobach jego dziewczyny i jej nieco młodszej siostrzyczki.
Zauroczony tym widokiem zaczął gładzić ich prosiaczkowe, rozkosznie wyglądające brzuszki.
Dziewczyny jednak zlekceważyły go i, niby przez sen, ułożyły się właśnie na tych brzuszkach wystawiając do góry jeszcze bardziej zachęcająco wyglądające, różowe pupcie, podzielone naturalnym rowkiem na dwie smakowite szyneczki.
Zgłodniały i podniecony chłopak poszedł do łazienki wziąć zimny prysznic i umyć cuchnące wódką i papierosami zębiska, a po powrocie do sypialni zabrał się do smakowania i podgryzania tych wypiętych atrybutów kobiecej seksualności, raz jednej, raz drugiej świneczki.
……………….
[ dalszą część tekstu ocenzurowano].
………………

…Przy śniadaniu zaśmiewali się opowiadając sobie swoje sny, on, jak to jakieś świnki całowały go po podbrzuszu, one, jak to jakiś knurek zrobił im dobrze.
Potem, pokwikując radośnie i chrumkając rozkosznie, znowu poszli do łóżka, i już na jawie kochali się wspólnie do samego wieczora.

W poniedziałkowy ranek, kiedy spali sobie smacznie, drzwi do sypialni otworzyły się nagle i stanęli w nich rodzice małolatek.
Ogromny rzeźnik tylko coś burknął i poszedł do kuchni brzdąkając tam szufladami.
Maro, mając na względzie tę delikatną sytuację i pamiętając o nocnym śnie, naciągnął tylko buty na nogi i łapiąc w garść resztę swoich ciuchów, na szczęście jego internackim zwyczajem ułożonych w równiutką kupkę, wyskoczył goły z okna wysokiego parteru i pognał jak opętany w kierunku dworca, naciągając po drodze ciuchy na siebie i oglądając trwożnie, czy wściekły rzeźnik nie leci za nim z nożem do wywałaszania w garści.
Nieliczni o tej porze przechodnie popatrywali za nim ze śmiechem i rozbawieniem.
Musiał wyglądać jak wiejący przed zazdrosnym mężem Casanova, z tym swoim rozwianym długim włosem i niekompletnym ubraniem.
Pamiętać trzeba, że była zima, a na ulicach śnieg.
Kilka dni później dostał brzydki list, że jak jeszcze kiedykolwiek będzie nagabywał dziewczyny, to wywałaszanie, czyli wycinanie jego jąder, na pewno go nie minie.
Zastosował się do tej przestrogi i nigdy już jego noga w Międzyborzu nie postała.
Na przedmaturalną bibę do tamtejszej kawiarni zorganizowaną przez jego klasę też nie pojechał, choć był w tę niezapomnianą noc na dobrej zabawie, w innej jednak miejscowości, i z całkiem inną panienką.
Ale o tym później.

Przygotowania do matury szły pełną parą.
Wszyscy uczyli się pilnie i powtórki materiału nie miały końca, szczególnie z przedmiotów maturalnych, czyli języka polskiego, matematyki i przedmiotów zawodowych.

Jako test dopuszczający do matury każdy z uczniów musiał zrobić kompletny zielnik jednej rośliny albo tablicę z leśnymi owadami oraz napisać pracę przedmaturalną na wybrany przez siebie, a zatwierdzony przez nauczyciela zawodu, temat.
Maro sporządzał zielnik graba gdyż już od dawna zbierał jego korę, listki, pędy z pączkami, kwiaty, i owoce - orzeszki oraz płat drewna z przekrojem poprzecznym.
Nie wiadomo, dlaczego wybrał właśnie to drzewo.

Pracę pisemną pisał, natomiast, o transporcie wodnym drewna, czyli o bindugach, tratwach i flisakach w dorzeczu rzeki Drwęcy.
Nigdy, przenigdy tam nie był, ale od czegóż są mapy i wyobraźnia. Wszystko wziął z głowy z wyjątkiem nazw własnych leśnictw, jezior i rzek. Nawet nazwiska powymyślał, nie mówiąc o ilościach pozyskanych i spławianych kubików, procentowych wielkościach spławu do ilości pozyskania, gatunków i asortymentów drewna, usytuowaniu i rysunkach składów, bindug, jazów i przepustów.
Na końcu dowiódł, że transport wodny jest bardziej opłacalny od kolejowego i samochodowego, przytaczając cyfry kosztów z sufitu, zaapelował o wzmożenie działań ministerstwa w tym celu i podał wykaz bibliografii, z której korzystał, a której na oczy nigdy nie widział.
Mimo to dostał ocenę celującą, bo faktycznie ten transport jest najtańszym, o czym zarówno on, jak i promotor, wiedzieli od zawsze i nigdy nie wątpili.

Po oddaniu wszystkich prac, mniej więcej w końcu kwietnia roku pańskiego 1968 było dopuszczenie do matury, czyli kwalifikowanie uczniów do tego egzaminu przez kompletne grono profesorskie.
Po ogłoszeniu wyników, a tylko jednego kolegi z ich klasy do matury nie dopuszczono zalecając powtórzenie całego roku, na wniosek Maro zresztą, który w tym momencie zastępował hospitalizowaną profesorkę, adepci uzyskali tytuł abiturientów.

Z tej okazji zamówili gar grochówki i skrzynkę wódki, wykonali z patyków, słomy i starego leśnego munduru kukłę, zorganizowali na leśnej polance ognisko i rozpoczęli męską zabawę.
Pili, palili, jedli, opowiadali grube dowcipy, wspominali, kpili z siebie, kolegów i ukochanych belfrów, planowali swoją przyszłość.
Jedni myśleli o stażu i pracy w lesie, inni o studiach, jeszcze inni o wojsku, a desperaci o żeniaczce i dzieciach, które mieli już w drodze.
Maro chciał na studia, i to koniecznie filologię, na Łódzkim Uniwerku.
Potem spalili kukłę razem z kośćmi od licznych golonek, które pływały w kotle z grochówką.
Skoro świt przyjechała pod internat milicja zawiadomiona przez leśne baby zbierające chrust, że w lesie koło zamku dopala się ognisko, a w nim leśniczy, jego czapka i kości.
Zanim się wszystko wyjaśniło afera była na sto fajerek.

Kolejną fetę zorganizował im nadleśniczy z Sycowa w podziękowaniu za dobrą trzyletnią współpracę.
W Stradomskim lesie odbyły się bachanalia z udziałem ich klasy
i zaproszonych dziewcząt ze szkoły średniej z Sycowa.
Nad wykopanym dołem z żarem dopiekał się sporawy baran, a w dołach po sadzonkach studziły butelki z winem. Kadra miała koniaczek.
Do tego kocioł tradycyjnej grochówki i wiejski chlebek oraz napoje chłodzące, a do słuchu i tańca grał na akordeonie ich nauczyciel zawodu, niesamowicie przez chłopców lubiany, profesor „Piona”, od nazwy oceny, którą każdemu stawiał.
Maro pamiętał, jak często do niego mawiał:
- Ty, Jaszczur, jesteś straszny urwis i szałaput, ale tak się kamuflujesz, jak ten krokodyl udający kłodę i wszystkie przewiny, jakie zbroisz, spadają na innych. Ja Ciebie wyczuwam i wiem, co z Ciebie za paskudne ziółko. Każdą poważną robotę olewasz i wysługujesz się innymi. Każdą babę na zalesieniach mi zbałamucisz, a jak się wyda to mówisz, że wtedy las lepiej rósł będzie. Wódkę chlasz za moimi plecami, i nie podzielisz się ze spragnionym profesorem. Taka cicha woda jesteś, co brzegi rwie. Ale motor mi naprawiłeś i jeździ teraz dobrze.
- Dobry leśniczy mądry, cwany i obrotny musi być, i na wszystkim się znać – dodawał zwykle zwracając się do wszystkich swoich uczniów.
I tu zazwyczaj padało pytanie:
- Co takiego dobry leśniczy powinien mieć w raportówce?
- Gazetę do dupy, odkażalnik w piersiówce dla gardła i paczkę kondomów dla bezpieczeństwa i higieny pracy, panie Psorze – odpowiadał niezmiennie Maro.
- Tak jest, chłopie – odpowiadał profesor, który uczył ich także bhp – słyszę, że wiesz dobrze, co to apteczka pierwszej pomocy. I za to właśnie masz pionę.
Na sycowskiej fecie Maro był krótko.
Wymknął się po angielsku i poleciał pożegnać z końmi, na które często gęsto wymykali się niedzielami z profesorką.
Ukochał i utulił oba siwki oraz nakarmił, specjalnie na ten cel kupioną po drodze, marchewką.
Przypomniało mu się, jak pierwszy raz bryczką przyjechał nimi kiedyś, na ich zajęcia praktyczne, nadleśniczy.

Jedli akurat drugie śniadanie na placu przed leśniczówką.
Maro podszedł do koni, jako jedyny, i zaczął się z nimi bawić. Nadleśniczy, mający niesamowicie tubalny głos, zabuczał:
- Zostaw te konie Jaszczur, bo jeszcze któryś Cię kopnie.
- Nic mi nie zrobią – odpowiedział Maro – i wcale się ich nie boję.
- Jak jesteś taki odważny to może wejdziesz do tej psiej budy? – zabuczał znowu nadleśniczy wskazując na ogrodzenie z siatki, za którym czaił się ogromny wilczur leśniczego.
– Zjem swoje buty, jak to zrobisz! – zaśmiał się z chłopaka.
Maro niewiele się zastanawiając wdrapał się na siatkę i zeskoczył do psiego boksu, podszedł zdecydowanym krokiem do wielkiej budy i wlazł do środka.
Półdziki pies zgłupiał i patrzył na niego skonsternowany.
Maro wylazł z budy i stanąwszy obok wskazał ją psu:
- Do budy! – rozkazał.
Pies potulnie wykonał polecenie.
Ale teraz trzeba było jeszcze wyjść z ogrodzenia i nie dać się ugryźć w nogę. czy w tyłek.
Pieseczek poczuwszy się wreszcie u siebie warkotał nieprzyjemnie i pokazywał ogromne zębiska. Skok na siatkę nie wchodził w rachubę.
Na pewno pies był szybszy od niego.
Podszedł, więc, spokojnie do furtki i powiedział dyplomatycznie:
- Jak pan nadleśniczy otworzy, to daruję te buty!
Stary wiarus docenił go i jego ofertę, otworzył zapadkę i Maro opuścił niebezpieczny teren.
Potem nadleśniczy często pozwalał mu jeździć na swoich konikach, a wieczorami opowiadał ciekawe myśliwskie historie, którymi sypał, jak z rękawa, wzmacniając sobie humor, odpowiednim dla takich okazji, wysokoprocentowym napojem.
Leśny piknik w Sycowie skończył się przed wieczorem i wrócili do internatu.
Co poniektórzy nie mieli jednak dosyć zabawy i korzystając z ogólnego rozprzężenia wymknęli się do Sośni na zabawę.

Na każdej zabawie jest zwykle mniej więcej po równo chłopców
i dziewcząt, jednak tym razem dziewczyn było mnóstwo.
Praktycznie nie można było zejść z parkietu, bo panny same podchodziły do leśników napraszając się o taniec, a odmówić byłoby niegrzecznie. Chłopaków to trochę śmieszyło i dla wygłupu umówili się, że każdy zaproponuje randkę kilku dziewczętom w tym samym miejscu, to znaczy na oświetlonym latarniami placu przed zamkniętą gospodą o godzinie drugiej w nocy.
Kto umówi więcej dziewczyn miał wygrać bonus w postaci pół litra żytniej z kłoskiem.
Kilka minut przed drugą pięciu Don Juanów wymknęło się z zabawy i udało pod knajpę. Po chwili zaczęły schodzić się dziewczyny.
W sumie była ich cała klasa, około czterdziestu. Panowie wyszli z cienia. I wtedy się zaczęło.
Dziewczyny wściekłe za ośmieszenie, z krzykiem i pazurami na wierzchu ruszyły do ataku.
Wiali jakby ich stado wilków goniło.
Byli już daleko, kiedy jednej desperatce udało się ich dogonić, ale nie była agresywna i śmiała się razem z nimi.
Była to panna, z którą umówił się Maro, więc ustalono, że nagroda przypada jemu.
Kumple wręczyli mu butelkę i życzyli dobrej nocy śmiejąc się z niego do rozpuku, bo dziewczyna mieszkała kilka kilometrów dalej drogą przez las i za karę, za ten głupi kawał, zażyczyła sobie, aby ją odprowadził do domu. Szli z początku markotno, ale potem coraz weselsi.
Popijana z gwinta wódeczka działała rozweselająco i relaksująco. Komary jeszcze spały.
Kiedy doszli na leśniczówkę było już całkiem jasno.
Zaprosiła go na śniadanie.
Dawno nie jadł takich frykasów; kiełbasa z dzika na gorąco, pasztet z dziczyzny, szynka z jelenia, wiejskie masełko, jego ulubione, aż pomarańczowe w środku jajeczka na miękko, chlebuś z makiem, twarożek ze śmietanką, kakao, jakieś ciasto.
Panna miała mniej więcej tyle lat, co on.
Brakującej urody dodawał jej wesoły dziecinny jeszcze uśmiech i zgrabna figura.
Ukończyła jakąś szkołę zawodową i dojeżdżała do pracy pociągiem.
Jak mu wyznała po śniadanku, kiedy siadła mu na kolanach i wtuliła się w jego ramiona, aktualnie szuka męża.
Szuka, ale nie grzeszy, jak od razu zastrzegła.
Zabrała go do swojego pokoju na pięterku i wskazując na łóżko powiedziała:
- Do łóżka możemy pójść, ale dopiero po oficjalnych zaręczynach i zapowiedziach, ale żebyś widział, co możesz stracić – zaśmiała się – pokażę Ci, co nieco.
Zrzuciła z siebie sukienkę i okręciła na pięcie. Potem zrzuciła staniczek ukazując stożkowate ładne piersi nad płaskim brzuchem.
Maro aż przymknął oczy z pożądania myśląc, że to już koniec strptisu, ale panna kazała mu patrzeć i ściągnęła majtki. Potem obróciła się i zrobiła głęboki skłon ukazując nie tylko pupę, ale i swoją muszelkę, w całej okazałości.
Nawet nie próbował jej powstrzymywać, gdy po pokazie ubierała się z powrotem.
Po jej wesołej, acz stanowczej minie widział, że nic to nie da i może najwyżej zarobić w pysk albo narazić się na interwencję tatusia, być może uzbrojonego w dubeltówkę i czającego się gdzieś w zakamarkach korytarza.
Zrobił, więc, dobrą minę do złej gry, powiedział jej, że jest piękna i bardzo seksowna, że docenia jej bezpośredniość, ale teraz chciałby się trochę zdrzemnąć, bo jest okrutnie zmęczony.
Wskazała mu gestem łóżko i powiedziała, że idzie doić krowę.
Z początku chciał zwiać, ale pięterko było wysokie, położył się, więc, spać, jak zwykle na golasa. Kiedy się obudził poczuł na szyi oddech dziewczyny i uciskające jego pierś ramię.
Było mrocznie, bo małe mansardowe okienko zasłaniała kotara.
Przewrócił się na bok i dotknął młodej kobiety.
Była ubrana we flanelową, zapinaną na, co najmniej ze dwadzieścia guziczków, piżamkę ze spodniami.
Pocałował ją delikatnie w policzek, a potem w usteczka.
Chyba już nie spała, bo polizała go po górnej wardze, a potem objęła jeszcze mocniej.
Przytulił ją i zaczął masować tyłeczek, jednak, kiedy już włożył rękę pod gumkę i poczuł rozgrzaną od snu i flanelki dupeczkę, w pokoju rozległ się całkiem miły i sympatyczny głos dojrzałej kobiety:
- Zabieraj tę łapę, syneczku. Po ślubie mój miły, … po ślubie.
Pod ścianą, na krzesełku, szydełkując coś po ciemku, siedziała jej mama.
Potem było wstawanie, mycie, ubieranie się i obiadek.
Bielizna Maro była wyprana, koszulka także, a spodnie wyprasowane. Buty kazali mu sobie wyczyścić samemu.
Obiadek był także typowo świąteczny, z rosołem i domowym makaronem, podobno robionym osobiście przez potencjalną narzeczoną, i zakrapiany domowymi nalewkami.
Wieczorkiem spacer, rozmowy z rodzicami, wspólne oglądanie albumów rodzinnych, kolacja i do łóżeczka.
Pod ścianą nocną wartę pełnił tym razem ojciec, albo jak panna zasugerowała Maro, jego przyszły teść.
Pan leśniczy, bardzo miły i wesoły człowiek, powiedział chłopakowi na pożegnanie, w poniedziałek o świcie:
- Nie zastanawiaj się chłopie. Maturę zdasz za kilka dni. Na rozdanie dyplomów pewnie przyjadą Twoi rodzice i nic nie będzie stało na przeszkodzie abyście mogli się zaręczyć, a jesienią ślub i wtedy siup. Na pierścionek mogę Ci pożyczyć. Po ślubie pójdziecie na swoje, to i ja trochę odpocznę, bo w tym babińcu już nie wytrzymam długo – narzekał.
W kierunku torów kolejowych Maro szedł na miękkich nogach dźwigając torbę wypełnioną kiełbasą, pasztetem, ciastem i butelką nalewki.
W ręku dzierżył prawie granatowego tulipana otrzymanego na pożegnanie od panny wraz z długim i namiętnym całusem.
Przez całą noc nie zmrużył oka, bo leśniczemu było niewygodnie i wiercił się na krześle.
Maro bał się, że jak zaśnie i przez sen zacznie się dobierać do dziewczyny, co przypadkiem może się udać gdyby leśniczy przykimał, to po tym siup już będzie musiał być ślub, i to być może już jutro, a jutro miał być pisemny egzamin z polskiego.
Kombinował chyba dobrze, bo w nocy kilkukrotnie niespokojna ręka dziewczyny łapała go za Toporka i bawiła się nim wesoło, delikatnie potrząsając i masując, jakby badała, czy chłopak długo wytrzyma w roli celebryty przymusowego celibatu. W końcu miał dosyć tego podpuszczania, złapał ją za obejmujące penisa palce, i tak długo trzymał dopóki nie dopomogły mu w jego katharsis.
Po drodze do pociągu wcinały go roje komarów.
Przystanek kolejowy to była tylko długa tablica z nazwą miejscowości, ale pociągi bardzo tu zwalniały. Wskoczył na stopień wagonu, a po kilku minutach zeskoczył tuż za lasem i jego skrajem powlókł się do internatu.

Mogło być około piątej trzydzieści, kiedy zatrzymał się u stóp zamkowej wieży i kombinował, którędy by tu wejść do swojej sali, aby nie podpaść.
Po chwili sytuacja wyjaśniła się sama. Nowy kierownik internatu wyłonił się zza węgła.
- No widzisz, robaczku – powiedział – na sam koniec, ale udało mi się Ciebie złapać. Co tam masz w tej torbie?
Maro pokazał mu tak zwanego wała i próbował wyminąć, ale kierownik zażądał pójścia do dyrektora.
Był pierwszy dzień matur i dyrektor od świtu siedział u siebie.
Przejrzał zawartość torby i oddał wszystko z wyjątkiem nalewki.
- Po maturze wypijemy ją razem – powiedział jak zwykle, spokojnie i mądrze „de Guelle” – a teraz idź się umyć i przebrać. Pisemny egzamin zaczyna się o dziewiątej. A pan niech zostanie jeszcze chwilę, panie kierowniku – dodał oschle.

Kiedy profesorka przeczytała pytania maturalne i zapisała ich treść na tablicy Maro ziewnął i przykimał.
Wyznaczono mu miejsce w pierwszej ławce w środkowym rzędzie.
Mógł bezkarnie drzemać, bo wszyscy nauczyciele stali z tyłu obserwując piszących. Kimał tak dobrą godzinkę, a może dłużej, aż do chwili, gdy nie obudziła go profesorka.
- Co zamierzasz pisać? – zapytała nie zadając innych zbędnych pytań.
- A co Pani każe, pani Psorko? – zapytał Maro zaspanym głosem
- Natychmiast marsz do łazienki - zarządziła, - a potem zabieraj się za drugi temat.
- Ale to trudne i pracochłonne – optował Maro – napiszę trzeci? – obiecywał.
- Ja Ci dam trzeci! Marsz do łazienki, i do roboty! – szturchnęła go boleściwie w plecy.
Napisał porównawczy esej o romantyzmie i pozytywizmie na dobre dziesięć stron formatu A2 i jako pierwszy odważny oddał kartki komisji.
Potem poszedł sobie, do przykościelnej zielonej budki, na zasłużone zimne piwo.
Miał w nosie regulamin i wypił aż trzy duże pełne, a potem uwalił się na trawie pod jakimś krzakiem i smacznie zachrapał.
Kiedy wieczorem po kolacji golił się pod pompą na dziedzińcu podeszła do niego „Stawka” i wytargała za mokre kudły, a potem pocałowała, śmiejąc się, w namydlony policzek.
- Ty wstrętny gadzie! Ty pokrętny łobuzie!
Ogłoszenie wyników miało być dopiero za tydzień, po ich powrocie z dodatkowych ferii dla maturzystów, ale on wiedział, że już zdążyła, jako zapewne pierwszą, przeczytać i ocenić jego pracę, i, że ma, na sto procent, najprawdziwszą piątkę z plusem.

We wtorek mieli na rozwiązanie pięciu zadań pięć godzin.
Maro cztery rozwiązał w pięć minut od razu na czystopisie.
Z piątym geometrycznym było trochę problemów, bo zasugerował się tym, co, jak widział ze swojej pierwszej ławki, pisze siedzący naprzeciwko za katedrą, matematyk.
Ale podczas krótkiej przerwy i konsultacji z matematycznym geniuszem z równoległej klasy jego umysł zaskoczył wreszcie. Poprawił podpuchę profesora i zadanie było gotowe.
Tegoż gotowca w oryginale podał po kryjomu do przepisania, siedzącemu obok „Żararakiemu”.
Na szczęście nikt ściągania nie zauważył, a może nie chciał.
Pognali do internatu po swoje rzeczy żeby zdążyć na południowy pociąg, Maro do Łodzi, Jaśko do Wrocławia.
Maro zakpił sobie trochę z przyjaciela mówiąc mu, że zdecydował się żenić i jedzie do domu po rodziców, a on ma naszykować się na świadka. Nie mówił tylko, z kim.
Jaśko tylko popukał go w głowę i poleciał do swojego pociągu, który akurat nadjechał.

W domu pobył dwa dni, zapewnił rodziców, że zdał na pewno oba egzaminy na piątki i nie przewiduje innej oceny z przedmiotów zawodowych.
Drugiego dnia złożył na Uniwersytecie potrzebne dokumenty, z wyjątkiem świadectwa maturalnego, i pojechał do Poznania rozmówić się ostatecznie ze swoją Oleńką, z którą, mimo swoich licznych przygód z innymi dziewczynami, cały czas prowadził rozległą i romantyczną korespondencję.
Jak każdy chyba chłopak chciał mieć tę jedną jedyną fajną dziewczynę; gospodarną, mądrą, ładną, zadbaną, cnotliwą, kochającą i gotową żoną jego zostać, kiedy się wreszcie oświadczy.
Gdyby się dogadali planował zabrać ją ze sobą na całe wakacje, a po rozpoczęciu studiów mógłby poważnie pomyśleć o przeniesieniu się na Uniwersytet Poznański.
Planował, że po pierwszym roku poszedłby do pracy w leśnictwie, zrobił staż i dostał mieszkanie na jakiejś gajówce, a studia kontynuował zaocznie. Wtedy mogliby zamieszkać razem na stałe.
Pieniędzy miał odłożone dużo, a i dodatkowej pracy się nie bał.
Takie tam, marzenia, kołatały się po głowie, w wielkiej tajemnicy, ale trzeźwo i poważnie myślącego o zaręczynach pana Kmicica, przez całą drogę pociągiem, tramwajem i kawałek na pieszo.
Miał nawet w kieszonce ozdobne puzderko, a w nim maleńki złoty pierścionek z zielonym odpryskiem chryzolitu.
O święta naiwności! – powinien mu ktoś zawołać, zanim zastukał do drzwi i zrobił z siebie głupca.
Został przywitany bardzo mile, ugoszczony całuskiem i herbatką, ale po jego wstępnej mowie panna Billewiczówna zrobiła się czerwona i łzy popłynęły obfite z jej oczu.
Okazało się, że mimo słodkich buziaków i romantycznych listownych wyznań, nie może przyjąć jego oświadczyn, bo narzeczonego już ma, co najmniej od roku, i już za niedługo odbędzie się ich ślub.
Pan Kmicic tylko sapnął, zaklął brzydko i być może imałby się szabli, gdyby ją miał, ale ponieważ nie miał, życzył pannie szczęścia, skłonił się nisko, i wyszedł.
Szedł tak i szedł, a szlag go trafiał najjaśniejszy.
Machał rękami i bredził coś pod nosem aż doszedł do piwnicznej winiarni na Starym Mieście.
Winiarnia mieściła się w starych odrestaurowanych lochach.
Było tam cicho i swojsko, a kilka kieliszków wytrawnego Cabernet schłodziło duszę urażonego i poczęstowanego „czarną polewką” napaleńca.

Traf chciał, że w salce obok usłyszał znajome głosy.
Balował tam jego klasowy kolega ze swoją wieloletnią sympatią.
Byli skazani na obecną wraz z nimi koleżankę, więc, gdy pojawił się Maro, schwycili go jak deskę ratunku, zapłacili rachunek wraz z zamówioną dla Maro w podzięce butelką wina, i zmyli się gdzieś do łóżeczka, pozostawiając mu swoją znajomą.
Dziewczyna nie była, ni za grosz, w typie chłopaka.
Bardzo wysoka, chyba z metr siedemdziesiąt, chuda i z maleńkimi pryszczykami zamiast biustu, krótkowłosa, długoszyja i z tak zwanymi nogami do samej ziemi przyczepionymi do bardzo wysoko zawieszonego małego tyłeczka.
Jedynym jej atutem były ogromne jasne oczy pod długimi czarnymi rzęsami, bo brwi miała też wygolone.
Pech chciał, że na imię też miała Aleksandra.
Maro postanowił, że nagrabi jej w głowie, uwiedzie i potem porzuci.
- Wszystkie te baby są fałszywe. Niech teraz cierpią jedna za drugą – wrzało w jego głowie.
Może, gdyby wiedział, że dziewczynę też właśnie zostawił chłopak i przechodzi ona swoją traumę, zachowywałby się inaczej.
Na początku rozmawiali o muzyce; o pieśniach dla smutnej duszy Karłowicza, słynnym kwartecie smyczkowym Lutosławskiego, „Królu Rogerze” Szymanowskiego, o mieszkającym na stałe w USA Paderewskim, o starym Chopinie i nowych trendach muzycznych Pendereckiego, o Czajkowskim, o Ravelu z jego melodyjnymi i bardzo ekspresyjnymi, jak to u Francuza, piosenkami na głos i fortepian, Chaczaturianie i jego „Spartakusie” oraz o „Gajane” wraz z omówieniem niektórych elementów tańca z szablami, gdzie oboje, już trochę na rauszu, przybrali postawy szermierzy z kieliszkami w dłoniach w miejsce ostrej broni, także o romantycznym Korsakowie i jego orientalnej „Szeherezadzie”.
Muzyka poważna to był, skrzętnie skrywany przed zauroczonymi rock and rollem i Beatlesami kolegami, konik Maro i znał się na tym całkiem nieżle, jak na nieprofesjonalistę.
Potem zeszli na temat bardziej interesujący dziewczynę, czyli na balet. Tutaj Maro niewiele wiedział choć „Jezioro Łabędzie” Czajkowskiego, o którym rozmawiali wcześniej, kiedyś w telewizji oglądał, ale cóż to za oglądanie na malutkim ekranie i z byle jakim głośnikiem.
Poruszył, więc, temat musicali i filmów z nimi związanych.
Zaczął od śpiewu, czyli fragmentu arii mleczarza Tewje z trzy lata temu wystawionego na Brodway’u musicalu „Skrzypek na dachu”, o którym sporo słyszał, w zakazanym przez władze ówczesnej Polski, Radio Wolna Europa.
Kiedy w małej piwnicznej salce, z całkiem niezłą akustyką, rozległo się jego basowe mruczando:
- Gdybym był bogaczem ja ba da ba da ba ja ba da ba du…
- Gdybym ja był wielki pan ja ba da ba da … - dziewczyna wreszcie uśmiechnęła się i zanuciła pieśń razem z nim.
Potem wstali i klaszcząc do taktu melodii żydowskiego chodzonego zaczęli wyginać swoje młode ciała, a obecni na salce goście winiarni klaskali im i śmiali się razem z nimi.
Póżniej gadali o filmach muzycznych: „Girls,girls,girls” z Elvisem Presleyem i jego starszym występie w westernie „Love Me Tender”, o „Parasolkach z Cherbourga” do muzyki Michaela Legranda z cudownym tańcem na deszczu Catherine Deneuve znanej obojgu z bulwersującej, wyświetlanej po kryjomu w akademickich kinach „Piękności dnia”, gdzie zagrała sadomacho prostytutkę Severine, wreszcie o „Hello Dolly” z Barbrą Streisand i Louisem Amstrongiem.
Po trzeciej butelce wina poszli nad Wartę w kierunku niedalekiej Tumskiej Wyspy.
Szli trzymając się za ręce, a ona uczyła go chodzić krokiem baletnicy, z palców na piętę.
Wyglądali jak te dwa gamoniowate podpite klauny i przechodzący mimo ludzie śmiali się do nich, i z nich jednocześnie.
Powoli nadchodził zmierzch.
Kiedy doszli do wałów przeciwpowodziowych poszli nimi wzdłuż rzeki.
W pewnym momencie dziewczyna zatrzymała się i pocałowała go. Pocałunek trwał całą wieczność. Potem wychyliła się do tyłu i zrobiła mostek, odbiła się z nóg i założyła mu je na szyję. Króciutka i powiewna sukienka spłynęła wzdłuż jej szczupłego i gibkiego ciała, aż na jej ramiona, odsłaniając podbrzusze. Nie miała na sobie majtek.
Chwyciła go mocno nogami i podciągnęła się ku górze podając mu prosto do ust swoją rozgrzaną waginę.
W zasadzie nie był zaskoczony tym, co się właśnie działo.
Potem ściągnęła mu spodnie i objąwszy ramionami oplotła niezwykle silnymi udami w pasie. Kochali się na stojąco dopóki trzymały go nogi. Miała chyba z pięć orgazmów, a on tylko jeden, na końcu.
Kiedy po upojnych seksualnych ekscesach wracali do centrum pod bursę jej baletowej szkoły powiedziała mu o swoim chłopaku, i że zrobiła to z nim, aby się zemścić na tamtym.
Maro usiadł na jakiejś ławce i posadziwszy ją na kolanach opowiedział swoją historię.
Śmiali się i płakali na przemian, obcierając wzajemnie łzy czułymi pocałunkami i pachnącymi genitaliami dłońmi.
Rozstali się jak dwoje bliskich sobie ludzi, ale nie wymienili adresów i nie umawiali się na żadną następną randkę.
Oboje byli zbyt zranieni, aby myśleć o nowych związkach.

Z Poznania pojechał Maro do Wrocławia, do Żararakiego i przez te kilka dni do powrotu na łono szkoły, przepili mnóstwo forsy.
Nie opowiadali sobie, w zasadzie, nigdy nic o swoich dziewczynach, więc, i tak samo było tym razem.
Maro powiedział tylko, że rozmyślił się, co do żeniaczki, ale i tak, kiedyś, nie ominie Jaśka świadkowanie na jego ślubie.
W szkole czekały na nich hiobowe wieści.
Jaśko, mimo, że spisał wszystko od Maro, dostał z matmy dwóję. Zapytany o przyczynę profesor odpowiedział, że wyniki końcowe miał Jaśko dobre, ale w trakcie widocznie coś wygryzło i pozmieniało niektóre znaki i cyfry, co dobitnie świadczyło o, bezdyskusyjnym, ściąganiu.
Przez trzy dni uczyli się matmy razem; kawa, papieros, kawa, i nauka, i tak bez końca.
Jak Żararaki zdał poprawkowy egzamin ustny tak zdał, ale zdał.

Potem był ustny egzamin z przygotowania zawodowego.
Maro miał po prostu wiedzę, trochę szczęścia i przychylność profesorów. Zdał na piątkę i został jednym z najlepiej ocenionych absolwentów szkoły. Dyrektor proponował mu skierowanie na SGGW, bez egzaminów, za te piątki, ale chłopak odmówił.
Chciał być leśnikiem, ale jednocześnie pisarzem i poetą.

Kopię świadectwa maturalnego przesłał pocztą na Uniwersytet i pojechali całą klasą na wycieczkę, którą zaplanowali, zamiast popijawy na szkolnym balu maturalnym.
Na bazę wypadową wybrali Technikum Leśne w Warcinie, gdzie dyrektorem był narzeczony ich profesorki.
Już we Wrześni, znanej im ze szkolnych lektur, gdzie stanęli na lody, Maro z jednym z kolegów się zgubili. Autokar odjechał bez nich, ale chłopcy wyszli na szosę i złapali okazję. Dobrym samochodem jechał jakiś polonus podróżnik i zawiózł ich pod samą szkołę.
Kiedy, więc, przyjechał autokar witali całą wycieczkę, wraz z dyrektorem, chlebem i solą.
Zostali wprawdzie wytargani za uszy, ale szybko o nich zapomniano.
Wszyscy zostali zakwaterowani w internacie, a w gościnnej auli szykowano im uroczysty bal, na który została zaproszona do tańca i towarzystwa klasa dziewcząt z pobliskiego, jakieś 50 kilometrów, Technikum Rolniczego w Białym Borze.
Bawili się do rana, potem wszyscy poszli spać do internatu.
Tylko Maro wymknął się z jakąś, podobną do niego w charakterze pannicą, i pojechali okazją do Białego Boru.
Tam zagarnęli na łące dwa rasowe konie i na golasa, jak Lady Godiva, ujeżdżali je bez siodeł.
Zamierzali, po tych wygłupach, wrócić na obiad do Warcina, ale zostali pojmani i odstawieni tam ciupasem przez jednego z nauczycieli. Goli.
Na drugi dzień wycieczka miała jechać zwiedzać Koszalin i Fabrykę Zapałek w Sianowie.
Maro nie zabrali, bo śmiejąc się z niego mówili, że jak go tam zabiorą, to ani chybi, fabryka stanie w płomieniach.
Potem była jeszcze całodzienna wycieczka do Słowińskiego Parku Narodowego, na ruchome wydmy i na nadmorską plażę.

Po powrocie do Mojej Woli trzeba się było spakować i wracać do domów. Dla wielu były to ciężkie chwile i co niektórzy uronili niejedną łezkę.

W kilku chłopaków pojechali jeszcze do Milicza, z bukietem kwiatów i butelką koniaku.
Pan Dyrektor nie chciał im otworzyć, ale Maro wsadził but pomiędzy framugę i drzwi i mocno popchnął wyrywając łańcuszek zabezpieczający z futryny.
Wręczyli kwiaty i butelkę przestraszonemu dyrektorowi, przypomnieli swoje nazwiska i podziękowali za to, że wyrzucił ich ze swojej szkoły. Pokazali świadectwa maturalne, uśmiechnęli się z wyższością i odjechali, każdy w swoim kierunku.

Maro wrócił jeszcze do Mojej Woli, aby spakować swoje rzeczy.
Wysłał wszystko do domu pocztą, wsiadł na rower i pojechał leśnymi i polnymi drogami w kierunku Milicza.
Jechał teraz inną trasą niż trzy lata temu; przez Możdżanów, Żabnik, Wielgie Milickie aż do Henrykowic.
Tutaj zsiadł z roweru i prowadząc go wzdłuż kanału po około trzech kilometrach dotarł do przesmyku pomiędzy Baryczą, a stawem świętego Andrzeja.
Pchnął rower w krzaki i rozejrzał się dookoła.
Rzeka z jego prawej strony płynęła raczej leniwie.
Na stawie po lewej, niedaleko brzegu, kilkanaście zaledwie metrów, zobaczył niewielką zarośniętą szuwarami wysepkę.
Właśnie lądował na niej piękny okaz kormorana.
- Chyba ma tam gniazdo – pomyślał Maro – może widział tu kiedyś moją Ziutę? Szkoda, że ptaki nie potrafią mówić, a ja latać?
Ponieważ jednak umiał doskonale pływać postanowił się wykąpać. Nikogo w zasięgu wzroku nie było, więc, rozebrał się do naga i zanurzył w nagrzanej słońcem wodzie. Zbadał grunt. Było płytko.
Poruszając leniwie rękoma popłynął jakieś sto metrów na zachód, a potem zawrócił i skręcił w kierunku wysepki z czarnym bocianem. Opłynął ja dookoła sprawdzając, gdzie najlepiej byłoby wyjść na ląd. Zobaczył niewielki prześwit wśród łanu trzcin i fioletowych kwiatów.
Przez chwilę kołysał się swobodnie na wodzie i już miał ruszyć
w upatrzone miejsce, gdy, niesiony wodą, odezwał się głos:
- Wracajcie obywatelu. Tutaj nie wolno się kąpać.
Odwrócił się i ujrzał dwóch strażników rybackich w zielonych mundurach popatrujących na niego srogo.


Spokojnie dopłynął do brzegu i wyszedłszy zobaczył ich zgorszenie jego nagością.
Naciągnął majtki na mokre ciało i poczęstował ich papierosami.
Zapalili chętnie.
Powiedział:
- Nazywam się Maro. Gdzieś tu trzy lata temu utopiła się podobno moja dziewczyna. Właśnie zdałem maturę i żegnam się teraz, i tutaj, z nią, …i z moim minionym dzieciństwem. Od jutra zaczynam nowe życie..
Ubrał się i podawszy im rękę na pożegnanie poszedł niespiesznym krokiem wzdłuż szemrzącej rzeki, w kierunku miasta, i swojej …nieznanej przyszłości.
……………………………





11. Fragmenty z Rozdziału 33 „Egzamin”.

Maro, z Milickich Stawów, wrócił jeszcze na kilka dni do Mojej Woli.

Do domu nie spieszyło mu się wcale.
Umówił się na wakacje w Pobierowie ze swoim kumplem Żararakim. Obydwu udało się namówić także rodziny na ten wyjazd, na dwutygodniowe turnusy.
Dana i Rob mieli pojechać ze skierowaniami FWP do Pobierowa, a rodzice Jaśka kilka dni później do graniczącego z nim Pustkowa.
Oczywiście chłopcy też się wybierali, ale wykombinowali sobie, że po turnusie zostaną, gdzieś tam, pod namiotem do końca wakacji, a może nawet do października, kiedy to, mieli najszczersze zamiary rozpocząć zaplanowane studia.

W Mojej Woli żegnał się Maro ze swoim dzieciństwem i przychylnymi mu ludźmi.
Wierzył, że jeszcze nie raz tu wróci, że będzie tęsknił, utrzymywał kontakty listowne i osobiste z profesorką, niektórymi nauczycielami, kolegami i wychowawcami, marzył mu się jakiś klasowy zlot po dziesięciu latach, kiedy staną na nogi i jakoś zorganizują sobie życie zawodowe i rodzinne.
Razem z nim zostało też kilku absolwentów, którzy nie mogli rozstać się ze swoją Alma Mater z podobnych do Maro powodów.
W dzień włóczyli się po lesie i po wioskach, a wieczorami, korzystając ze swojej świeżo nabytej dorosłości, popijali tęgo, czasem nawet w towarzystwie swoich byłych belfrów.
Wreszcie zostali złapani na tym popijaniu przez Dyra i z jego nakazu na dworzec mieli ich odstawić trzej muszkieterowie, w osobach kierownika, wychowawcy i harcmistrza.
Popołudniem, spakowawszy swój skromny dobytek, ruszyli w drogę.
W Sośni chłopcy zaproponowali belfrom tak zwanego „rozchodniaczka”, czyli, krótko mówiąc, po kieliszeczku na do widzenia.
Całą gromadką wstąpili do knajpki w Sośni i stanęli przy kontuarze.
Maro zarządził:
- Pani Gieniu! Osiem pięćdziesiątek prosimy.
Schłodzona wódeczka w mig znalazła się w kielonkach i podsunięta towarzystwu na metalowej tacy. Wypili, a jako, że był upalny dzień zażądali popitki, czyli oranżady, i jeszcze po kielonku.
Tym razem na rachunek drugiego absolwenta.
I tak nie przymierzając, wypili po osiem pięćdziesiątek każdy,
bo i kochani belfrowie nie chcieli być im dłużni.
Po dobrych dwóch godzinkach żegnali się czule pod knajpą, a nie,
jak przykazał Dyro, przy odjeżdżających pociągach, albowiem nobliwi odprowadzający mieli raczej zbyt miękkie nogi na dalszy, ponad kilometrowy spacer.
Na dworcu zagarnęły ich szkolne koleżanki i udali się na ostatnią pożegnalną prywatkę w domu jednej z nich. Jak to młodzi i wyzwoleni, bawili się i kochali do białego rana, właściwie to Maro nawet dobrze nie pamiętał, kto, z kim i ile razy, a koledzy pewnie także. Może tylko dziewczyny znały prawdę.
Rankiem na dworzec wjechały dwa pociągi równocześnie, jeden na wschód, jeden na zachód.
Pożegnali się i każdy ruszył w swoją drogę.
Całą drogę Maro przespał.
W Łodzi rozpoczął swój powrót na łono rodziny kuflem zimnego piwa z sokiem, a głównie po to, by uleczyć się z potwornego kaca.

W domu przywitała go cała stęskniona rodzinka i po obejrzeniu maturalnego świadectwa zapytali go o dalsze życiowe plany. Odpowiedział, że złożył już wcześniej papiery na studia i teraz będzie się przygotowywał do egzaminu wstępnego.
Miał jeszcze kilkanaście dni, aby to zrobić.
Pierwszy egzamin był pisemny z języka polskiego. Wybrał jakiś bezpieczny temat o wpływie kultury masowej na socjalistyczną społeczność. Pisało mu się lekko i przyjemnie.
Potem był ustny egzamin z historii, który zaliczył bez zbytnich problemów.
Natomiast egzamin pisemny z języka rosyjskiego poszedł mu kiepsko, niemniej trójkę dostał.
Dwie piątki plus trójka dawały mu niezłą przeciętną.
Liczył też na dodatkowe punkty, które władze PRL-u ustaliły, by szansę awansu na studia miały także masy robotniczo-chłopskie, bez względu na zasób wiedzy i poziom inteligencji przedstawicieli tej klasy społecznej.
Wprawdzie sam Maro należał do klasy inteligencji pracującej, ale miał mieć punkty za członkowstwo w Ludowych Zespołach Sportowych, za Ligę Obrony Kraju, za stopnie na świadectwie maturalnym i oceny z egzaminu wstępnego, za członkowstwo w Związku Młodzieży Socjalistycznej i oczywiście za przynależność do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, do której zapisał się jeszcze w wieku lat siedemnastu, a której członkiem pełnoprawnym z tekturową czerwoną legitymacją został po uzyskaniu pełnoletniości.
Należał do PZPR przy Nadleśnictwie Moja Wola.
Lista przyjętych miała być ogłoszona pod koniec miesiąca lipca.
Maro wierzył święcie, że zostanie zakwalifikowany na tę jego wymarzoną filologię polską i od października założy czapeczkę z daszkiem oraz znaczkiem Uniwerku.
Czapki takie, w różnych kolorach, widział na głowach protestujących studentów wiosną tego roku, kiedy to zabrano go, jako obrońcę ustroju, by wraz z milicją i ormowcami tłumił we Wrocławiu studenckie manifestacje.
Zwiał wtedy i po przebraniu się u siostry Jaśka w cywilne ciuchy poszedł na marsze po Moście Grunwaldzkim i pod Piwnicę Świdnicką, gdzie wraz z innymi młodymi ludźmi skandował antypartyjne hasła.
Podobno bezpośrednią przyczyną wybuchu protestów było zdjęcie ze sceny spektaklu Dziady według Adama Mickiewicza i w inscenizacji Kazimierza Dejmka, ale nikt nie miał wątpliwości, że także ruch antysemicki i syjonistyczny oraz brak liberalizacji życia w kraju.
Maro solidaryzował się ze studentami i ludźmi kultury, chciał być przecież w przyszłości jednym z nich.
Wcale nie przejął się abdykacją prezydenta De Guelle po kumulacji młodzieżowych protestów we Francji, ani udanym zamachem na brata zamordowanego prezydenta USA, senatora Roberta Kennedy’ego, ani śmiercią Jurija Gagarina, pierwszego radzieckiego kosmonauty.
Patrzył na to, co się działo w jego kraju. I to oceniał.
Kilka dni po egzaminach pojechali do Pobierowa.
Morze przywitało ich świeżą bryzą i cudowną pogodą.
……………………..



… Wracali z Jasiem najpierw autobusem do Kamienia Pomorskiego, a potem towarowym pociągiem, tak dla atrakcji, aż do samego Poznania. Stamtąd pojechali stopem do Ostrowa i już normalnym pociągiem do Łodzi.
W domu mama powiedziała im na dzień dobry:
- Co wyście tam jedli? Wyglądacie jak dwa strachy na wróble. Brzuchy przy krzyżach, włosy do ramion, gęby suche i czarne od słońca, a oczy, jak po conocnych orgietkach w haremie. Jak dwie złachane łajzy!
I niewiele się pomyliła.
Na drugi dzień rano Maro pognał na uczelnię.
Kiedy tak stał przed wiszącą tam nadal tablicą ogłoszeń przyjęć na jego kierunek, jego pięści zaciskały się i otwierały bez przerwy, jak onegdaj we wczesnym dzieciństwie. W oczach miał łzy żalu i niezrozumienia.
Jego nazwisko figurowało na liście tych, co egzamin zdali, ale nie zostali przyjęci z braku miejsc.
Poszedł do dziekanatu, a tam wyjaśniono mu, że brakło mu punktów za pochodzenie.
Wkurwił się tak, że o mało nie walnął w pysk bogu ducha winnej sekretarki.
- Co to za popieprzony kraj i system, gdzie ledwie trójkowego syna chłopa przyjmują na studia dla inteligentów, a inteligentów wyrzucają na wieś lub do lasu? – myślał. – Teraz nic innego mi nie zostaje tylko właśnie do lasu, bo ani chybi wezmą mnie z wiosną, a może już teraz jesienią, w kamasze, do wojska. To, kurwa, dwa albo trzy lata straty i życia w zawieszeniu pośród durnych zupaków z dwoma belkami, gdzie byle głupek każe mi robić za karę pompki albo myć kible szczoteczką do zębów. Przez ten czas schamieję i zapomnę, jak się nazywam, a co dopiero wiedzę.
Pocieszał się jedynie tym, że na pierwszej komisji wojskowej, dwa lata temu, tak udanie i skutecznie symulował wadę wzroku i domniemaną ślepotę na jedno oko, że w książeczce wojskowej wpisali mu, po długich całodziennych wielokrotnych badaniach i próbujących go złamać przesłuchaniach, kategorię - „D” - , z dopiskiem znajomego mu i instruującego go, jak ma się zachowywać, majora, nota bene brata stryjecznego jego cudownych ostrowskich bliźniaczek, - „przeznaczony do szkolenia w oddziałach samoobrony”.
Do domu wrócił dopiero późnym wieczorem przedostatniego dnia września roku 1968.
Ojciec siedział sobie z piwem przed telewizorem gdzie akurat podawali informację, że w katastrofie lotniczej nad Nigerią zginęło 58 osób.
Było to gdzieś nad Portem Harcourt, a samolot nazywał się Douglas C - 54 Skymaster.
Ojciec zapytał, czy taki mądry student orientuje się, gdzie to jest.
Dla Maro, zmartwionego i zdruzgotanego, pytanie było płachtą na byka. Coś tam odpyskował i kiedy mama wpadła do pokoju z kuchni, by zażegnać kolejny spór rodziciela z dzieckiem, powiedział im, że właśnie, dlatego, iż jest taki mądry i do tego inteligent z inteligencji pracującej się wywodzący, na studia go nie przyjęli.
Szukał jakiegoś usprawiedliwienia i w jego ówczesnej naiwności ubzdurał sobie, że na jego porażkę składają się także zawody
i wykształcenie rodziców oraz ich przyrodzona nienawiść do Partii Komunistycznej, do której żadne z nich, mimo szykan ze strony pracodawców, nie chciało nigdy wstąpić.
Ojciec się wściekł i wyzwał go od głupoli i nieodpowiedzialnych gówniarzy oraz od durnego komucha, a matka jeszcze mu przytaknęła.
Z marszu, więc, i bez przemyślenia takiej decyzji oświadczył, że rankiem wyjeżdża nad morze do pracy w leśnictwie, gdzie to będzie jeszcze nie wie, ale, jak się zatrudni, to przyśle im adres.
Spakował swoją podróżną torbę worek, zabrał dokumenty i mimo protestów matki, skoro świt, poszedł na ulicę Zgierską, by złapać jakiś samochód jadący w kierunku Gdańska.
Gdyby był mądrzejszy i miał się czas zastanowić, zapewne pojechałby do Szczecina i zatrudnił się gdzieś w okolicach Pobierowa albo w SUM-ie.
Jednak, widocznie miało być, jak było.

Zatrzymał pierwszy nadjeżdżający duży samochód.
Był to ZiŁ 130 z kabiną pomalowaną na biało niebiesko jadący na naprawę gwarancyjną do Torunia.
Nie miał z tyłu skrzyni ładunkowej i wyglądał, jak wielki ryczący buldożer na sześciu kołach, dwóch z przodu i czterech z tyłu. Kierowca był młody i wesoły. Machnął tylko ręką na książeczkę autostopowicza chłopaka i zaprosił do kabiny.
Jechało się tym ruskim czymś, jak czołgiem, bo samochód nie miał wspomagania kierownicy, albo nie działało, co Maro sprawdził prowadząc go kawałek od Włocławka aż do granic Ciechocinka.
Zaraz za Włocławkiem złapali gumę i mocno się obaj napracowali, aby wymienić koło. Za tę pomoc kierowca dał się Maro kawałek przejechać.
Maksymalna szybkość ZiŁ-a to jakieś 70 km/godz., więc, jechali nieśpiesznie rozmawiając o szkole, o pracy, o dziewczynach
i tak ogólnie o życiu. Obaj znali sporo dowcipów i anegdot.
Zaśmiewali się po drodze z opowiadanych wzajemnie głupot.
Pili ciepłą wodę z butelki i dzielili się kanapkami.
Sympatyczny i uczynny chłopak wysadził Maro tuż za mostem na Wiśle, już w obrębie miasta Torunia.
Mimo, że do przejechania mieli tylko 200 kilometrów wlekli się od rana do późnego popołudnia, więc, Zarząd Lasów był już zamknięty, tylko dwa kamienne lwy przywitały Maro przed głównym wejściem.
Powlókł się nad niedaleką Wisłę, rozebrał prosząc przygodnych wędkarzy, by przypilnowali mu ciuchy, i odszedłszy kilkadziesiąt metrów, skoczył z betonowego nadbrzeża w fale wielkiej rzeki.
Walczył z prądem, nurkował, wyskakiwał nad wodę i wreszcie wypoczęty, odprężony i czysty wylazł na brzeg.
Po godzince siedział już w herbaciarni na Starym Mieście i popijał mocnego Earl Grey’a w filiżance zagryzając go toruńskim piernikiem. Potem poszedł zwiedzać miasto.
Spał na ławce w parku.
Rano umył się w jakiejś fontannie, przebrał w mundur i podreptał do budynku Okręgowego Zarządu Lasów Państwowych.
Po niewielu formalnościach w dziale kadr dostał skierowanie na wstępny roczny staż pracy do Nadleśnictwa Włocławek – od dnia następnego.

Pojechał tam zaraz pociągiem i zgłosił się u nadleśniczego.
Jeszcze tego samego dnia otrzymał sukienny mundur, płaszcz, czapkę i dwie pary butów, jedne półbuty, drugie z wysoką cholewką, raportówkę i 999 złotych pensji z góry.
Jego wynagrodzenie wynosiło właśnie tyle, a nie równe 1000 złotych, aby nie musiał płacić składki na Związek Zawodowy i Partię.
Polacy umieli sobie radzić nawet w tamtych czasach.
Dostał też kwit na opał: jeden metr gałęzi za 27 złotych oraz dwa metry wałków opałowych po 50 złotych metr. Kwity sprzedał sekretarce na pniu za podwójną kwotę, podobno dla jakiegoś jej pociotka. Dopiero później dowiedział się, że powinna mu zapłacić, co najmniej poczwórnie. Niewiele jednak stracił, bo kwity takie dostawał w ramach przydziału opałowego, co miesiąc.
Dostał umowę o pracę i instrukcje od nadleśniczego i sekretarza oraz książeczkę ubezpieczeniową. W dowodzie osobistym pysznił się też zielony stempel o zatrudnieniu. Miał jeszcze tylko na dniach zameldować się na czasowo w leśnictwie, do którego go skierowano.
Nazywało się Pikutkowo.
Śmiał się w myślach, że wreszcie Pikicini trafił we właściwe dla niego miejsce. Nie wiedział, niestety, bidula, co go tam czeka.
Odwiózł go służbowym Pickupem sam nadleśniczy, a właściwie to Maro jechał, a nadleśniczy wskazywał mu drogę.
Po kilku kilometrach asfaltową wstążką zjechali na leśną szutrową drogę. Gdy po następnych kilku minutach wyjechali z lasu ujrzeli samotną leśniczówkę i budynki towarzyszące, wszystko tonące w zieleni, niczym oaza pośród zielono brązowo szarego dywanu pól.
Pomiędzy lasem, a budynkami stała wielka polna grucha zaś na niej siedziały stada sójek i inszych, wrzeszczących na niespodziewanych gości, ptaszysk.
Nadleśniczy przedstawił go gospodarzom i na odjezdnym, po dobrze zakrapianej kolacji, powiedział ze wschodnim akcentem w głosie:
- Wot. I priwioz ja tiebie Kaczior żienicha dla Twoich docziek.

Ale Maro nie dochodził, o co chodzi, tylko przyłożył głowę do poduszki w pokoiku, który mu przeznaczono i zmęczony atrakcjami, jedzeniem i kilkoma kieliszkami nalewki zapadł w zbawczy i relaksacyjny sen.
Śniła mu się jego Ania, stadko koni, czerwony motocykl, ich własna leśniczówka i dwoje małych ślicznych bliźniaczek, którym na imię dali
…Ziuta i Monika.
……………
12. Fragmenty z Rozdziału 35 „Stażowe perypetie zielonego mundurka”.


… Maro obudził się w nowym miejscu wraz z ptakami.

Nie były to jednak ani pliszki, ani skowronki, ani gołębie.
Gdzieś za ścianą krzyczały gęsi i kwakały kaczki, gdakały kury i piał kogut.
Usłyszał też kobiece głosy rozmawiające, o dziwo, właśnie o nim.
- Wiesz – mówił jeden dziewczęcy głos – wczoraj przyjechał do nas nowy stażysta i śpi w dawnym gabinecie taty.
- O! A widziałaś już go? – zapytał drugi głosik.
- Nie. Jeszcze nie, ale mama mówiła, że to całkiem miły chłopak tylko taki małomówny i nieśmiały.
- Szkoda, że nas nie było?
- To nie trzeba było tak długo siedzieć w Klubie – powiedziała ta pierwsza.
- Wstawaj. Trzeba obrządzić nasze ptaszyska – dodała jeszcze.
On też wygrzebał się spod koca i wylazł przez okno do ogrodu gdzie odsikał się i wymył się cały w stojącej tam beczce z deszczówką.
Ubrał swój nowy mundur z patkami stażysty.
Przy śniadaniu za dużym stołem Maro poznał resztę rodziny gospodarzy.
Dwie córki, jedną czarnulkę o imieniu Barbie, bo tak ją w myślach od razu nazwał, drugą blondynkę, którą nazwał Kaczusią od wystającego tyłeczka i przykrótkich nóżek. Panny były mniej więcej w jego wieku.
Za stołem siedziało też dwóch nastoletnich chłopaków, którzy chodzili jeszcze do szkół zawodowych we Włocławku, i szybko pałaszowali swoje pajdy chleba ze smalcem, by zdążyć do asfaltowej drogi na autobus.
Całości rodziny Kaczorów dopełniała wiecznie uśmiechnięta leśniczycha i potężnie zbudowany leśniczy z charakterystycznym czerwonym nosem osobnika nie pogardzającego mocnymi trunkami.
Maro przyglądał się wszystkim z zainteresowaniem.
Skonstatował, że czarnulka stanowi materiał na niezłego kumpla, ale o żadnej z dziewcząt nie pomyślał nawet w kategorii ewentualnych partnerek.
- Tabu! – zawyrokował w myślach. – Jak będziesz normalny i zaniechasz swoich praktyk drażnienia damskiej ambicji to nie będzie problemów – powiedział sobie. - Traktuj je jak siostry, a wyjdziesz na tym dobrze.
Po śniadaniu ustalili z leśniczyną, że za jedzenie będzie płacił 400 złotych miesięcznie. Pokój miał za darmo.
Była to maleńka klitka trzy metry na dwa z oknem na sad, składanym łóżkiem, szafą dwudrzwiową i krzesełkiem.
Z biurka do pisania miał korzystać w pokoju służbowym leśniczego.
Pracę stażysty rozpoczął od przeglądania map leśnictwa i operatów, to znaczy planów pozyskania drewna, zabiegów ochronno hodowlanych oraz harmonogramu prac bieżących.
Nad tymi papierzyskami zeszedł mu cały dzień.
Na późny obiad była zupa czernina z suszonymi owocami i kluskami, mocno słodka i zakwaszona octem. Nawet mu smakowało, przez cały czas zresztą, bo rosół był tylko w niedziele, a innych zup tutaj nie jadano.
Na drugie danie były kawałki duszonego kaczego mięsa, po jednym dla każdego, ziemniaki zalane sosem aż po brzeżek talerza i surówka.
Do popicia kompot.
Po obiedzie dziewczyny zabrały go na zwiedzanie najbliższej okolicy.
Dom otoczony był z dwóch stron sadem ze starymi drzewami owocowymi, na których złoto czerwonymi kolorami pyszniły się jeszcze jabłka i gruszki. Zerwali sobie po jednym owocu i przeszli w stronę ogrodzonego siatką placu gdzie chodziły stada gęsi, kur i kaczek.
Było tych ptaszysk w sumie ze dwieście, albo i trzysta sztuk.
Powiedziały mu, że część z nich jest przeznaczona na sprzedaż,
a reszta na jedzenie dla rodziny.
Maro zapoznał się też z psem i kotem.
Pies był mały i tchórzliwy, więc, nie zwrócił na niego specjalnej uwagi. Poza tym uwiązany był na łańcuchu.

W budynkach gospodarczych nie było ani krów, ani świń, ani koni.
Stały tam beczki z paliwem, glebogryzarka do spulchniania międzyrzędów w szkółkach i na uprawach leśnych, opryskiwacz konny i plecakowe do zabiegów ochronnych, na przykład spryskiwania sadzonek cieczą kalifornijską likwidująca owady i grzyby, ale za to, z uwagi na jej siarczany skład, śmierdzącą niczym opary z otwartego szamba.
W kozłach i przy ścianach ustawione były taczki, kosze, skrzynki, wiadra, szpadle, łopaty, grabie, haczki różnych rozmiarów, widły, siekiery, piły i piłki ręczne, kostury, tasaki leśne, kirfory, łańcuchy, bloczki, młoty, kliny, korowaczki oraz inne sprzęty i narzędzia używane do pracy w lesie.
Przy leśniczówce był też ogród warzywny, teraz w większości przekopany już na zimę, ale widać było jeszcze liczne główki kapusty, rozrzuconą do suszenia się cebulę, wielkie pory i dynie.
Dookoła rozciągały się uprawne pola.
Dziewczyny wskazały mu ścieżkę, którą na skróty można było dojść do oddalonej o dwa kilometry wioski.
W wiosce była remiza strażacka oraz Klub Rolnika, z biblioteką i salką rekreacyjną dla szachistów i graczy w damkę lub chińczyka.
Był też sklep spożywczy gdzie można było kupić prawie wszystko.
Na kolację każdy dostał dwie kromki chleba ze smalcem i kubek herbaty.
Spać poszedł Maro wcześnie, jak wszyscy – razem z kurami.

Kolejnego dnia było babranie się w papierach dotyczących planów i rozliczeń płac robotników, zestawień pozyskania drewna i arkuszy inwentaryzacyjnych sprzętu. I tak przez cały tydzień.
Ani razu leśniczy nie zabrał go do lasu.
Odbijał to sobie samotnymi spacerami po okolicy. Każdego dnia po obiedzie włóczył się po lesie poznając teren.
Lasy były mieszane z przewagą sosny, ale były też i bagna i piękne śródleśne łąki. Sporo piaszczystych ubogich połaci z rzadkimi jałowcami i samosiejkami brzozy, świerka, buka, dęba i graba. Na rowach melioracyjnych łęgi olchowe i wierzby, z których ulatywały mu spod nóg stadka kuropatw i bażantów. Spotykał też zające i sarenki.
Często też bezpańskie psy i koty.
Jakiś kilometr od leśniczówki, przy lesie, było zaniedbane gospodarstwo, ale nikogo tam nie widział. Podobno mieszkała tam samotna wdowa. Zauważył na łące dwa robocze ciężkie konie pasące się luzem.
Nie było psa. Kiedy podszedł bliżej koniki zaciekawione podeszły do płotu z okorowanych żerdzi. Były bardzo zadbane i przyjazne.
Przelazł do nich na pastwisko i dobra godzinkę bawił się z nimi.
Przez ten czas czuł, że ktoś go obserwuje, ale nadal nikogo nie widział. Dał sobie spokój i wrócił do swojego pokoiku pisać listy do domu, Ani i Żararakiego. Napisał nawet do mamy Moniki podając nowy adres i trochę informacji o swojej samotności. Kilka dni później dostał swój pierwszy list tutaj, właśnie od niej. Przysłała mu też swoje mocno roznegliżowane zdjęcie z widocznymi kłaczkami w zgięciu ud oraz informację, że z Moniką się dogadały i, że bardzo chętnie go zobaczą na święta oraz Sylwestra., jeśli uda mu się wyrwać na te kilka dni.
Po tygodniu leśniczy zabrał go do lasu.
Wręczył mu swoją dubeltówkę, do kieszeni kazał załadować sporo amunicji; śrut 2 i 3, breneki na dzika.
Poszli na zrąb jakieś dwa kilometry od domu.
Maro wiedział, że w zasadzie leśnik może strzelać do zwierzyny łownej, ale wyłącznie do szkodników typu lis, pies, kot, sójka, selekty, czyli zwierzyna płowa chora lub wybrakowana. Chyba, że jest też myśliwym i ma, tak zwany, przydziałowy odstrzał na sarnę, jelenia czy dzika.

Poszli na zrąb i tam został zapoznany ze starym gajowym i kilkoma pilarzami.
Leśniczy zebrał wszystkich i bez uprzedzenia kazał mu zrobić ludziom szkolenie behapowskie.
Chłopak jednak dał sobie z tym doskonale radę, pamiętając wszystkie lekcje „Piony”. Na koniec wyciągnął ze swojej raportówki czysty zeszyt i opisawszy go, jako „Szkolenia BHP” wpisał tam wszystkich uczestników tego przyspieszonego kursu, nawet leśniczego Kaczora.
Kiedy i jemu kazał się także podpisać w odpowiedniej rubryce facet tak się śmiał, że o mało nie pierdnął, ale podpisał.
Bardziej dla zabawy niż z potrzeby, bo to on przecież był tutaj panem i władcą.
Potem gajowy wsiadł na rower i pojechał do sklepu skąd wrócił z dwoma butelkami 60 procentowej Śliwówki i konserwową tuszonką oraz słoikiem korniszonów w occie. Przypili na nową znajomość i było …po robocie. Kiedy, bowiem, pokazały się dna butelek i robotnicy chcieli wrócić do przerwanej roboty, Maro wrzasnął na nich i zabronił jakiejkolwiek pracy, a nawet chodzenia po zrębie.
Pogonił ich do chałup i kazał do jutra wytrzeźwieć.

Gdy przyszła sobota pojechał Maro do Włocławka zwiedzić miasto i kupić sobie, co trzeba, w szczególności kilka zmian bielizny, sportowe ubranko, buty do tańca i jakieś książki do czytania, bo na leśniczówce były tylko książki i podręczniki zawodowe oraz dwa kryminały, we wsi zaś same starocie niewarte nawet oglądania.
Bibliotekarka też była stara i brzydka.
Leśnictwo, w którym pracował było duże i rozległe. Obejmowało lasy w dużym kompleksie w okolicy leśniczówki oraz trzy enklawy leśne wokół miasta Brześcia Kujawskiego; świerczyny za Rybakami nad rzeką Zgłowiączką, lasy brzozowe i mieszane koło wsi Falbórz w zakolach rzeki Bachorzy oraz stary las koło Lubrańca.
Do niektórych miejsc było aż 15 kilometrów drogi, autobusem i piechotą, ale przeważnie na nogach.
Samochodu, motocykla ani rowerów na leśniczówce nie było.
Samego chodzenia starczało na pół dnia, a co dopiero roboty.
Chodził do pracy z leśniczym, albo sam, bez względu na odległość i pogodę.
Najbardziej lubił chodzić na Bachórkę. Jechał autobusem do Brześcia, a stamtąd drogą koło cukrowni do lasu.
Las zaczynał się kilkudziesięcioletnią plantacją brzóz ustawionych w równych rzędach, jak żołnierze na placu apelowym.
Za brzozami rzeczka rozlewała się licznymi zakolami z łachami piasku albo płynęła bystrym nurtem na ocienionych przewężeniach.
Nie była wielka ani głęboka, więc, pewnego dnia ściągnął buty i spodnie i wszedł wymacywać pod korzeniami raki. Zamiast raków złapał kilka ryb, wyglądających, jak szerokie węże, żółtych metrowych miętusów.
Rozpalił małe ognisko i upiekł jedną na patykach.
Od tamtej pory nosił zawsze w raportówce słoiczek z solą, dla smaku.
Po jedzeniu zabrał pozostałe ryby, powiązał je sznurkiem i poszedł do wioski. Wszedł do najlepiej wyglądającej chałupy, przedstawił się, wręczył gospodyni ryby i zaprosił się na obiad, tymczasem poszedł do lasu obejrzeć, jak robotnicy sadzą małego dęba i świerka w starym drzewostanie. Pracowali naprawdę dobrze i fachowo, pochwalił ich i wrócił do chałupy.
Obiad już był.
Poza rybami podano barszcz czerwony zabielany kwaśną śmietaną z mąką i ziemniaczki polewane tłuszczem z tartą bułką. Pychota.

Wracał „na szagę”, czyli na przełaj przez pola.
Taką trasą było tylko około sześciu kilometrów.
Szedł wzdłuż rzeki aż do przecinającej pola szosy na Wieniec.
Za drogą zobaczył pasącego się konia.
Założył mu swój prymitywny kantarek z wędzidłem ze sznurka
i pojechali, najpierw stępa, potem kłusikiem truchcikiem, a wreszcie galopem. Niewyjeżdżony koń bardzo chętnie gnał przez siebie.
Kiedy zobaczyli leśniczówkę wyjął mu wędzidło, pocałował w chrapy i klepnąwszy w zad kazał wracać do domu.
Konik, jakby wiedział, o co chodzi pobiegł z powrotem wyrzucając do góry i na boki tylne nogi. Nieraz potem Maro korzystał z tego środka darmowego transportu, nie tylko z Bachórki.

Tak zeszło mu do zimy i pierwszych śniegów.
Od rana, jeszcze po ciemku, przebijał się przez zaspy na teren odległego wielkiego zrębu i nadzorował robotników pracujących przy ścince ręcznymi piłami i siekierami, pozostałych zbierających i palących posusz i cienkie gałęzie, tych tnących kłody na metrowe wałki opałowe i łupiących je klinami i młotami na połówki, układających stosy, licznych gałęziarzy z okolicznych wiosek, zrywkarzy konnych i wozaków zwożących asortymenty na wskazane miejsca, korowaczy i karpiarzy wykopujących pniaki ściętych drzew.
Byli też, do tych najgrubszych drzew, specjalnie przywożeni z nadleśnictwa zawodowi pilarze, a do zrywki i transportu ogromne węgierskie ciągniki Dutra na kołach wielkości młyńskich.
W raportówce Maro miał zawsze jabłko, pajdę chleba ze smalcem, a przy pasie litrową aluminiową manierkę z samogonem.
Kiedy, jeszcze jesienią, położył jednym celnym strzałem na komorę, szydlaka sarny, a innego dnia przyniósł wiązkę bażantów, leśniczy pozwalał mu zabierać do lasu swoją strzelbę.
Za leśne szkodniki płacono całkiem nieźle; za kota i sójkę po 30 złotych, za psa 20. Trzeba tylko było zdać trofea w postaci uszu i pazurów.
W grudniu, tuż przed świętami, dostał za nie więcej niż pensję.
Starzy leśniczowie spoglądali na niego, jak na szalone idywidium, wybijające z premedytacją, chłopskie stwory.
W każdy czwartek w nadleśnictwie była robocza narada, a po niej zebranie partyjne.
Raz Maro zgłosił wniosek, żeby nie wypłacać premii leśniczym, którzy nie dbają o zwierzynę i ptaki dopuszczając do nadmiernego rozplenienia się w ich leśnictwach zdziczałych szkodników.
Ale wniosek nie przeszedł.
Za to leśniczy zabrał mu swoją dubeltówkę.
Chłopak pojechał, więc, do Torunia i załatwił sobie broń służbową wpłacając kaucję w kwocie 750 złotych.
Od tamtej pory strzelał ile chciał i kiedy chciał. Ale mięsem zajęcy, bażantów i sarniną nie dzielił się już z leśniczyną.

Poznał wdówkę spod lasu.
Za zrywkę, czyli wyciąganie ze zrębu lub środka lasu, kłód na drogę czy linię oddziałową, płacono bardzo dobrze. Wiele zależało tu od leśniczego, bo to on wpisywał w kartę pracy odległości i skalę trudności terenu. Metrażu nie mógł zmienić, bo manipulowanie asortymentami było bardzo dokładne, ale pozostałe parametry tak.
Pewnego dnia poszedł Maro do gospodarstwa pod lasem i tak długo stukał i przemawiał pod oknem, aż drzwi wreszcie uchyliły się i wyjrzała przestraszona buzia gospodyni.
Wszedł ostentacyjnie do nagrzanej kuchni i kazał podać sobie gorącej herbaty.
Potem otworzył raportówkę i wyciągnął kartkę papieru, na której zapisał przypuszczalny tygodniowy zarobek za wypożyczenie mu koni.
Kobieta nie wierzyła, ale gdy powiedział, że zapłaci z góry i pokazał pieniądze, od razu się zgodziła i wyciągnęła z kredensu karafkę z wiśniową nalewką.
Potem poszli do stajni i pokazała mu gdzie jest uprząż i łańcuchy.
Dobre dwa wieczory naprawiał porwane lejce i szykował kłonice, łańcuchy i zaczepy, trenował konie na podwórku i popijając herbatkę z nalewką popatrywał łakomie na kręcąca się po kuchni kobietkę.
Faktycznie nie była ogromna, choć w wieku jego matki i niezbyt ładna z tą ciągle zasępioną twarzą, włosami spiętymi w koczek babuni i czarnymi szmatami, w które była ubrana. Nie widać było prawie grama ciała, z wyjątkiem twarzy i dłoni, nawet na szyi miała czarną chustkę.
Poza tym prawie wcale się nie odzywała, tylko czasami mówiła cicho:
- Tak, panie leśniczy – albo – nie, panie leśniczy.
Była, jakby wystraszona i zamknięta w sobie, w swoim bólu i samotności. Było mu jej żal, ale skupił się na interesach.
Do lasu jeździł ukradkiem i rozpisywał wykonaną pracę na wdówkę zawyżając wskaźniki do rozsądnego maksimum. Narabiał się, co dzień tak, że po powrocie do swojego pokoiku i zjedzeniu pozostawionych mu pajd chleba z kolacji, na której nie bywał, zapadał w błyskawiczny sen. Pracował nawet w soboty i niedziele, nie dając się dziewczynom namówić na żadne spacery, zabawy wiejskie, do Klubu ani kościoła. Schudł z 73 do 66 kilogramów, co lekarka na badaniach okresowych, wypomniała mu i kazała zadbać o siebie.
Za to mięśnie miał, jak ze stali.
Poza posiłkami w leśniczówce jadał także u wdówki, której znosił upolowaną zwierzynę. Gotowała bardzo smacznie i podawała mu posiłki na białym koronkowym obrusie, przy świecach i na pięknej zastawie. Sama stała obok i tylko przyglądała się jak je.
Z początku bardzo go to krępowało, ale szybko przyzwyczaił się do swojego „kamerdynera”.
Piekła też wspaniałe ciasta, a kiedy raz powiedział jej, że bardzo lubi sernik to już zawsze był dla niego kawałek tego smakołyku, z orzechami, kawałkami kandyzowanych skórek pomarańczy, rodzynkami i wierzchem posypanym wanilią.

Dwa dni przed Wigilią leśniczy kazał mu pojechać do świerkowego lasu na Rybakach sprawdzić, jakie szkody w podsadzanych tam świerczkach narobili miejscowi złodzieje choinek.
Maro zabrał dubeltówkę, kwitek z mandatami i termos z gorącą herbatą. Od Brześcia szedł korytem zamarzniętej Zgłowiączki. Śnieg padał już dość dawno i nie widział żadnych świeżych śladów ludzkich, a jedynie tropy zajęcy, saren, psów i odciski ptasich łapek.
Kiedy doszedł do lasu ujrzał dorodne i proste czterdziestoletnie drzewa z zielonymi koronami stojące w równych rzędach na powierzchni kilku hektarów porolnej ziemi. Kilka z nich było lekko przechylonych od wiatru, ale to było normalne zjawisko, bo świerki mając płaski system korzeniowy są w związku z tym bardziej, niż inne drzewa, narażone na wichrowały.
Zszedł z lodu i pomaszerował między nimi na przestrzał.
Spod nóg wystrzelił mu zając bielak, ale Maro nie miał ochoty na polowanie, a mięso na święta już miał w nadmiarze, a nawet gotowe pieczyste, kiełbasy, szynki i pasztety, które przygotowała jego wdówka.
Kiedy doszedł do skraju przeciwległej strony lasu powiało zgrozą. Kilkadziesiąt świerków było staranowanych i połamanych na wysokości ponad metra, a czubki choin odcięte i skradzione.
Od żony mieszkającego w pobliżu niemego gałęziarza dowiedział się, jak to było.
- Przyjechali w nocy, te ruskie pojebańce – opowiadała gestykulując z podniecenia – czołgiem i dwoma dużymi samochodami. Połamali drzewa, a strzelało, gdy się łamały, jakby znowu wojna była. Potem piłami spalinowymi odcinali czuby i ładowali na samochody. Mój stary policzył dzisiaj rano, że sukinsyny złamały 142 drzewa. I kary boskiej na nich nie ma, a jak biednego chłopa milicja albo leśniczy złapie z małą choineczką to do sądów podają i grzywny trzeba płacić. O! Pan patrzy – pokazała na swoje małe drzewko – nasze tylko z gałązek jest, bo strach i szkoda małej choinki ukraść, a tamci przyjechali, jak na swoją Syberię i wzięli, co chcieli. Najwyższy już czas zrobić powstanie i wygnać ich z naszej polskiej ziemi.
Napisał raport i kazał jej podpisać zeznanie, zaniósł jeden egzemplarz na posterunek milicji w Brześciu, a drugi dołączył do papierów dla nadleśnictwa.
Potem chodził do nocy po chałupach i żądał okazania asygnat na poubierane już w większości i świecące kolorowymi lampkami drzewka. Kiedy wyszedł od miejscowego komendanta ORMO z wypełnionym wnioskiem o ukaranie do sądu we Włocławku, w następnym miejscu, gdzie też wypisywał kolejny wniosek, a była to chyba plebania albo chałupa jakiegoś radnego, zatrzymał go patrol milicji.
Mundurowi zażądali, aby opuścił ich miasteczko, ale on tylko wskazał palcem na ich pałki wiszące im za całe uzbrojenie u pasa i potem na swoją dubeltówkę.
Pokazał im „wała”, znanego wiele lat później, jako gest Kozakiewicza, który to polski tyczkarz pokonując wysokość 5,78 metra zdobył tym samym złoty olimpijski medal oraz pobił rekord świata. Wygwizdany przez moskiewską publiczność preferującą swego zawodnika, pokazał jej dwukrotnie zgiętą w łokciu rękę skrzyżowaną z drugą, co było bardzo obraźliwe i spowodowało nawet oficjalny protest władz ZSRR z żądaniem jego dyskwalifikacji i odebrania mu medalu.
Ale wykpił się międzynarodowym trybunałom tłumacząc gest skurczem zmęczonych forsownym wysiłkiem mięśni rąk i gówno mu zrobili.
Tak samo teraz zrobił i Maro, śmiejąc się w pyski ogłupiałych brakiem szacunku dla ich profesji, gliniarzom.
Do tego czułymi słowy kazał im „spierdalać” założywszy swoją czapkę i podpinając pasek pod brodą, a oni, o dziwo, pokornie podwinęli swoje niebieskie ogony i opuścili lokal.
Pięć kilometrów do domu wracał piechotą przebijając się przez noc, zaspy i ślizgając na lodowych taflach, ale z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i satysfakcji.
Żadnego z wniosków o ukaranie nie wycofał, nawet na prośbę nadleśniczego.

Na święta chciał pojechać do Kalisza, a potem na Sylwestra do Pobierowa.
Napisał podanie o cztery dni urlopu pomiędzy świętami, a Nowym Rokiem, ale leśniczy nie zgodził się twierdząc, że urlopy bezpłatne nie wchodzą w rachubę, a poza tym jest mnóstwo roboty.
Była to celowa złośliwość, tak przynajmniej Maro to odebrał.
Pojechał, więc, tylko pociągiem do Kalisza na Wigilię i pierwszy dzień świąt. Poznał wreszcie mamę i babcię Ani, z którymi ta mieszkała w małym domeczku z ogródkiem na obrzeżach miasta. Jedli świąteczne potrawy, pili mocną babciną nalewkę na spirytusie, chodzili na spacery, całowali się w kółko i podmacywali, raz nawet pozwoliła mu całować swoje piersi i brzuszek, ale kiedy sięgnął głębiej w majteczki po prostu dała mu po łapie i ze śmiechem uciekła z jego sypialni.
Spała podczas jego pobytu w jednym łóżku z mamą, więc, żadne podchody nie wchodziły w rachubę.
Wrócił do Pikutkowa zauroczony nią i jej rodziną, ale niewyżyty i mocno napalony.
Te kilka dni do Sylwestra przepracował przy zrywce i papierach służbowych, które leśniczy kazał mu wypełniać. Sam pan Kaczor zajął się popijaniem i krytykowaniem jego charakteru pisma oraz złośliwym powątpiewaniem w jego umiejętności prowadzenia rachunkowości leśnej. Maro w końcu wściekł się i zagroził, że rzuci te robotę i tamten sam będzie musiał przygotować dokumenty do wypłaty oraz wszelakie roczne zestawienia i statystyki.
Stary wiarus dał mu wtedy wreszcie spokój i wolną rękę.

Do Pobierowa było daleko, poza tym w tranzystorowym radio mówili,
że pociągi stoją w zaspach i Maro zrezygnował z wyjazdu.
Jednak na zabawę do remizy, z córkami leśniczego, też iść nie chciał. Dziewczyny obraziły się na niego.
W sylwestrowy wieczór ubrał się ładnie, zapakował w torbę swoje nowe buty do tańca, lakierowane ciemnoczerwone półbuty na skórzanej podeszwie z czterocentymetrowym obcasem, butelkę radzieckiego Igrustnoje, prezentem gwiazdkowym dla wdówki, i …poszedł sobie.
Kiedy doszedł do domu wdowy zauważył, że lampa naftowa pali się tylko w pokoiku, do którego nigdy nie został wpuszczony. Musiała to być jej sypialnia. Wszedł po cichutku na ganek, otworzył drucikiem zamknięte na klucz drzwi i wślizgnął się do środka. Ciężkie gumofilce zostawił w sieni i tylko w skarpetkach, na palcach skradał się przez ciemną kuchnię w kierunku jasnej kreseczki światła pod drzwiami.
W domu nie było prądu ani telefonu, na leśniczówce zresztą też.
Postawił swoją torbę na kuchennym stole i ściągnął ciepłą panterkę.
Delikatnie uchylił zakazanych drzwi.
Wdówka stała naga w wielkiej drewnianej balii i masowała sobie piersi. Kiedy wszedł do środka i ujrzała go wreszcie krzyknęła przerażona i ukucnęła w wodzie. Podszedł do niej trzymając w wyciągniętej ręce już odpakowany, przeznaczony dla niej prezent, który kupił wcześniej dla mamy Moniki, ale później postanowił podarować wdowie.
Były to czerwone koronkowe niczego nie skrywające majteczki i takiż sam staniczek.
Kobieta wyglądała uroczo.
Jej ciało, w świetle naftowej lampy było prawie całkiem białe.
Długie poskręcane w loki włosy opadały jej na ramiona.
Jak wcześniej zauważył na łonie miała też sporą grzywkę.
Była szczupła i ładnie pozaokrąglana w biodrach, piersi nie widział, bo nadal skrywała je pod rozcapierzonymi dłońmi.
Podszedł do balii i uklęknął. Pokazał jej bieliznę i powiedział cicho, z rozmysłem przeciągając sylaby:
- To dla Pani ten prezent. Na pewno będzie pasował do tak pięknej kobiety. Chcę być tu z Panią w tę ostatnią noc starego roku i chcę, aby o północy zamieniła się Pani z tego czarnego straszydła, które dotychczas znałem, w młodą, seksowną dziewczynę, pełną czaru i wreszcie wolną od samotnych nocy i dni. Jest Pani niezwykle piękna i wiele jeszcze na Panią szczęśliwych chwil w życiu czeka.
Odrzucił energicznie na pierzyny łóżka czerwone szmatki, aż zawirowały w powietrzu i opadły na biel poduch. Podążyła za nimi wzrokiem, a on, wykorzystując tę chwilę jej dekoncentracji, ujął ją za rękę i odciągnął od pełnej nabrzmiałej piersi przyciskając do ust i całując wnętrze dłoni. Potem wsadził sobie tę mokrą dłoń za migiem podciągniętą koszulkę
i zaczął masować swoje piersi. Nie broniła się tylko bez słowa wpatrywała się w niego swoimi wielkimi oczami pełnymi łez.
Pochylił się ku jej twarzy i zaczął zlizywać to coś ciepłego i słonego, by wreszcie dotrzeć do jej ust i zamknąć je pocałunkiem.
Przywarła do niego tak mocno, że poczuł się cały mokry.
Uniósł ją z wody i ułożył na pościeli. Puchate pierzyny zapadły się pod nią i była jakby w niecce pomiędzy ich wałkami.
………………….
[dalszą część tekstu ocenzurowano].
…………………

…Wtedy uniósł ją do góry i położył w pościeli, a sam uwalił się obok niej i całując jej dłonie przymknął oczy, a potem odpłynął.
Obudził go blask drgających płomyków kilkunastu świec rozstawionych w różnych miejscach pokoju.
Na ścianie naprzeciwko siebie zobaczył wielki obraz świętej rodziny.
Zerknął na bok i zobaczył niewielki stolik nakryty śnieżnobiałym obrusem, a na nim półmisek z wielkim złocistym indykiem, talerzyki z ogórkami i żółtymi marynowanymi kurkami, butelkę szampana i dwa wysokie kieliszki. Był nawet maleńki wazonik z gałązką świerka.
Przy stoliku stała wdówka kusicielka ubrana tylko w czerwone majtusie i mini staniczek, zakrywający zaledwie sutki jej piersi.
Oczka koronki były wielkości 3 na 3 centymetry, majteczki nie miały klina i w tym miejscu widać było zamiast niego grzywkę ciemnych włosów. Włosy na głowie, natomiast, upięła kusicielka w wysoki samurajski kok i opadały one kaskadą ciemnych loków na jej białe ramiona.
Uśmiechała się do niego.
Skonstatował, że po raz pierwszy widzi uśmiech na jej buzi.
Mimo, co najmniej czterdziestki, sprawiała wrażenie nastoletniej panienki, i w tych koroneczkach, przypominała mu Anię, gdy poznał ją na plaży w Pobierowie.
Leżał na plecach i nagle poczuł kolejny przypływ energii.
…………………….
[ …i znowu cenzura].
…………………….
…Pocałowała go soczyście i po raz pierwszy przemówiła ochrypłym z napięcia i wibrującym z emocji głosikiem:
- Zaraz będzie północ. Otwórz szampana, bo ja nie umiem.
Potem śpiewała mu piosenki, i oboje prawie nadzy, ona w koronkowej bieliźnie i szpilkach, a on w skarpetkach i butach na wysokich obcasach oraz szarfie z jej chustki w pasie, tańczyli do rana, popijając, pojadając, pogadując i kochając się w przerwach.
Kiedy drugiego dnia nowego roku o świcie opuszczał jej domek dała mu klucz od drzwi do sieni.
Od tej pory prawie nie nocował na leśniczówce.

Wiosna przyszła nagle i niespodziewanie.
Maro stwierdził, ze ma na książeczkach kupę pieniędzy.
Po którejś z upojnych nocy i wielokrotnym spełnieniu wdówka pokazała mu dolną szufladę w wielkiej trzydrzwiowej zdobionej szafie, gdzie, jak w banku, leżały stosiki powiązanych tasiemkami czerwonych stuzłotówek. Mogło być tego z kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Jeździli razem do Torunia, Włocławka i nawet do Ciechocinka na wszystkie niedziele wydając je garściami, ale bez zbytniej rozrzutności.
Raz nawet wybrali się nad morze do Władysławowa i Jastrzębiej Góry, opalali się na pustej plaży, i chociaż nie było gorąco, im gorąco było.
Byli, jak nienasycone dzieciaki, zauroczone swoimi ciałami.
Kochali się przy każdej okazji, teraz, już nieraz wypróbowanymi pozycjami Kamasutry. Za każdym razem Maro odczuwał niezwykłą przyjemność z obcowania z jej ciałem, słodkim, prężnym i zawsze chętnym.
Był jak w amoku.
Bardzo go podniecała, im dłużej się znali, tym bardziej.
Nadal mówiła bardzo mało, ale specyficzny tembr jej głosu i to głębokie spojrzenie szeroko rozwartych oczu, działało na niego, jak najlepszy afrodyzjak. Nigdy nie mógł oprzeć się pokusie, gdy kręcąc powabnie tyłeczkiem wyrabiała na wielkiej drewnianej stolnicy ciasto na domowy makaron lub pierogi. Śmiała się rozkosznie i nie broniła, gdy podchodził do niej z tyłu i całując po karku niecierpliwie ściągał do kostek majteczki.
W pewnym momencie zaczął poważnie rozważać związanie się z nią na stałe. Może nawet małżeństwo.
Kiedy jej o tym wreszcie powiedział, mała i niby nierozgarnięta kobietka odpowiedziała mu przesadnie poważnym tonem:
- Ty, Maro, jesteś, jak ten płomień świecy. Któregoś dnia się wypalisz, a ja umrę wtedy z żalu i tęsknoty. Zostawmy wszystko, jak jest. Skończysz staż i odjedziesz gdzieś w świat. Wiem o tym, ale nie będę żałować, ni płakać. Dałeś mi tyle niezasłużonego szczęścia, odmieniłeś moje beznadziejne życie. Kocham Cię za to, jak kochanka, siostra i matka. Kiedy Ciebie już nie będzie postaram się ułożyć sobie życie z innym mężczyzną. Poszukam kogoś podobnego do Ciebie tylko starszego.
- A, jak nie znajdę tutaj to sprzedam dom i poszukam gdzie indziej. Nigdy jednak Ciebie nie zapomnę i zawsze będziesz mógł na mnie liczyć w potrzebie, mam nadzieję, że i ja na Ciebie również?
Przytulił ją tylko mocno i pocałował w nosek. Wiedział, że miała rację.
Kobiety sterowały jego życiem i porywami serca.
Kochał każdą z nich na swój sposób, każdą trochę inaczej.
Nie rozumiał, co w nim widziały takiego, że rzucały mu się w ramiona i chciały z nim być? Do tego każda kolejna była ciekawsza, piękniejsza i mądrzejsza, przynajmniej w jego subiektywnych wyobrażeniach.
Cały czas szukał tej jednej jedynej i wymarzonej, a spotykał coraz to nowe kandydatki, by po jakimś czasie szukać dalej.
Dziwne dla niego było tylko to, że każda kochała go tak bardzo, że nie chciała swoją osobą zamykać mu drogi do szczęścia i dalszych podbojów. I, jak na razie, poza jedną Tolą, żadna go nie znienawidziła.

Jeszcze jesienią, kiedy był na badaniach okresowych, młoda sympatyczna lekarka wypisała mu skierowanie do szpitala na korekcyjną operację oczu.
Maro od dziecka miał słabsze lewe oko i kiedy był zmęczony uciekało ono w kierunku nosa powodując tak zwany zez zbieżny.
Kiedy był na hufcu pracy, zaraz po trzeciej klasie technikum, jeden z kolegów, gdy Maro przerzucał z innymi siano na stogu, uderzył go niechcący widełkami tuż pod tym okiem. Lekarka stwierdziła, że należy koniecznie operować w niedługim czasie, nie tylko tę bliznę zwężająca powiekę, ale i przy okazji skrócić mięśnie gałki ocznej. Czując, że Maro zlekceważy jej diagnozę, tak jak zlekceważył znacznie niższą od normy wagę ciała, sama wysłała skierowanie do łódzkiego szpitala.
W marcu przyszło zawiadomienie, że chłopak ma zgłosić się na zabieg. Pojechał do Łodzi i w szpitalu na Milionowej zoperowano mu oko, przepisano okulary i dano zwolnienie z pracy na okres pobytu w klinice okulistycznej, i jeszcze na dwa tygodnie.
Na te dwa tygodnie pojechał do Kalisza i do Pobierowa.
Chodził z konieczności w ciemnych okularach.
U Ani balowali po kaliskich kawiarenkach i cieszyli się sobą.
Ona, za jego namową, poszła już we wrześniu do technikum i nadal pracowała, jako dziewiarka. Na dniach miała skończyć 18 latek.
Obnosiła się z nim wszędzie i chwaliła chłopakiem przed koleżankami i przyjaciółkami. Pozwalała nawet dotykać i pieścić swoją cipeczkę, ale nic ponadto. Wyjechał od niej z planami, że jak skończy staż, to przeniesie się gdzieś w pobliże i zamieszkają razem na leśniczówce, kochając się, płodząc dzieci i budując swoją przyszłość.
Mimo to pojechał od niej do Pobierowa w ramiona swoich stałych odalisek.
Miał wprawdzie wyrzuty sumienia, ale niezbyt wielkie.
Monikę i jej mamę znał znacznie wcześniej, kochał je po swojemu, i one go kochały.
Poza tym nie wiązał z nimi małżeńskich planów.
Był kawalerem, więc, poczucie zdrady partnerki, nie wchodziło na razie w rachubę. No i Ania, na jego napomknienia o wspólnym życiu tylko się śmiała i wykręcała od konkretnej odpowiedzi.
Morze przywitało go wiosennymi szkwałami i chłodem.
Jego kobiety pierwszego wieczoru patrzyły na siebie wilkiem, ale nocą w łóżku wszystko się ułożyło. Z uwagi na jego pooperacyjny stan leżał sobie jak basza na tyłeczku i pleckach, a one zajmowały się nim i sobą nawzajem. Każda trochę, mimo wcześniejszych zapewnień, zazdrosna o drugą, starały się prześcigać w dogadzaniu jego ciału, umysłowi i podniebieniu.
Spędził z nimi uroczy tydzień praktycznie nie wychodząc z łóżka.
Uwielbiał patrzeć i słuchać, jak pieszczą się nawzajem i przeżywał ich orgazmy, jakby sam im dogadzał.
Do Pikutkowa wrócił wypoczęty, dopieszczony i bogaty.
Z wiosną skończyła się zrywka i wreszcie, i Maro, i koniki mogli odpocząć.

Za to zaczęły się zalesienia.
Potrzeba było, co najmniej kilkunastu sezonowych robotników.
Leśniczy zwierzył się Maro, ze zawsze miał z trym straszne problemy.
Wprawdzie, każdy, kto przepracował w lesie jakiś czas mógł do wysokości zarobionych pieniędzy, kupić na asygnatę opału lub żerdzi na ogrodzenia, ale chłopi byli twardzi i nieżyczliwi, nie chcieli puszczać swoich synów i córek do pracy w lesie.
Pojechał Maro do lubranieckich wsi i zrobił zebranie u sołtysa.
Potem usiadł pod krzyżem na głównym skrzyżowaniu wiochy i czekał. Przyszło ponad trzydzieści osób, prawie same dziewczyny, jak to określił, w wieku poborowym. Zapisał je na listę, omówił zakres prac, zarobki i przepisy bhp.
Prosto stamtąd pojechał na Łubę do nadleśniczego i zażądał samochodu. Dostał starego wysłużonego Lublina bez kierowcy.
Usiadł za kierownicą i pojechał nim sam.
Od następnego dnia, przez trzy tygodnie, woził dziewczyny z Lubrańca na wszystkie uprawy gdzie wykaszały trawę, i na wszystkie zręby gdzie wcześniej OTL przygotował teren pod zalesienia.
W zacienionych dołach wysokiego lasu były zgromadzone sadzonki sosny oraz różnych innych drzew, sadzonych na obrzeżach upraw, takich, jak brzozy, świerki, dęby i buki. Dziewczyny parowały się i po dwie, jedna ze skrzynką z sadzonkami, a druga z koszturem, ruszały w redliny. Trzeba było wbić kosztur, poruszyć nim w przód i w tył, aby powiększyć otwór w ziemi. Skrzynkowa brała w palce sadzonkę, strząsała korzonki i umieszczała ją w dziurce. Koszturowa wbijała narzędzie obok i przygniatała otwór uszczelniając sadzonkę, i tak dalej, i dalej.
Młode sosenki sadzono, co pół metra, więc, robota szła ospale, ale cały czas do przodu.
Na południe Maro przywoził z nadleśnictwa gar zupy regeneracyjnej, chleb i wielki termos z kawą zbożową. Wieczorem odwoził panny do domu.
Zauważył, sporządzając listę zatrudnionych, że wszystkie są właśnie pannami i spoglądają na niego łakomie.
Znał leśne powiedzonko, że, „jak na uprawie dziewczyny się nie wyrąbie, to las nie urośnie”.
Nie był głupi i wiedział, że musi to zrobić, bo inaczej wszystkie jego zachody i ciężka praca na nic się nie zda.
Uważnie obserwował panny i szukał najładniejszej i do tego chętnej, albowiem nie zamierzał cudować i dać się wciągnąć w poważny romans. Miał swoją wdówkę na każdą nockę i w zupełności mu wystarczała.
W końcu wybrał właściwą dziewczynę, według swego gustu i często uśmiechającą się do niego.
Na razie jednak udawał, że wszystkie są miłe i atrakcyjne.
Baby tarły kolana, ale czekały na ruch z jego strony gdyż w grupie nijak im było stosować swoje dziewczyńskie sztuczki.
Przyjemność odczarowania złych mocy zostawił sobie jednak na dzień zakończenia pracy, wypłaty i podsumowania zalesień.
Kupił za swoje pieniądze kilka butelek słodkiej Sherry Cordial i po wypłacie, a ostatni dzień zaplanował w lubranieckim lesie, zaczęła się degustacja mocnego trunku. Powietrze było rozpalone do dobrych 30 stopni ciepła w cieniu leśnych olbrzymów, brzuszki dziewcząt puste, bo w tym dniu nie było regeneracyjnej zupki.
Panny padały po kolei w trawę, jak snopy ściętego zboża.
Mądrala, swojej wybrance, dawał wódkę mocno rozrzedzoną wodą, i kiedy całe towarzystwo pochrapywało smacznie z wypiętymi dupkami, niektórymi już nawet, jak zauważył, bez majtek, zabrał ją na uprawę.
Tutaj nie pytając wcale podkasał jej i tak krótką sukienkę i ściągnął majtki. Wyciągnął sterczącego już od jakiegoś czasu Toporka i uklęknął przed nią. Całował ją długo i namiętnie, potem położył w redlinie pomiędzy zielonymi maleńkimi drzewkami …………….
[…i cenzura].
…………..
…Równo, dokładnie i fachowo.
Dziewczyną i jej reakcjami specjalnie się nie przejmował, ale odczuł duże zadowolenie, gdy za drugim stosunkiem, achała i posapywała z rozkoszy.
Nie zapamiętywał się przy tym ruchaniu za bardzo i w odpowiednim momencie zasilał swoją spermą nie jej wnętrze, ale smakowitą gliniastą glebę pod nimi.
Po skończonej robocie dał jej w prezencie koronkowe figi i staniczek w kolorze intensywnego turkusu i przykazał, że ma nic nikomu nie mówić.
Wracał zadowolony z siebie i pewien, że wypadów prawie nie będzie.
Nie wracał jednak do Pikutkowa, ale do nadleśnictwa, gdzie miał teraz pokój.

Kilka dni wcześniej, gdy nocował w leśniczówce, podsłuchał całkiem przypadkowo rozmowę swoich gospodarzy z ich młodszą latoroślą, Kaczusią. Z zadziwieniem wysłuchał udzielanych jej przez rodzicieli instrukcji, co też panna ma zrobić, dokładnie i w szczegółach, aby zaciągnąć go do łóżka.
W lesie śmiał się potem do rozpuku, gdyż przypomniała mu się podobna sytuacja z leśniczanką w Mojej Woli, ale był ostrożny i dmuchając na zimne pojechał jeszcze tego samego dnia do nadleśnictwa i zwierzył się z problemu teściowej nadleśniczego.
Starsza pani bardzo łobuza lubiła i każdego czwartku po służbowej naradzie, jako jedynego pośród kilkunastu mężczyzn, zapraszała na domowy obiad.
Odpłacał jej za tę grzeczność i wyróżnienie opowieściami filmowymi, książkowymi i ciekawszymi dowcipami.
Teraz, nie namyślając się zbytnio, zawołała syna i kazała umieścić chłopaka, od zaraz, w służbowym pokoju, a po skończeniu zalesień przenieść do innej leśniczówki.
Pan nadleśniczy strzelił tylko obcasami i zaprowadził go do nowego lokum, dużego pokoju z dwoma szerokimi oknami, usytuowanego na parterze w budynku nadleśnictwa.
Potem pojechali razem pickupem do Pikutkowa i zabrali jego rzeczy.
W pokoju służbowym stało kilka internackich łóżek i kilka drewnianych szaf. Zestawionymi razem szafami przegrodził Maro pokój na części dzienną i sypialną. W sypialnej zestawił dwa żelazne łóżka i poukładał materace w poprzek. Całość nakrył świeżutką pościelą otrzymaną od teściowej. Pozostałe łóżka rozebrał na części i wyniósł do szopy.
Z biura przyniósł sobie kilka krzesełek i ładny stolik oraz lampkę nocną.
Rozgościł się, a gdy dostał firaneczki wbił nad oknami małe gwoździki i zawiesił je na przeciągniętym między nimi drucie. Na stoliku ustawił wazonik z wiosennymi kwiatkami.
Był u siebie.

Kiedy dojechał z Lubrańca do Brześcia strasznie mu się chciało pić. Zatrzymał Lublina przy gospodzie, ale tam poza beczkowym piwem i wódką niczego innego nie było. Na pobliskim przystanku PKS zobaczył dwóch traktorzystów z nadleśnictwa. Chłopy chciały się z nim zabrać, i co dziwne w tak upalnym dniu i po pracy, przecież, obaj byli trzeźwi.
Uzgodnili, że on idzie na piwo, a jeden z nich pojedzie potem Lublinem.
Wypił aż trzy wielkie kufle pienistego i schłodzonego jasnego pełnego.
Potem wlazł do budy i spał, gdy jechali pomału w kierunku Włocławka.
W pewnym momencie obudził się i strasznie zachciało mu się siku. Zaczął walić w ściankę oddzielającą budę od kabiny kierowcy i chłopy zatrzymały samochód. Wysiadł, a ponieważ do domu było już tylko dwa kilometry, a przed jego oczyma widniała leśniczówka Łuby 2 i jezioro, kazał im jechać dalej i zostawić maszynę na dziedzińcu pod jego oknami. Usłuchali bez szemrania i pojechali, a on z raportówką i dubeltówką poszedł w kierunku starych dębów nad wodą sikając po drodze wysoko i daleko.
Na cypelku zdjął mundur i rzucił wszystko na kupkę, broń oparł o drzewo i poszedł popływać, a trzeba mu przyznać, że pływał znakomicie.
Tym razem jednak to fale go niosły, aż poniosły na odległy brzeg.
Po drodze zsunęły mu się białe majteczki, które jako odświętne
i eleganckie włożył na dzisiejszą uroczystość chrzczenia leśnych upraw.
Wylazł z wody goły, pospał jeszcze trochę w trawie i jakiś przygodny chłopak odwiózł go motorem nagiego do nadleśnictwa. Tam wlazł cichcem przez okno do siebie i ponownie zapadł w sen.
Obudził się po kilku godzinach.
Za oknem słychać było głośny tłum ludzi i warkot samochodów.
Otworzył szeroko okno i stanął w nim, jak go Pan Bóg stworzył.
Rozległy się oklaski, potem wiwaty i śmiechy.
Okazało się, ze to leśna wiara wróciła ze smutnymi minami znad jeziora, gdzie bezskutecznie, z pomocą strażaków i żołnierzy, poszukiwali utopca, którym miał podobno być.
Otóż, kiedy pływał sobie na krańcach jeziorka nad wodę przyszła dziewczyna z leśniczówki i zobaczyła jego ciuchy, broń i pływające przy trzcinach białe majtki.
Narobiła takiego rabanu, że nadleśniczy podjął natychmiast akcję poszukiwawczą, z której właśnie wrócili.
Za karę całe popołudnia musiał pracować nadprogramowo przy sianokosach, aż mu piwo jasne pełne i kuflowe zbrzydło do cna.
Od tamtej pory pracował już w innym leśnictwie i cichaczem napisał podanie do OZLP o przyśpieszenie stażowego egzaminu.
Nadal jednak mieszkał w służbowym pokoju nadleśnictwa.

Do Włocławka miał niedaleko, bo krańcówka miejskiego autobusu była blisko.
Zapisał się do klubu bokserskiego i do kółka literackiego, gdzie dwa razy w tygodniu biegał na treningi i składanie wierszy.
Z wdówką nadal utrzymywał bliskie kontakty, ale jeździł do niej rzadziej, wymawiając się obowiązkami.
Pewnego dnia zarobił niezbyt miły pseudonim.
Wrócił wieczorem z treningu i nie chciało mu się brać kolejnego prysznica, więc, spocony uwalił się na łóżku i przykrył kołderką. W nocy obudziło go łaskotanie po jajkach. Zapalił lampkę i odrzucił przykrycie. Po jego brzuchu i nogach spacerowały stadka szybkonogich karaluchów. Wrzasnął i wyskoczył z łóżka. Darł się tak, dopóki nie wpadła do pokoju rozbudzona teściowa i jego sympatyczny zwierzchnik. Kiedy dowiedzieli się, o co chodzi od wrzeszczącego golasa, nazwali go „Karaluchem”.
Na drugi dzień już wszyscy go tak przezywali, ale olewał to i śmiał się razem z nimi. Materace spalił, oderwał listwy przypodłogowe i wspólnie z żołnierzami z pobliskiej jednostki odkazili nie tylko jego pokój, ale i cały budynek. Na te kilka nocy, zanim wywietrzały chemikalia, przeniósł się na ganek do swojej nowej leśniczówki.
Zanim zdążył i tam nabroić zabrali go z powrotem do zdezynfekowanego i pachnącego świeżą farbą pomieszczenia.
Któregoś dnia nadleśniczy uprzedził go, że trzeba wstawić dodatkowe łóżko, bo na kontrolę przyjeżdża inspektor z zarządu lasów.
Maro nie zrobił tego jednak od razu i poleciał na swój trening.
Wrócił późnym wieczorem, wykąpał się i wlazł golusieńki, jak zwykle, do swojego podwójnego łoża.
W nocy obudziło go mizianie po jajkach i mocny chwyt na penisie. Podświadomie widział stada łażących po nim czarnych stworków. Wrzasnął i wyskoczył z łóżka, rozkraczył się pod ścianą i krzyczał:
- Karaluchy, karaluchy!
Do pokoju wpadła teściowa z synkiem i zapalili światło.
Pod kołderką kłębiła się góra niewidocznych na razie wstrętnych nocnych stworów.
Nadleśniczy zerwał pościeli i ukazały się, zamiast robali, dwie gołe kobietki osłaniające bez widocznego skutku swoje piersi i podbrzusza. Były to panie inspektorki, które wróciwszy z wieczornego spaceru i zastawszy w jedynym łóżku golutkiego chłopaka, ułożyły się do snu obok niego, a, by nie odbiegać od normy, całkiem zrzuciły nocne koszulki.
Przez wiele kolejnych dni, każdy z leśnej braci, kto spotkał Maro, śmiał się z niego i do niego, i mówił pod nosem; - „nasz karaluszek”.
A najbardziej dokuczały mu księgowe i sekretarki.
Po ich minach widział, i czuł, ze same chętnie zostałyby takimi jego „karaluchami”, ale nic z tego.
To były mężatki i żony jego kolegów, a w pracy romansów nikt nie popierał.
Na czas pobytu inspektorek przeniósł się na nocki do wdówki.

Któregoś ranka, gdy wracał od niej przez las, poczuł dym.
Odbił od swojego szlaku i po kilkuset metrach zobaczył ten dym
i usłyszał trzask palącego się lasu. Szybko zlokalizował miejsce.
Palił się spory młodnik drugiej klasy wieku, a wiatr niósł płomienie w kierunku starodrzewu.
Pognał, jak opętany, niczym późniejszy rekordzista świata, Usain Bolt z Jamajki na igrzyskach w Berlinie gdzie zyskał 9,58 sekundy.
Na najbliższej leśniczówce zawiadomił straż pożarną i nadleśnictwo. Zabrał motocykl leśnika i wraz z nim i kilkoma robotnikami wrócili do młodnika. Gasić nie było jak, bo żar nie pozwalał zbliżyć się do ognia bliżej niż na kilkanaście metrów.
Skupili się na drodze leśnej i z drugiego jej brzegu wynosili gałęzie i leśny posusz, aby latające iskry nie zapaliły i tego kawałka lasu.
Piorunem przyjechały dwa wozy bojowe z Włocławka oraz wielu leśników i robotników, także pilarze z blokowiska dla leśnych ludzi.
Chyba po raz pierwszy zastosowano wtedy tak zwaną burzę ogniową. Pilarze ścinali przydrożne rzędy dorodnych drzew koronami w kierunku nadchodzących płomieni. Kiedy te wreszcie zapaliły się rozpętało się piekło. Płomienie unosiły się w górę z wyciem rozrzucając, niczym wybuchające petardy, snopy iskier, a drzewa pękając w ogniu wydawały odgłosy podobne do armatnich wystrzałów. Kiedy kumulacja procesu gwałtownego spalania osiągnęła swoje apogeum wreszcie wyczerpał się tlen i nagle płomienie przygasły. Rzucili się wtedy na nie ze sprzętem do tłumienia, a strażacy polewali ich wodą, aby się nie popalili.
I tak, zresztą, żadne z ubrań i butów ratowników, nie nadawały się później do niczego, a niejeden miał opalone wąsy i włosy. Maro też.
Medalu nie dostał, ale NRD-owski zegarek Ruhla ze złotą tarczą tak.

Niedługo potem zdał egzamin stażowy przed Wielką Komisją.
Dostał ocenę „bardzo dobry” i awans do stanowiska podleśniczego oraz podwyżkę na 1250 złotych miesięcznie. Mimo to nadal mieszkał w nadleśnictwie, bo proponowany mu dom był w bardzo złym stanie.
Po miesiącu otrzymał kolejny awans na podleśniczego po., to znaczy pełniącego obowiązki leśniczego, ale pensji już mu nie podwyższyli tylko roboty i odpowiedzialności dołożyli za dwóch.
Zamieszkał tam gdzie mu kazali.
Dostał też bezzwrotną pożyczkę w wysokości prawie półrocznej pensji na zagospodarowanie.
Z tych pieniędzy i z części tego, co już miał kupił sobie konia, dwa wielgachne psiska, stary, ale w dobrym jeszcze stanie krajowy motocykl WFM, narty biegówki i czarne lakierki do tańca.
Prymitywne meble zrobił sobie sam z grubo ciosanych desek, pieńków, żerdek i udziwnionych w kształtach gałęzi i korzeni. Kupił od okolicznych Cyganów komplet miedzianych garów i patelni oraz niedrogą zastawę stołową w sklepie, także komplet pięknych kieliszków do wina.
Na otwarcie nowej chałupy zaprosił najpierw swoją seksowną kobietkę spod pikutkowego lasu.
Umaiła mu chałupę jemiołą, firankami, ręcznie haftowaną pościelą, szydełkowanymi obrusami i makatką w kuchni.
Czuł się, jak prawdziwy gospodarz, choć marzyło mu się, co innego.

Jeszcze wiosną poznał w Toruniu pewnego starego leśnika z okolic Brodnicy i rzeki Drwęcy mieszkającego nad jednym z urokliwych polodowcowych jeziorek.
Starszy pan niedługo miał przejść na emeryturę, ale nie chciał rozstawać się ze swoim miejscem na ziemi. Szukał młodego leśnika, który zastąpiłby go w pracy, a jednocześnie pozwolił mu nadal tam mieszkać, korzystając z jego pomocy i doświadczenia.
Maro pojechał kiedyś do niego po Pierwszym Zjeździe Młodych Leśników, na którym był obecny w Tucholi.
Leśniczówka zauroczyła go i zakochał się w tamtej okolicy.
Dom i budynki były bardzo zadbane i wszystko zorganizowane, jak należy.
Dziadek uwielbiał grę w szachy i czytanie książek, których miał całe półki. Trochę także malował, pisał liryczne wiersze i leśne opowiadanka. Kochał las i jego mieszkańców.
Bardzo się zaprzyjaźnili od pierwszej chwili, a Maro traktował go z ogromnym szacunkiem.
Takiej wiedzy leśnej, jak starszy pan, on jeszcze nie miał i wiele lat musiałoby upłynąć, aby mu dorównał.
Zapalił się do propozycji wspólnego gospodarzenia w lesie i w domu.
W jego głowie kłębiły się nowe plany.
Wierzył, że mu się uda je zrealizować właśnie, a właściwie, tylko tam.
Zamieszkania w tak zadbanym i kompletnie urządzonym domu nie odmówiłaby mu, bowiem, żadna z jego kobiet, którąkolwiek, by nie wybrał na stałą towarzyszkę życia, a może wybrałby nawet dwie, tak sobie myślał. Jedną dla siebie, a drugą może dla dziadka, jakby chciał,
a jak nie, to on zająłby się z powodzeniem obydwoma, a nawet, jakby było trzeba, i trzema.
Przecież muzułmanie mają po kilka kobiet i żyją sobie w zgodzie, dostatnio i szczęśliwie.
Poza tym marzyła mu się hodowla koni, a przy pomocy dziadka miałby czas i na tę swoją pasję.
W oczekiwaniu na dzień przejścia tam wpadł w wir pracy u siebie.

Pracował za dwóch i szło mu dobrze.
Nadleśniczy chwalił go i nie nasyłał kontrolerów w osobach wszędobylskiego sekretarza i księgowej.
Pewnego dnia dotarła do niego plotka, ze dziewczyna, którą onegdaj wykorzystał na chwałę lasu i nowych drzewek, jest w ciąży, …z nim.
Odpalił motocykl i pojechał na wiochę pod Lubraniec.
Tam okazało się to nieprawdziwą plotką rozpuszczaną po okolicy przez jej koleżanki, zazdrosne o jej króciutki romans z młodym leśnikiem.
We wsi akurat była zabawa został, więc, tam do rana w ramionach niedoszłej rodzicielki.
Bawił się wyśmienicie i obtańcowywał także i inne panny.
Wrócił złachany i uradowany, że tym razem mu się udało.

Kilka dni później pod jego leśniczówkę zajechała stylowa bryczka w dwa wypasione konie.
Wysiadł z niej bogato wyglądający szlachciura i zaprosił go, wprost, w konkury do jego córki, na sobotę i niedzielę.
Maro śmiał się, bo nie kojarzył dziewczyny mimo okazanej mu fotografii. Podobno była, na zalesieniach, ale tam prawie wszystkie chodziły w chustkach i na zdjęciu, z rozpuszczonymi włosami i w białej bluzce z żabotem oraz połyskującą pod szyją broszka, dziewczyna nie była podobna do znanych mu twarzyczek lubranieckich panien.
Zażartował sobie, że jak będzie pieczony indyk i tańce to przyjedzie.
W sobotnie południe, kiedy zapomniał o żarcie i wybierał się do swojej wdówki, zajechała bryka umajona brzozowymi gałązkami.
Konie miały kolorowe czuby zrobione z jakichś farbowanych piór i pięknie zdobioną uprząż.
Rad nie rad ubrał się elegancko w świeżo wyprane spłowiałe jeansy, polówkę, lekkie płócienne buty i pojechali.
Z tego wszystkiego zapomniał przełożyć do kieszeni, z munduru, portfela z dokumentami i pieniędzmi.
Po drodze popijał ze szlachciurą dobierany samogon, jakości nie gorszej od markowej Brendy z Pewexu.
Było ze dwadzieścia kilometrów i wlekli się dwie dobre godziny.
Kiedy dojechali wreszcie, Maro miał nieźle w czubie.
Zeskoczył w biegu na podwórcu ogromnego gospodarstwa zauważając kątem oka stojący buraczkowego koloru kombajn, chyba jedyny, jaki tu w okolicy przez prawie rok widział.
Na środku stały dwa słupy z lampami, a pod nimi zbity podest do tańca, aż krzyczący białymi, świeżymi i nieheblowanymi dechami.
Obok ustawione były stoły i ławy.
Na ganku czekała go przyszła oblubienica w balowej sukni i reszta rodziny w osobach matki i dziadków.
Trochę otrzeźwiał na te widoki, ale szybko łyknął uprzejmie podsuniętego mu przez gospodarza kielicha i podszedł do panny szarmancko się kłaniając i całując w rączkę.
Tylko się skrzywiła i mruknęła coś pod nosem.
Była całkiem nie w jego typie.
Niska i przysadzista, czego nawet suknia do samej ziemi ukryć nie pozwalała, o okrągłej nalanej różowej twarzy i wielkich, jak balony, cycach. Wyglądała niczym świnka Piggy z Disneylandu.
Chłopak szybko skonstatował, że w nocy i pod gazetą, i tak nie ma wielkiej różnicy i podśmiewając się w duchu kontynuował farsę.
Zamierzał zostać na imprezie, jak już tutaj przyjechał, a nad ranem zwinąć się „po angielsku” i zwiać do domu, choćby piechotą.
Na zabawę zaproszona została cała wioska, także jego partnerka z redlinek, choć pochodziła z tak zwanej biedoty i była na językach wszystkich, z jego właśnie powodu.
Przedtem jednak był wystawny obiad w największym pokoju domostwa, a po nim musiał zwiedzić stajnie, obory, chlewy, stodołę i objechać kilkadziesiąt hektarów ziemi właściciela podziwiając zasiewy i mieszając w dłoniach tłustą czarną glebę oraz złapać na wędkę dorodnego karpia w przydomowym stawie.
Córka jego była jedynaczką, a jak się później dowiedział od swojej miejscowej kochanki, nieco przymuloną od kopnięcia kopytem konia w dzieciństwie.
Bawił się wyśmienicie, opijał i objadał smakołykami.
Nie przewidział jednak chłopskiej chytrości i desperacji.
Nad ranem gospodarz zaprosił go do chałupy i otworzywszy piwniczkę zabrał na degustację swojego najlepszego trunku.
Pokazał mu wielką walizę, a gdy ją otworzył, oczom Maro ukazały się stosy banknotów o dużych nominałach. Dowiedział się, że takich walizeczek jest jeszcze kilka i wszystkie mogą być i jego. Poza tym jest jeszcze posag jego córki w postaci kilku słoików złota i biżuterii.
Maro zatkało i prawie wytrzeźwiał oglądając się na drzwi i popatrując gdzie tu haczyk albo siekiera, na który chcą go złapać i zatrzymać.
Nie rozumiał, czego taki bogacz chce od niego i dlaczego.
Był przecież normalnym młodzieńcem, no, może trochę rozbrykanym i zbyt pewnym siebie, miał przeciętny zawód, nie jakiegoś adwokata czy lekarza, nie był bogaty, ani jego rodzina, był przystojny, ale znał przystojniejszych od siebie, nie był ani księciem ani herbowym.
Kiedy spytał o to gospodarza ten odpowiedział mu wprost:
- Moja córka mądra nie jest, ale zakochała się w Tobie, a ja zawsze spełniam jej życzenia, to moje jedyne dziecko. Ożeń się z nią, a ptasiego mleka na tej ziemi Ci nie zabraknie.
Potem nalał wódki do dwóch szklanek i wypił jedną całą pokazując Maro, aby ten uczynił to samo. Ale ten wypił tylko trochę i udając, że się zakrztusił, wylał resztę na podłogę. Podstęp się jednak nie udał, i wspólnymi siłami wypili butelczynę do dna.
Poszli znowu weselić się i tańczyć.
Kiedy zrobiło się widno pogaszono lampy i wszyscy rozeszli się do domów. Maro doczłapał do kuchni i ułożywszy się na ławie zasnął.
Nikt go nie niepokoił.
Obudziła go mucha, wstrętna, duża, zielono złota, bzycząca i gryząca.
Palnął ją oboma dłońmi i zabił na śmierć. Potem przetarł oczy wpatrując się w sufit i wiszący mu nad głową ogromny kryształowy żyrandol.
Przez okno i zasunięte story wpadały szparami promienie słoneczka.
Rozejrzał się po ścianach. Wszędzie wisiały święte obrazy, a pomiędzy nimi stały błyszczące od lakieru meble.
Naprzeciwko jego oczu były szerokie podwójne, zamknięte teraz drzwi.
Włożył ręce pod pierzynę i stwierdził, że jest całkiem goły i mokry od potu. Kiedy przesunął ręką w bok dotknął nagiego ciała. Pomacał i wyczuł kobiece obfite kształty. Zamarł na chwilę i wreszcie uniósł się na łokciu, ale zaraz opadł nadal zamroczony alkoholem i niemiłosiernie zmęczony.
- Gdzie ja, do cholery, jestem? – myślał. – Co w łóżku robi ta tłusta baba, i, kurde, co ja tu robię i robiłem?
Pomacał Toporka, ale ten leżał pokornie przy nodze i nie lepił się zaschniętą ani świeżą spermą, więc, trochę swobodniej i lżej odetchnął.
Przypomniało mu się pomału wszystko włącznie z tym, że usnął na ławce w kuchni.
Ponownie rozejrzał się dookoła i zauważył na nocnej szafce butelkę z wódką, a obok szklaneczkę. Sięgnął ręką i niepewnie chwycił butelkę, zębami wyciągnął korek i wypluł go na pościel, pociągnął jeden łyczek na próbę, a potem drugi i długi.
Przełknął palący alkohol i od razu wytrzeźwiał.
Usiadł na łóżku i odrzucił zapocone piernaty.
Obok niego leżała na plecach córka gospodarzy.
Wielkie piersi rozpłynęły się jej na boki, a sutki wyglądały jak czarno buraczkowe korki od butelek dużych rozmiarów, w kroczu widniała grzywa splątanych kudłów, nogi miała spocone i mokre, a włosy, bardziej obfite niż na jego odnóżach, tworzyły wzorek niczym u dzikiego zwierza, kolana miała czerwone, a na brzuchu ujrzał kilka tłustych fałdek także z czerwonymi poprzecznymi paskami. Oczy miała otwarte i o pustym spojrzeniu. Otwierała i zamykała usta, jak ryba wyrzucona na piasek chcąca coś powiedzieć. Była bardziej niż wstrętna i zrobiło mu się niedobrze. Przechylił się przez brzeg łóżka i rzygnął obficie na perski dywan.
Chwycił butelkę i przepłukał dwukrotnie usta i gardło, potem wypluł ją na dywan i znowu łyknął.
W oczach miał teraz świeczki, a w trzewiach ogień.
Kiedy opadł na plecy i wpatrzył się błagalnie w obraz Pana Jezusa z gorejącym sercem, grubaska położyła swoją nogę na jego nodze. Wrzasnął z furią w ramach protestu i usiadł gwałtownie.
Jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki dziewczyna też usiadła
i krzyknęła rozdzierająco.
Szerokie drzwi otworzyły sięnatychmiast i Maro zmartwiał.
Na pierwszym planie stał ksiądz w sutannie i ze stułą na ramionach zwisającą z przodu dwoma jasnymi pasami niczym mityczne kajdany Prometeusza.
Zerwał się na równe nogi i przeskakując dziewczynę runął w okno, które wypadło razem z nim na zewnątrz.
Pognał, jak oszalały przez wieś w kierunku lasu.
Nie ukrył się w gąszczu, bo słyszał za sobą okrzyki goniących go ludzi.
Gnał dalej niczym Tarzan przez afrykański busz, a krew od skaleczeń szkła z szyby i bijących go po nagim ciele gałęzi ostrych krzewów leśnego podszytu ściekała mu stróżkami z licznych ran i skaleczeń.
Po dobrych kilku kilometrach wypadł na łąki i pola, ale gnał nadal w kierunku południowo wschodnim, do domu.
Pod Brześciem zapadł w jakieś oczerety i obmył się w melioracyjnym rowie. Wszystko go piekło i bolało, nogi miał pokancerowane.
Dowlókł się jakoś do pegeerowskich domostw i ukradł worek na śrutę, strasznie włochaty i gryzący. Zębami rozerwał szycie i naciągnął na siebie tę pokutniczą szatę grzeszników.
Potem przekroczył szosę i zamelinował się u swojej wdówki aż do poniedziałku rano, gdy trzeba było wracać do domu, pracy i głodnych zwierzaków.
Na szczęście nikt tu na niego nie czekał, ani ze stułą, ani z siekierą.

Wieczorem zadzwonił do niego dziadek znad jeziora i powiadomił go, że zarząd wyznaczył mu mieszkanie w blokach w Toruniu, a leśniczówkę ma przekazać jakiemuś pociotkowi kadrowca, który to już od dawna miał na nią chrapkę.
Plany i marzenia Maro legły w gruzach.
Kolejnego dnia pojechał do nadleśnictwa i złożył natychmiastowe wymówienia z wnioskiem o zaliczenie należnego mu urlopu na poczet okresu wypowiedzenia.
Sprzedał konia i psy zaprzyjaźnionemu leśnikowi za pół ceny, spakował swoje nieliczne klamoty i pożegnawszy się z wdówką, teściową nadleśniczego i swoim szefem pojechał do Łodzi, do mamy.
I tak oto zakończyła się jego ówczesna przygoda z lasem.
Pozostało mu jedno jedyne marzenie, o którym przez ten ponad rok czasu zapomniał – studia.

I na tym postanowił się skupić.
……………






13. Fragmenty z Rozdziału 42 „Student”.

Student.


Ucz się dziecko ucz, bo nauka to potęgi klucz, mawiała często Dana do swoich pociech.
Maro zawsze uczył się dobrze, Ewcia poprawnie, a Jasio zadowalająco.
Wystarczało to, aby młodszy syn zdobył zasadnicze wykształcenie w zawodzie dziewiarza, starszy średnie w zawodzie leśnika, a córka ukończyła liceum ogólnokształcące.
Maro to nie wystarczało.
Chciał studiować na Uniwersytecie filologię, aby zdobyć podstawy do zawodu literata i publicysty.
Nie udało mu się dostać z powodu braku punktów i przemyśliwując, teraz, swoje pragnienia doszedł do wniosku, że takie uniwersyteckie przygotowanie niewiele mu właściwie da, a znając program nauczania mógłby, korzystając ze swojej dotychczasowej wiedzy, biblioteki uniwersyteckiej i od czasu do czasu wkręcając się „na waleta” na niektóre wykłady nauczyć się, wybiórczo, o wiele więcej niż niejeden student, bo bardzo chciał poznać tajniki dobrego pisania, redagowania i rozumienia.
Potem, pomyślał o studiach w kontekście wykonywanego zawodu, i dlatego, zdawał na Politechnikę na Wydział Włókienniczy.
Tutaj, też, poniósł fiasko z powodu pewnej fanki krawata i marynarki oraz czystych paznokci. Może i dobrze się stało gdyż tego typu inżynierowie szybko spadli w cenie po dziejowych zawirowaniach w kraju.
Myślał, także, poważnie o prawie jednak, gdy od kolegi, studenta drugiego roku prawa dowiedział się czego, i jak, ich tam uczą doszedł do wniosku, podobnego do zamysłu z filologią, że z prawa jest mu potrzebne tylko trochę praktycznej wiedzy, a nie cały program studiów, no i, nie chciał być ani sędzią, ani prokuratorem, ani adwokatem. Co do tych profesji miał swoje własne, niezbyt korzystne i miłe dla ich przedstawicieli, zdanie. Myślał o radcostwie w branży, w której akurat pracował, tyle tylko, że po pięcioletnim okresie nauki i aplikacji pensja podstawowa wyniosła by marne grosze, a on miał swoje plany i większe, niż ten zarobek, potrzeby.
Ostatecznie, został mu do przemyślenia problem, czy chce wrócić do dawnego wyuczonego zawodu i pójść na studia leśne, czy na studia ekonomiczne i robić zawodową karierę we włókiennictwie. Pod pojęciem zawodowa kariera rozumiał oczywiście swój awans na coraz to wyższe i bardziej intratne posady, do dyrektorskich włącznie. Zapędów karierowicza na stołki w Zjednoczeniu czy Ministerstwie nie miał z powodu „zarękawków”. Za to w fabrykach pracować chciał, głównie dlatego, że podlegali mu tutaj żywi ludzie, a rządzić, czyli dawać i zabierać oraz decydować za innych, Maro lubił, i chciał. Poza tym doskonale już wiedział, jak można sobie dorobić do pensji, a nawet kilkukrotnie ją przewyższyć, w zgodzie z prawem i przepisami, ale w niezgodzie z sumieniem, według niektórych. Sumienie Maro miał i rozumiał czego ono broni, tylko nie rozumiał, dlaczego, także ci niektórzy nie mówiąc o reszcie świata, każą mu robić coś, czego sami nie robią, bo są za głupi, boją się albo nie mają okazji.. Uważał, że są dwa sumienia, jedno jego osobiste i jedno społeczne. Jego społeczne miało wątpliwości, ale osobiste nie. I dlatego robił, co robił.
Ostatecznie, więc, o kierunku studiów przesądziło kilka powodów.
Po pierwsze, zakład Maro, w którym aktualnie pracował, miał przejść fuzję z innym i organizacja partyjna obiecała mu z tej okazji, jak dostanie się na studia, przejęcie funkcji kierowniczych w jednym z newralgicznych działów przedsiębiorstwa.
Po drugie, kiedy już zdecydował, że DUPĄ, czyli Dyplomowanym Urzędnikiem Państwowej Administracji nie będzie, tylko panem magistrem, zaczął się interesować osobami w jego firmie, które zdały egzamin na studia w roku ubiegłym lub przygotowują się do niego teraz. Swój egzamin wstępny miał mieć już za trzy tygodnie. Czasu na przygotowanie się pozostawało, więc, mało.
Okazało się, że są dwie studentki - „zbytniczki”, czyli pracownice Działu Zbytu, miłe, ładne, atrakcyjne i chętne mu pomóc w organizacji, materiałach i samej nauce. Chodziły na Ekonomikę Przemysłu, a nie Budownictwa czy Handlu, czy Socjologię. Pod ich wpływem i przedstawionego mu do zapoznania się programu nauczania poważnie pomyślał o tym, co i one, kierunku.
Po trzecie, budownictwa nie lubił, szczególnie nowomodnej i wszechobecnej wielkiej płyty, a z handlem miał już do czynienia chodząc onegdaj przez cały rok do pomaturalnej handlowej wieczorówki, której zresztą nie ukończył, bo trzeba by było jeszcze rok chodzić, a on miał wtedy inne plany. To, co się nauczył, łącznie z rachunkiem gospodarczym, mu wystarczało. Był tak zwanym „rodzynkiem” wśród prawie czterdziestu niewyżytych lub nie dopieszczanych samic. Namawiany, co rusz to przez inną, zimą na wagary w Pomarańczarni, wiosną i jesienią w ustronnych zakamarkach parku przy Księżym Młynie, a czasami w szkole tylko w jakiejś pustej klasie piętro wyżej, poznał wszystkie tajniki namawiania i przekonywania oraz handlowych negocjacji stosowanych przez płeć przeciwną. Przy okazji poznał też wiele nowych, atrakcyjnych form i metod współżycia seksualnego, z pierwszej ręki i ust, jak można by to określić poglądowo. Nie chciał doświadczać podobnego oblężenia na studiach, bo był już przecież żonaty i zamierzał wierności małżonce dotrzymać, tak jak przysięgał.
I tak to zdecydował się na Wydział Ekonomiczno Socjologiczny kierunek Ekonomika Przemysłu. Złożył papiery podpisane i zaakceptowane przez swój zakład pracy i rozpoczął intensywne przygotowania do egzaminu. Miał zdawać z matematyki, historii lub geografii oraz języka obcego.
Wybrał matematykę, z konieczności, geografię i język rosyjski.
Rosyjskiego wprawdzie nie znał, ale znał sposób, jak go zdać.
Matematykę kiedyś bardzo lubił i umiał, wybrał program stary, i według niego, jak mu „zbytniczki” doradziły, się przygotowywał. Uczył się w pracy i w domu. W tym czasie zajmował się zawodowo pracą w dziale zaopatrzenia, choć właściwie była to tylko synekura i przykrywka dla jego prawdziwej roboty – aktywisty młodzieżowego w randze zastępcy przewodniczącego organizacji zakładowej, czyli patronat nad około 800 młodymi ludżmi z, w sumie niewielkiej fabryki zatrudniającej łącznie około, 3000 pracowników.
Jakieś 300 metrów od tylnej bramy mieli basen i pokoje sportowe i tam chodził. Przed południem bywali tutaj tylko nieliczni etatowi sportowcy i działacze i, w zasadzie, miał święty spokój, a w razie problemów w firmie był jeszcze telefon i koleżanki, które wiedziały gdzie go szukać. W tychże basenowych kuluarach towarzyszyły mu zazwyczaj „zbytniczki” i razem wkuwali matmę, one do letniej sesji, on od egzaminu wstępnego. Kiedy głowy rozgrzewały im się od nadmiaru myślenia ściągali gatki i staniczki wskakując do zimnej wody niczym trójca zbratanych nudystów. W domu, z kolei, uczył się geografii fizycznej i gospodarczej. Materiał był bardzo obszerny, więc, robił sobie ściągi. Oczywiście nie po to, aby je zabrać ze sobą.
Maro tylko raz, co pamiętał, ściągał.
Było to chyba w czwartej klasie technikum.
Lekcję biologii, higieny i nauki o człowieku prowadził z nimi jeden z wychowawców w internacie, a to chyba tylko z tego powodu, że jego żona była szkolną higienistką i pielęgniarką. Maro oboje bardzo lubił, często bywał u nich w domu, zostawał z ich dziećmi kiedy jechali do kina lub na jakąś dorosłą balangę. Ale biologii nie cierpiał gdyż wychowawca uczył ich z podręcznika, dosłownie, i wymagał ścisłych definicji, określeń i uzasadnień. Nie tolerował żadnego odstępstwa od treści zamieszczonych w książce. Wiadomo dlaczego, po prostu nie znał się na temacie i nie chciało mu się douczyć.
Pewnego razu, pod koniec roku szkolnego, zarządził klasówkę o bardzo bezpiecznym temacie. multum pytań typu; ile mamy witamin, co daje nam witamina A, ile kości ma człowiek, co to jest żuchwa, itp. Pytania padały, trzeba było wpisać numer i odpowiedź, itd. Czasu na zastanawianie się prawie nie było. Maro, gdy stwierdził, że niewiele wie napisał wierszyk, coś w tym stylu:
- witaminy mamy dwie, A i E, witamina A siłę nam da, kości mamy wiele w całym naszym ciele, w żuchwie zęby ludzie mieją, które często ich boleją…..i tak dalej, używając wszystkie trudne słówka z pytań i klecąc je w częstochowskie rymy prawie bez sensu. Oczywiście dostał dwóję i za karę miał pisać drugą klasówkę pod bezpośrednim nadzorem wychowawcy. Dostał pytanie bardzo obszerne i łatwe do zakwestionowania poprawności i kompletności odpowiedzi przez nauczyciela, co wróżyło mu marne szanse:
- Czego nauczył mnie przedmiot Biologia i Higiena?
Wychowawca był tak pewny, że pogrążył chłopaka, że niewiele zwracał na niego uwagi, więc, Maro otworzył książkę na ostatniej stronie i zerkając tylko od czasu do czasu spod swoich przyciemnionych okularów napisał:
- Przedmiot Biologia i Higiena rozwinął moją wiedzę podstawową o człowieku i przyrodzie o następujące zagadnienia, i tu … przepisał dosłownie spis rozdziałów z książki.
Potem usiadł sobie wygodnie i drzemał.
Po dwóch godzinach wychowawca spytał go czy już skończył, a on z uśmiechem na twarzy odpowiedział, że już dawno. Po sprawdzeniu odpowiedzi sprawa nie oparła się o bufet, ale o pokój jego wychowawczyni. I pewnie marnie by skończył, gdyby akurat u profesorki nie był jej adorator z Warcina. Pan dyrektor wziął Maro w obronę i stwierdził tak:
- W zawodzie leśnika ważna jest nie tylko wiedza i praktyka, ale także umiejętność radzenia sobie z różnymi zaskakującymi trudnymi sprawami. W zasadzie na pytanie odpowiedział prawidłowo i wystarczająco i należy mu się ocena pozytywna, a jeśli zrobił to w sposób niekonwencjonalny to należy to potraktować jako zaradność życiową i tylko mu przyklasnąć.
Maro wiedział, że nie było to zbyt wychowawcze stwierdzenie, ale cieszył się, że zdał i, że obyło się bez większej afery.
Pozostał mu jednak zakorzeniony uraz do ściągania i wrodzony wstyd, gdy nie wiedział na lekcjach tego, co wiedzieć powinien.
Poza tym lubił się uczyć i odkrywanie nowych światów zawsze sprawiało mu przyjemność. Te karteczki z geografii miały go zmusić do syntetyki informacji, bez tak zwanej opisówki, czyli w języku uczniowskim „lania wody”.

………………………..

Apropo pytania jednego z czytelników: Maro dostał się na studia zaoczne, co opisane jest w innych rozdziałach, i ukończył je z tytułem magistra równo w 12 lat po zdaniu matury….


niedziela, 12 lutego 2012, 03:24
Zobacz profil WWW

Dołączył(a): sobota, 2 października 2010, 01:58
Posty: 31
Cytuj
Na prośbę kolegów załączam jeszcze kilka fragmentów powieści, dotyczących równoległych z realnym, wątkami fantasy.
Występujące w nim postaci główne, Aaro i Aro, to alter ega bohatera z realu - Maro, i choć przygody jakie ich spotykają są innego tematu, źródła i pochodzenia to wnikliwy czytelnik bez problemów powinien odnaleźć analogie tych sytuacji i uzmysłowić sobie różnice pomiędzy białym dobrem, czarnym złem i odcieniami życiowych szarości.
Mam nadzieję, że wybrane przeze mnie fragmenty, chociaż nie wyjaśniają wcale zamierzonej intrygi, pozwolą zorientować się czytelnikom w fabularnych wątkach powieści i być może zachęcić, w przyszłości, do przeczytania całości.



***


Narastał syk i pomruk dobywający się z gardzieli przeciwników.

Biały i czarny stali naprzeciw siebie i gotowali się do ostatecznej rozgrywki, która wydawała się być nieuniknioną.
Na wschodzie niebo leciutko pojaśniało, cieniutki pasek brzasku zarysował się za koronami drzew, i zanucił swój song delikatną nutką pierwszy powiew porannego wiatru.
Budził się nowy dzień.
Wszystko to, co działo się w ciszy u wrót kasztelu Kniazia, wydawało się nierealne i nieprawdziwe, jak koszmarny sen. Sen na jawie. Sen, który szczeżnie i zgaśnie w blaskach niedalekiego już świtu.
Mogło wydawać się tak, ale tak nie było.
- Ssssssssssssssssssss…!!!
- Aaaauuuuuuuuuuuu…!!! - rozerwało obojętną na wydarzenia ciszę.
Topór i miecz zawirowały w powietrzu.
Zamigotały fioletem, czerwienią, zielenią i złotem iskry sypiące się ze stali uderzających o siebie ostrzy.
Szczęk i zgrzyt zderzających się brzeszczotów rozdarły powietrze.
Kniaż ciął toporem po łuku wirując dookoła swej osi, jak dziecinna zabawka bąkiem zwana. Aro parował ciosy. Kniaż tańczył bosymi stopami okrążając postać mnicha raz z lewa, raz z prawa, Aro stał w miejscu, jak kamienny totem na Stonehenge i płasko układając klingę miecza próbował zahaczyć brzeszczot topora, by ściągnąć przeciwnika ku sztyletowi, jak zwykle ukrytemu w rękawie.
Po pierwszym wybuchu szału oboje walczyli w milczeniu.
Dźwięk odbijanej stali i syk przecinających powietrze ostrzy mówiły same za siebie – to nie był bezkrwawy turniej na zamku króla, to nie był trening w rycerskiej szkole – to był pojedynek dwojga bezkompromisowych i wytrawnych wojowników, pojedynek na śmierć, bez zbędnych słów, bez cienia współczucia, litości i zrozumienia dla niepowtarzalności i wartości daru, jakim jest życie.
Kniaż nie miał na sobie zbroi.
Wiedział, że wystarczy jeden celny cios miecza Aro, aby przeciąć go w pół, wiedział o ukrytym w rękawie sztylecie, a ze starych ksiąg podarowanych mu przez Magów znał prawdę o jeszcze jednej broni Diabelskiego Pomiota, o broni będącej nierozłączną częścią tej piekielnej bestii, o wlokącym się za nim kilkumetrowym ogonie dysponującym ogromną siłą i szybkością oraz zaopatrzonym na końcu w trujący jadem kolec.
Czerwone ślepia potwora migotały złośliwie obserwując uważnie, ale bez strachu, swojego, prawie o metr niższego przeciwnika.
Aro wydawał się niepokonany i całkowicie pewny swojego zwycięstwa.
Trwał, jak opoka, w jednym miejscu i z uwagą, i doskonałym wyczuciem, z precyzją fechmistrza i niedoścignionego znawcy parowań, uników i cięć czekał na swoją chwilę prawdy. Stwór poruszał delikatnie ogonem na boki, w górę i w dół, rozkoszując się myślą, co poczuje, Kniaż, gdy nagle zobaczy przed sobą, ostry i plujący jadem, jego złoty kolec.
To miała być niespodzianka, taka fascynująca i nieprzewidywalna niespodzianka, jakich mnóstwo w okrutnych baśniach braci Grimm.
Nagle Maro zawirował w odwrotnym kierunku i przykucnąwszy nieco ciął końcem ostrza po zesztywniałej od wilgoci i chłodu szacie mnicha.
Jego topór ze świstem przeciął powietrze i tkaninę, która opadając w dół odsłoniła niezwykle krzywe i owłosione kończyny wielkoluda.
Ten, wykorzystując nagłe zbliżenie przeciwnika i jego niekorzystne pochylenie, zrobił szybko krok do przodu, mgnieniem śmignął w powietrzu jego śmiercionośny rozpalony miecz, ale, w tejże chwili, Aro zaplątując się w odcięty pas habitu, stracił równowagę.
Jaszczurczy syk wściekłości i bojowy zew basiora zlały się w jedno brzmienie orkiestry szaleńców.
Zieleń szarych oczu wilka wpiła się w pochylone nad nim karminowe ślepia smoka.
Ostrze bojowego topora człowieka jakimś czarodziejskim sposobem zmieniło kąt nachylenia i uniosło się ku górze.

W tym samym ułamku sekundy rozbudzonej przedwcześnie skowronek rozpoczął swoją poranną serenadę.
Nad koronami drzew pokazała się druga, nieco szersza kreseczka brzasku, a opary zielonkawej mgły uniosły się ku górze otulając walczących wojowników czarodziejskim całunem niedokończonej legendy.
Zagrzmiało, a wiatr i strugi prawie tropikalnego deszczu uderzyły w palisadę i zabębniły marszem o gonty kryjące dachy kasztelu Kniazia Maro.
Podwójna błyskawica rozdarła budzący się blask dnia.

I wtedy zamilkł w pół taktu śpiew ptaka.





***

Poznali się w dniu, gdy podglądali smoczo-czarcie zaloty i ich tragiczny finał.
Kiedy Ro oddaliła się w kierunku skał, zielarka wybiegła sprawdzić, czy ubita przed chwilą przez smoczą samicę leśna bestia, jeszcze dycha.
Z dłoni ściągnęła jej niewielki pierścień z zielonym kamieniem i schowała do kieszonki ukrytej w fałdach spódnicy.
Następnie rzuciła się do sakwy i wysypała pozostałą w niej zawartość na zgniecioną trawę.
Posypały się złote i srebrne monety, krzesiwo, lina, kłąb sznura, krótki kordzik, całkiem nowe skórzane ciżmy wielkiego rozmiaru, zgrzebne czyste gacie i koszula, kilka pięknie wyprawionych skór borsuczych i spora ilość zapasowych grotów do strzał.
Kilka monet zniknęło w kieszonce, ale całą resztę dobytku szybko upychała na powrót w sakwie.
Klęczała odwrócona tyłem do jeziora i nie zauważyła, ani nie usłyszała nic, aż do momentu, gdy czyjaś twarda i mokra dłoń nie zawarła jej ust.
Krzyk przerażenia zamarł w niej, jeszcze we wnętrzu krtani, gdy na szyi poczuła ostrze. Znieruchomiała, puściły zwieracze i posikała się po nogach.
- Masz być cicho i nie uciekać – powiedział miły baryton. – Nie bój się, bo nie chcę ci zrobić krzywdy.
Ucisk na jej usta i szyję zelżał, a napastnik odsunął się od niej nieco.
Zaczęła płakać, tym razem bardziej ze wstydu niż strachu, i nadal klęcząc na ziemi kurczowo przyciskając do siebie, wydawałoby się, dopiero co zdobyty, majątek.
- To moje – powiedziała żałośnie pochlipując. – Ja byłam pierwsza.
- Nie! Podzielimy się równo albo …wcale. – odpowiedział jej głos zza pleców.
Uspokoiła się. Wiedziała, że gdyby chciał, mógłby ją pobić lub zabić i zabrać wszystko. Powoli odwróciła głowę.
Naprzeciwko niej stał wysoki i chudy jak patyk młodzian ubrany w szarą koszulę z długimi rękawami i pumpiaste portki do kolan przewiązane konopnym sznurem. Jasne i bardzo długie włosy skrywał szmaciany kapelusz. W jednym ręku trzymał, niczym pałkę, niewielkie drewniane wiosło, w drugim mały nożyk z szerokim ostrzem.
Twarz bez zarostu, zielone wesołe oczy, białe zęby lśniące pod lekko rozwartymi w uśmiechu wargami, kartoflanego kształtu nos, nadawały mu wygląd podchmielonego leśnego bożka, świetnie się bawiącego właśnie zrobionym komuś dowcipem.
- Kim jesteś? – zapytała.
- Jestem Rybak, ale nie mam jeszcze prawdziwego imienia. Dostanę je dopiero, jak złapię rybę, co najmniej tak długą, jak moja łódka – odparł.
– A ty?
- To tak, jak ja. Teraz jestem tylko Zielarką, ale gdy sporządzę swój własny napar skuteczny na jakąś chorobę, to wiedźmy obiecały mi dać dobre imię. Taki jest u nas zwyczaj.
- Widziałaś wszystko?
- Od pierwszej chwili – odpowiedziała. – I strasznie się bałam, że smoczyca mnie wyczuje.
- To jesteśmy podobni, bo ja wylazłem z łódki i ukryłem się w trzcinach, ale ciebie się nie boję – zażartował.
Popatrzyła na zadowolonego z siebie chłopaka i odwzajemniła uśmiech. Podniosła się i strzepnęła mokrą od deszczu i uryny spódnicę. Z niejakim zażenowaniem podniosła wzrok, ale w jego oczach nie było ani kpiny, ani złośliwości. Schował nożyk i pochylił się nad zwłokami czarta.
Kałuża zakrzepłej krwi barwiła trawę. Nikt nie przeżyłby takiej jej utraty. Nie było sensu nic robić.
- Nie będziemy go grzebać. Niech wilka wilki zjedzą. – powiedział cicho i odgiąwszy paluchy bestii zabrał jej topór.
Odwrócił się i skrupulatnie zaczął przeczesywać końcówką wiosła skołtunione trawy. Stuknęło. Znalazł łuk i kołczan. Zarzucił je na plecy. Za pasek zatknął wiosło.
Tymczasem Zielarka schyliła się i podniosła pustą butlę po winie. Schowała ją do sakwy. Kiedy do niej podszedł z wyciągniętą ręką przycisnęła worek do piersi.
- Nie dam! – powiedziała zdecydowanie.
- Ja nie o to. Daj rękę i chodźmy stąd. Podprowadzę cię trzcinami do łodzi i odpłyniemy jak najszybciej, bo smok może wrócić po łupy, jak dojdzie do siebie. Podzielimy się później.
Po chwili, cali wypłukani, mokrzy i pachnący świeżym tatarakiem znaleźli się w łódce, która szybko oddalała się ku drugiemu krańcowi jeziora.
Całą drogę Rybak przyglądał się uważnie swojej towarzyszce.
Smagłolica, z pełnymi czerwonymi ustami, lekko odętymi i kuszącymi pocałunkiem, o łagodnych brązowo-złotych oczach łani, z warkoczem czarnych włosów przewiązanych zieloną wstążeczką, w szarozielonej spódnicy i w tym samym kolorze wdzianku bez rękawów skrywającym okrągłości niewielkich piersi, lekka i wiotka niczym młoda brzózka, wyglądała jak zagubiona w świecie ludzi elfina. Brakowało tylko skrzydełek, ale kto wie, może i bez nich umiała latać, jak to młodym czarownicom się czasem zdarza.
Nie wiedział, bo niby skąd, że była od niego o sześć lat starsza.
A nawet gdyby wiedział, to i tak nie robiłoby mu to różnicy.
Była ładna, zgrabna, powabna, miła - i podobała mu się.
Przybyli wreszcie do maleńkiej zatoczki i zacumowali pod pochyloną olchą, z której zwisała sznurowa drabinka. Było już dobre południe.
- Chodź za mną, tylko ostrożnie – powiedział i zaczął się wspinać.
Stanęła na dnie łodzi i poczuła słabość w nogach, od niewygodnej pozycji na ławeczce i od ostatnich wrażeń.
Odwrócił się i zobaczywszy jej minę powiedział:
– Poczekaj tu chwilkę.
Zaszeleściło w gałęziach olchy i Rybak zniknął.
Po dobrej minucie wrócił, ale już bez broni. Z ufnością podała mu sakwę i objęła rękoma za szyję sadowiąc się na jego plecach. Teraz już z prześmiechami i pojednaniem, przytuleni do siebie wspinali się, najpierw na drzewo, potem z drzewa na dół.
Zmęczeni upadli u jego stóp na pościel z trawy, nadal objęci ramionami, i tak przytuleni usnęli nie wiedząc, jak i kiedy.

Obudził ich chłód wieczoru i wilgoć rosy.
Wtulili się w siebie jeszcze mocniej i rozbudzone zmysły młodych ciał porwały ich do lubieżnych i swawolnych gestów. Dotykali wzajemnie swoich ust, oczu, nosów i uszu, gładzili twarze, włosy zaplątywali na palce, pocałunki rozdzielali w miarę równo, usta, oczy, szyja, dłonie, karczek, nosek, delikatne dotknięcia i posuwista pieszczota po plecach, ramionach, wreszcie udach, brzuchach, pupach. Nie wiedzieć kiedy, mimo zimna ciągnącego od wody, pogubili gdzieś swoje ciuszki i teraz turlali się po ziemi, a sama matka natura uczyła ich, jak odnajdywać, najwrażliwsze na pieszczotę, zakamarki swoich ciał.
Oboje, jeszcze niewinni, szybko spełnili się w tym miłosnym tańcu.
Nie było to tak, że ruszyła się pod nimi ziemia, ale było bardzo przyjemne. Wiedzieli, z opowiadań starszych, że prawdziwa przyjemność, rozkosz i orgazm też kiedyś będzie i ich udziałem, że czas i praktyka, głębokie wzajemne uczucie miłości, przyjaźni, zaufania pozwoli im odnaleźć w sobie to coś, co z ich ust wydobędzie krzyk ostatecznego spełnienia.
- Zostaniesz ze mną, moja Zielarko? – zapytał
- Zostanę dzisiaj i jutro – odpowiedziała. – A później będę się z tobą często spotykać, aż do ukończenia mojej szkoły. Co będzie dalej zdecydujemy, gdy będę już miała imię. I ty też. Teraz chcę jeść, kochać się z tobą, i znowu jeść.

Od tamtych, pierwszych pocałunków, pieszczot i obietnic, minęło wiele księżyców.
Teraz już wiedzieli o sobie wiele więcej, poznali dogłębnie swoje ciała, zmysły, potrzeby i pragnienia. Uczuciami, zdobytą wiedzą, drobnymi darami natury i zdobytym majątkiem dzielili się po równo.
Ufali sobie i głęboko wierzyli w swoją miłość.
Niewiele rozmawiali o przyszłości, ale czuli, że przeznaczenie połączyło ich ze sobą nie po to, by ich rozdzielić. Czekali po prostu na swój dobry czas, na stały związek.
Zdobyte łupy zakopali pod podłogą rybaczówki, a oręż dobrze ukryli w wydrążonym pniu starej lipy. Skóry służyły im za pościel.
Wielkie skórznie leśnego rozbójnika rybak wymienił w wiosce na płachtę zgrzebnego, farbowanego na zielono, płótna i zielarka uszyła sobie z niego nową sukienkę, do której, w te dni, gdy przybiegała do swego lubego, zakładała na paluszek pierścionek z zielonym kamieniem.
Wcale nie był za duży, wydawało się, że dopasowywał się do jej rozmiaru, bo kiedy zakładała go na inne paluszki, też nigdy się nie zsuwał.

Deszcz powoli przechodził w mżawkę i zamiast bębnić szemrał teraz na zewnątrz przewróconej łodzi.
Zielarka przeciągnęła się rozkosznie, westchnęła i powiedziała wesoło:
- Za kilka dni mam egzamin i dostanę imię. Bardzo bym chciała żeby Ci się spodobało.
- Dla mnie będziesz zawsze moją Zielarką, ale może dadzą ci na imię Trzcinka, będzie pasowało do rybaka – uśmiechnął się do niej.
- A ciebie pewnie nazwą Piratem – odwzajemniła uśmiech, – bo z rybaka niewiele już zostało, chyba tylko ta łódka i wiosło.
Chwycili się za ręce mocując radośnie, gdy nagle, w mroku ich schowanka, błysnął ostrą zielenią kamień pierścionka i zaczął migotać. Zastygli w bezruchu i nadstawili czujnie uszu. Rybak wymacał topór i ostrożnie uniósł burtę łodzi. Wyjrzał na zewnątrz, a po chwili wyczołgał się na piasek plaży.
Niebo było szare, mżawka rozmazywała kształty okolicznych drzew i odległy brzeg, na którym rozbiegały się, nadal duże i spienione, grzywacze. Na wodzie nie widział żadnych łodzi, pni czy wodnych stworów. Na brzegu też nic. Zielarka wyczołgała się za nim.
Pierścień nadal lśnił i migotał rozświetlając teren na kilka metrów, jak kierunkowa latarka. W świetle tym czujne i bystre oczka Zielarki dojrzały coś nietypowego dla ich krainy.
Na plaży leżało sobie jajo.
Jajo jak jajo, ale za to bardzo duże, po lekkim uderzeniu bryzy potoczyło się powoli w jej kierunku.
Powoli i rytmicznie pulsowała jego skorupa, dokładnie, jak zauważyła, w rytm błysków pierścionka.
Patrzyła zafascynowana tym ruchem i zaciekawiona wyciągnęła ku niemu rękę.
Było ciepłe i takie mięciutkie, aksamitne i żywe.
Wzięła je w obie stulone dłonie i przytuliła, jak małe dzieciątko, do piersi.
Jajo jakby przylgnęło do niej i wtedy pierścionek przestał migotać. Poczuła je, tak jak zawsze czuła w sobie penisa swojego kochanka, tak w środku, dogłębnie, mocno, jakby należał do niej i był złączony naturalnie z jej ciałem, taki jej i taki dopasowany.
Pomyślała:
– O matko naturo, czy to możliwe? Czy to jajo jest moje? Czy ono jest dla mnie? Co mam z nim zrobić?
Deszcz ustał i na niebie pokazała się tęcza.



------------------------------------



Przekaz c Centralnego UFO krążącego w Układzie Słonecznym dotarł do rejonów Trzeciej Galaktyki, a od jej granicy już prosto na Vegę.
Dyżurna Anielica zaniosła wydruki do swojej Pani.
Na pierwszym zdjęciu widać było dwie istoty ludzkie pochylone nad czymś leżącym na ziemi,
na drugim jedna z nich trzymała w ramionach seledynowe owalne Coś.

Pani Świata uśmiechnęła się z zadowoleniem.
Położyła wydruk płasko na pustym już kieliszku Martini.
Wskazała go palcem dyżurnej kierując wzrok ku barkowi na kółkach.
Białe fertyczne stworzenie ukłoniło się i wzięło do ręki shaker.
Wlało tam trochę wina z butelki Martini Rosato i wstrząsnęło kilkukrotnie.
Następnie przelało ostrożnie drinka do kieliszka i nie dekorując zaniosło na stolik stojący przy fotelu swojej pani.
Korzenny bukiet ponad stuletniego trunku, z najlepszych winnic kraju ludzkich papieży planety zwanej Ziemia, uderzył w nozdrza bogini.
Z namaszczeniem dotknęła szyjki pucharka.
Popatrzyła wymownie na Anielicę i ta cichutko uleciała.
Wtedy Pani Świata przycięła nożykiem wyjęte z puzderka Made in Cuba grube hawańskie cygaro
i pstryknęła złotą zapalniczką.
Po chwili aromat dymu zmieszał się z aromatem trunku.
Pani Świata poczuła się bosko, zupełnie tak, jak kiedyś, w dobrych czasach, czuł się jej boski brat i małżonek zarazem.
Unosząc kieliszek wyszeptała:
- Twoje zdrowie, … Panie Boże.



***


Rodzice jeszcze raz sprawdzili sprzęt i jego zamocowanie na sankach.
Na samej górze, na rozpostartej skórze wskazali miejsce dla swojego dziecięcia. Ale to obruszyło się, zamachało w gwałtownym proteście łapami i wysykało:
- Ssss. Aaro sss iść, sss jak sss smęczyć sss to sss jechać.
Ruszyli, więc, pomiędzy drzewa, w południowym kierunku, dobrze znaną im ścieżynką. Na śniegu pozostały za nimi ślady rakiet i paski płóz, które pomału nikły w dali, w blasku słońca i cieniach drzew.
Do starego traktu, którym przybyli w te okolice, mieli pół dnia drogi latem,
a zimą zapewne dobre dwa dni w jedną stronę, bo i trudniej, i dzień o połowę krótszy. Ale do krętej i bystrej rzeki, wydeptaną ścieżką, nie dalej jak godzinę forsownego marszu. Szli, więc równo, szybko i w ciszy.
Las też był jakby zamyślony i milczał.
Tylko na niebie rodzina kruków, dopingując się przy polowaniu, wydawała niemiłe dla ich uszu krakania.
Brono prowadził ciągnąc sanki, za nim dreptał Aaro, a pochód zamykała Anta z łukiem i kołczanem na plecach. Wszyscy dokładnie obserwowali ścieżkę, otoczenie, nasłuchiwali i wciągali w nosy mroźne powietrze, poszukując, charakterystycznych dla niebezpieczeństwa, zapachów.
Do rzeki dotarli bez przeszkód.
Gdyby nie kępy wystających spod śniegu łozin oraz gładź na tafli zamarzniętej wody, niedoświadczony podróżnik zapewne nie zorientowałby się nawet, że są już na miejscu.
Zdjętymi z nóg rakietami rozgarnęli szeroko śnieg kilka metrów od brzegu.
Brono wyciągnął z worka dziwnie poskręcany kawałek metalu osadzony na krótkim drążku. Przez specjalny otwór w rękojeści wcisnął drugi, poprzeczny, kołek. Wbił z całej siły ostrze w lód i zakręcił tym prostym urządzeniem.
Świder z oporem i skrzypieniem wkręcił się w zmarzlinę.
Tym samym sposobem wykręcił jeszcze, wokół centralnego otworu, jeszcze kilka dziur, połączył je wszystkie ze sobą precyzyjnymi uderzeniami topora, a potem zapierając się, wspólnymi siłami, wyciągnęli krąg lodu na powierzchnię. Ukazała się tafla wody o średnicy łokcia.
Na hak z linką założony został kawałek mięsa i wrzucony do wody. Linkę przeciągnęli przez śnieg i umocowali do sporego drzewka. Nie czekali długo. Linka gwałtownie napięła się i szybko zaczęła rozwijać niknąc w przerębli. Brono podbiegł, przytrzymał i z wyczuciem pociągnął ją ku sobie. Sapnął zadowolony, gdy na lód wyskoczył dorodny szczupak.
Kiedy szczupaków i okoni było już kilkanaście znudzona Anta zdjęła z pleców łuk i, ostrożnie badając nogami podłoże, ruszyła w kierunku niedalekiego zakola.
Aaro dreptał za nią.
Nagle matka zatrzymała się, dając mu znak okutaną w rękawicę ręką, by był cicho.
Na granicy rzeki i lasu Aaro wypatrzył sarenkę. Ozdobioną niewielkimi parostkami głowę miała skierowaną w kierunku drugiego brzegu, i wyczekiwała.
Anta ściągnęła zębami rękawicę i sięgnęła za głowę do kołczanu. Założyła strzałę z grotem z brązu i oksydowanym bełtem. Wygięła się do tyłu naprężając łuk i unosząc go nieco do góry. Aaro patrzył na nią zdumiony, bo wcale nie celowała do widocznej, jak na dłoni sarny.
Już chciał coś powiedzieć, gdy świsnęła wypuszczona posłanka śmierci. Rozległ się ryk bólu trafionego zwierzęcia, zaraz potem trzask łamanych gałęzi i z wysokiej skarpy drugiego brzegu rzeki, z ciężkim łomotem i zgrzytem pękającego lodu, spadł ogromny jeleń. Huk pękającego lodu był niesamowity, miało się wrażenie, że to grom pioruna uderzył obok nich.
Sarenka zniknęła bezszelestnie i po chwili cisza zapanowała wokół, jak przed chwilą. Bron podbiegł do nich i, mimo uśmiechu, z dezaprobatą pokręcił głową.
- Za duży dla nas na tę powrotną drogę – skomentował. - I jak my go, do czorta, wyciągniemy z tej lodowej breji? – dodał.
Anta popatrzyła na niego wymownie i z nagłą wściekłością, ale za jej plecami rozległ się niespodziewanie, jedyny, głosik zadowolenia:
- Sssmiesnko…… Aaro sss pomose….
Para rodziców popatrzyła na siebie i oboje ryknęli, w tej ciężkiej ciszy właśnie tak to zabrzmiało, gromkim i niepohamowanym śmiechem.
Wrócili do przerębli, zapakowali ryby i sprzęt na sanie i ruszyli, po nienaruszonej upadkiem zwierzęcia stronie rzeki, w kierunku zakola.
Kiedy dotarli na miejsce Brono wyciął dwa sporawe drzewka i kilka krótkich żerdek. Powiązał to wszystko dokładnie nadając tej prostej konstrukcji kształt długiej drabiny.
Jeden jej koniec przywiązał liną do drzewa na brzegu i ostrożnie zaczął posuwać się, popychając przed sobą tę tratewkę, w kierunku jelenia. Końce drabiny podłożył pod szyję martwego byka i przywiązał je do ogromnego poroża. Potem przekręcił jelenia w wodzie na bok i zarzucił mu pętlę na przednie nogi, przywiązując także do drabiny.
Cofnął się ostrożnie z popękanej tafli.
Prawie udało mu się samemu wyciągnąć go na lód, ale, w ostatecznym efekcie, nie dał rady.
Pokiwał po pomoc do rodzinki, obserwującej go z sanek i pogryzającej podpłomyki.
Po dobrej godzinie jeleń leżał sztywno u ich stóp. Naprawdę był wielki. Mógł ważyć dobre sześćset kilo. Poroże rozciągało się na boki na szerokość czterech łokci i każda odnoga miała po jedenaście ostro zakończonych wypustek.
Strzała utkwiła prosto w sercu, ale złamała się podczas wyciągania zwierzęcia spod kry.
Od miejsca jego obecnego spoczynku, w kierunku dziury w lodzie, rozciągała się szeroka smuga krwi.
Brono popatrzył w tym kierunku i włosy zjeżyły mu się pod czapą, a serce zaczęło walić, jak młotem. Spomiędzy chaszczy, odbite w schylającym się ku drzemce słońcu, wpatrywało się w niego kilka żółto zielonych par ślepi.
Bez słowa wyciągnął rękę w tamtym kierunku.
Ale Anta już zakładała strzałę na cięciwę.
Bzyknęło i po dwóch sekundach rozległ się płaczliwy skowyt.
Jeszcze nie przebrzmiał, gdy znowu bzyknęło. Druga strzała też dosięgła celu, co było i słychać, i widać. Ze skarpy stoczył się, w miejsce dopiero co zwolnione przez byka, stalowo szary cień. Wyglądał na ogromnego wilka, ale coś w jego wyglądzie nie dawało Brono spokoju. Wpatrywał się długo w tonący kształt, by wreszcie wychrypieć:
- No tak. Mamy świetne towarzystwo. To orki lub trolle przebrane w skóry leśnych bojowników. A najpewniej ludzie. Zbierajmy się stąd, a hyżo! – teraz już wrzasnął ogarnięty strachem, nie o swój los, ale o rodzinę.
Oczy podglądaczy jednak zniknęły.
Zapewne planowano pośpieszny atak albo okrążenie, a być może łowcy, niewidoczni w chaszczach, czekali nocy.


Tymczasem oni byli teraz na otwartym terenie, do domu daleko, poza tym schronili się w tych leśnych ostępach właśnie przed ludźmi.
Anta jednak, spokojnie i bez emocji, powiedziała:
- Pomyśl. Uspokój się i pomyśl. Jeśli zostawimy tego jelenia zabiorą go, zjedzą, nabiorą sił, a potem i tak pójdą po naszych śladach. Na śnieżycę się nie zanosi. Nie może być ich zbyt wielu, gdyż wtedy zaatakowaliby nas z marszu. Zostawmy im łeb, ogon i racice, niech właśnie się wściekną. Wtedy pójdą za nami natychmiast i nie powiadomią o nas nikogo innego, by być w większej liczbie, gdy nas dopadną.
Zastawimy pułapkę i wybijemy sukinsynów. Do nogi! – dodała, groźnie marszcząc brwi.
W sumie miała rację – walka i tak nie mogła ich ominąć.
Odrąbane trofeum z głowy jelenia zostało zapakowane na plecy Aaro. Wyglądał śmiesznie. Resztą ekwipunku podzielili się tak, by Anta miała, nieskrepowaną nadmiernie, możliwość strzelania.
Byk został rozcięty i na śnieg wypłynęły wnętrzności. Brono pracował szybko pozostawiając uwagę na przeciwników żonie i synowi.
Najlepsze kawały mięsa zostały precyzyjnie wycięte i załadowane na sanie. Wątrobę i serce zjedli na surowo, prawie w biegu.
Nie tylko Aaro, aż, bekał z przejedzenia.
Na lodzie zostały faktycznie tylko nędzne resztki, bo to, co nadawało się jeszcze do jedzenia dowlekli do przerębli od ryb i potopili. Kilka niewielkich kawałków soczystego mięsa Anta rozrzuciła na boki, nacierając wcześniej jakimś sokiem z maleńkiej buteleczki, wiedząc, że nieco to opóźni pościg, gdy ścigający będą, co jakiś czas, musieli przykucać w krzakach z powodu obstrukcji.
Kiedy wreszcie ruszyli ciągnąc z wysiłkiem przeładowane sanie, na niebie pokazał się cienki sierp księżyca.
Nie uszli jednak daleko, gdyż w poprzek ich ścieżki pojawił się ogromny zwalony świerk.
Brono jęknął.
Zrozumiał w jednej chwili, że już niedługo czeka ich śmiertelna i nierówna walka.
Dociągnęli sanie do drzewa, wycięli kilka gałęzi i schronili się w wygrzebanym naprędce dole. Boki umocnili ubitym śniegiem, i za tym prymitywnym szańcem oczekiwali przeciwników. Było coraz zimniej. Przytulili się do siebie i czekali.
Ale nic się nie działo, tylko znad rzeki dochodziły ich jakieś dziwne odgłosy, ni to krzyków, ni jęków, ni charkotów.
Nad ranem, wymarznięci i zmęczeni, przysnęli.
Kiedy Anta otworzyła oczy śnieg błyszczał się złowrogo w świetle blednących gwiazd i księżyca. Brono pół leżał obejmując stylisko topora. Obok ze śniegu sterczał wbity miecz, gotowy do użycia. Pachniało nocą, żywicą ze świerkowych igieł, ciszą i beznadzieją. Drgnęła nerwowo, gdy nagle uświadomiła sobie, że w dole nie ma jej dziecka.
Krzyknęła boleśnie, a wybudzony nagle ze snu jej mężczyzna zerwał się gwałtownie na nogi młócąc dookoła toporem.
Wstrzymała go i pokazała pusty dołek odciśnięty w jamie przez Aaro.
Nagle w ciszy przed nimi, w kierunku rzeki, rozległo się konfidencjonalne syknięcie i pojawił się mały pełznący kształt. Przeturlał się przez drzewo i zasyczał:
- Sss baldzo sss smacne sss bylo sss smiesnko…. Sss nie sss ma sss jus sss wilków…….

Gdy zblakły gwiazdy wzięli pochodnie, broń i odciążeni od pozostawionych na saniach bagaży, ruszyli z powrotem w kierunku rzeki. Na brzegu, przy przerębli, poukładane, jak wcześniej złowione przez nich ryby, leżały w kałużach czerwono czarnej posoki, ciała.
Równo szesnaście.
Każdy z trupów miał przegryzione gardło. Spod czap zrobionych z wilczych łbów spoglądały w niebo martwe oczy ludzi. Twarze mieli szare, wychudzone i przerażone. Obok walała się broń, miecze, toporki, maczugi, puste sakwy i mnóstwo ludzkich odchodów.
- To jednak byli bandyci, a nie myśliwi - skonstatował w myślach Brono, albowiem nie było porzuconego ani jednego łuku czy oszczepu, a wyłącznie sieczny, kolny i miażdżący oręż zabójców, rabusi i gwałcicieli.
Mały potworek, ich ukochany synek, patrząc na pobojowisko wydał swój czarcio smoczy głosik niewiniątka:
- Sss smacne sss smiesnko…..
Ale tym razem nikt z nich się nie śmiał.

Kiedy dzień się wydłużył i w koronach niebotycznych smerków powiał cieplejszy wiatr, a śnieg zaczął pomału znikać i zrobił się lepki, zapakowali cały swój dobytek na kuce i ruszyli w kierunku traktu.
Po całym dniu wyczerpującego marszu dotarli do brodu na Wisłoku.
Lód ścielił się gładką taflą od brzegu do brzegu. Wyglądał na bardzo wytrzymały. Pierwszy ruszył Bron z jednym koniem, potem przejechała Anta ze swoim nowym Herkulesem w ramionach, na końcu zawołali karne kuce. Na nowym brzegu rozbili mały obóz, by skoro świt ruszyć dalej, w kierunku Bieszczadlandu.
Gdyby pogoda im sprzyjała i mróz jeszcze przez kilkanaście dni trzymał ziemię w całości i nie było roztopów, mieli szansę dotrzeć bez problemów do źródeł Sanu, celu swojej drogi.


***


---------------------------------------------



Krainę Eneket wymyślił dla quasi świata Władca Piekieł w tym celu,
by stworzyć jakoby ogromny rezerwat przyrody i park narodowy jednocześnie.
Byłaby przez to mniej dostępna powszechnie, aby mógł tam sobie spokojnie eksperymentować na żywych organizmach i manipulować ich losami, aby bez problemu można tam było ukryć przed anielskimi szpiegami Mennicę Dusz Duo, aby wreszcie i on sam mógł mieć przyjemność z przebywania tam, zabawy, i co najważniejsze,
aby umieścić tam furtkę do świata Realu.
Łączna powierzchnia tej ostoi była dokładną kopią jej odpowiednika
w Realu i wynosiła 322 575 km kw., co po dodaniu wszystkich cyfr do siebie, także tych
z sumy otrzymanego wyniku dawało ulubioną jego cyfrę, czyli 6 – wiadomo,

666

trzy szóstki razem lub ich odwrotność, trzy dziewiątki, a nawet „fff” czy”iii” [potrojona szósta lub dziewiąta litera alfabetu] to magiczne liczby Pana Piekieł zwane czasami Liczbą Bestii.
Był to niesamowicie sprytnie przemyślany podpis nowego właściciela tych ziem, bo ludzie żyli tutaj, ludzie spoza bywali tutaj, ale rządził tylko On.
Chyba?


-------------------------------------------



***



W Quasi świecie w latach 1946-1963 nastąpiły pewne istotne zmiany.

Jeżeli chodzi o granice wpływów politycznych i ekonomicznych to wszystko pozostało po staremu, gdyż Najwyższy Władca Tego Świata, szara, nikomu osobiście nieznana eminencja, niczym Fantomas pojawiał się i znikał, zabraniając ekspansji i wojen oraz wydając stosowne dekrety w tym względzie swoim zausznikom i przedstawicielom.

W Unii Krajów Rzeczypospolitej, po śmierci 80-letniega Prezydenta Świerczewskiego, na stanowisko Wodza i Przewodnika Narodu powołano Pana Bierkowa czworga imion Wojciech, Iwan, Moshe, Abdul Bari.
Każde z imion honorowało osobno grupę narodów polskich, rosyjskich, Żydów i muzułmanów, przy czym ostatni człon Abdul Bari miał specyficzne znaczenie. Z arabskiego imię to znaczyło dosłownie - Sługa Stwarzającego, i jego zadaniem było przypominanie właścicielowi imienia, kto jest jego Prawdziwym Panem.
Ponieważ władcy poszczególnych rejonów Quasi świata mieli tworzyć Rodzinę, ten dodatek dostawał każdy z nich.
Najśmieszniej wyglądał on przy imieniu aktualnie panującego Papieża. Antenateusz Pierwszy Abdul Bari, co mogło oznaczać, dosłownie: pierwszy przodek Sługi Stwarzającego. Jeżeli dodać, że Papież był czarny, to wydźwięk ironii był oczywisty, choć tylko dla jego piekielnianej Rodziny i niego samego, bo zwykli ludzie żyli sobie normalnie, o niczym nie wiedząc i na nic nie mając wpływu.
Jedynie Nikita z Kraju Czerwonoarmistów nie miała tego przydomka gdyż tylko i wyłącznie ona, z wielu przywódców Quasi świata, nie pochodziła z głębokich trzewi Piekła.
Szatan nie musiał jej wymieniać nazwiska, ponieważ ona sama była Piekłem, z natury, charakteru i powołania.
A kiedy poznał ją osobiście polubił jeszcze bardziej.
O tym czy dobrze zrobił miał przekonać się w odpowiednim czasie.

W świecie Realu, na Planecie, z gatunków myślących, żyli ludzie obdarzeni duszami z Nieba i oczywiście tyle samo Aniołów Stróży.
Nawiedzali ją też okazjonalnie, lub przebywali tu na placówkach dyplomatycznych czy badawczych pracownicy Nieba i Piekła, a z uwagi na zawarty rozejm bywało, że czasem nawet współpracowali ze sobą, nie mówiąc już o zwyczajnych kontaktach towarzyskich na forum politycznych spotkań, pracy zawodowej, kultury, sportu, rozrywki czy nawet prywatnych znajomości.
Przebywali tu także przedstawiciele innych galaktycznych światów, niekoniecznie zrzeszonych w Boskim Imperium Kosmicznym obejmującym zaledwie Niebo, Piekło, Planetę ludzi, planetę czasowego zesłania, czyli Czyściec oraz 1001, włącznie ze Słoneczną, innych Federacji Galaktycznych.
Ci inni swoje laboratoria badawcze i obserwatoria mieli w powietrzu na UFO-statkach, w bazach podziemnych i podwodnych, a nierzadko i na powierzchni ziemi, gdzie upodabniali się do jej mieszkańców i przenikali do określonych środowisk, w celach głównie poznawczych. Bywało jednak i tak, że kontakty te przeradzały się w bardziej osobiste, co skutkowało parami mieszanymi, mózgowcami, mutantami oraz przeciekami informacji z zakresu tajnych kosmicznych technologii i zasad technokratyzacji rządów we wszystkich Federacjach Galaktycznych, oprócz Boskiego Imperium.
Z kolei w Quasi świecie żyli tylko i wyłącznie ludzie, odpowiedniki tych w Realu, tajni agenci Obserwatorów oraz wysłannicy Księstwa Ciemności, którzy tworzyli Rodzinę oraz obsadzali najważniejsze i newralgiczne stanowiska w rządach Planety.
Każdy bez wyjątku członek Rodziny obdarzony był przez swego pana darem genitalii, męskich lub żeńskich, w zależności od preferencji, oraz ludzką postacią.
Dla przykładu: wiecznym merem Paryża był Belfegor, upadły anioł Trzeciego Kręgu, przed swoim upadkiem należący do boskiego Chóru Księstw, z zawodu demon odkryć i znakomitych pomysłów, na rautach piekielnych przybierający postać dziewczyny albo fallusa, co miało symbolizować jego pociąg do płci żeńskiej i kwalifikować go na bożka rozpusty i wyuzdania, czym właściwie był zawsze.
Władca UKR Pan Bierkow to nikt inny jak Balaam, upadły anioł należący niegdyś do boskiego Chóru Potęg i Panowań, obecnie zwolennik sztuki obserwacji, podstępu i sprytu, mający ogromną wiedzę o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Za nadmierne gadulstwo Pan Piekieł przyciął mu kiedyś obcęgami język i dlatego jego głos brzmiał trochę niewyraźnie i ochryple, w związku z czym, prawie nigdy, nie wygłaszał długich przemówień, odwrotnie niż jego alter ego w tym samym czasie w Realu, powszechnie znany z wielogodzinnych przemówień erudyta, towarzysz Wiesław.
Co ciekawe, nasz Balaam, na spotkaniach u swego głównego szefa pojawiał się siedząc nago na niedźwiedziu, głową stroił sobie rogami barana, toczył dookoła płomiennymi oczami i machał ogonem smoka.
Był tak dumny ze swych nowych jaj i kutasa, że podwiązywał je sobie złotą wstążeczką, by inni niedocenieni mogli mu zazdrościć.
Tenże spryciarz wymyślił, zgodnie z powiedzeniem, że w naturze nic nie ginie, by odtworzyć wszystkie miasta, miasteczka i wioski dawnej Polski gdzieś w innych rejonach UKR-u. Argumentował to tym, że cała polska Polonia postępowała tak od wieków, że miasta noszące polskie nazwy znajdują się w całym świecie, a najwięcej w obu Amerykach i Australii, a w UKR ich nie ma. Po szybkim referendum zadecydowano, że nowe lokalizacje Warszawy, Gdańska, Krakowa, Opola, Legnicy itd. wyznaczy się na terenach prawie dotychczas niezamieszkałych w Zachodnim Kazachstanie, pomiędzy Morzem Kaspijskim, a jeziorem Aralskim.
Od zachodu naturalną granicą miała być delta i dorzecze Wołgi według starej granicy Rosji z Kazachstanem, od północy także stara granica republik aż do Aktubińska i potem prosto na południe aż do ujścia Syrdarii i jeziora Aralskiego. Południowa granica przechodzić miała przez jezioro i obrzeżami pustyni Kara Kum do wybrzeża Morza Kaspijskiego, wzdłuż granicy z Uzbekistanem.
Warszawa miała powstać w okolicy miasteczka Kamykowo nad rzeką Ural, natomiast w okolicy samego miasta Ural miał powstać Kraków, a przy ujściu rzeki do morza, Trójmiasto.
Nowe technologie miały umożliwić wykonanie tego wiekopomnego zadania w najbliższym pięcioleciu. Do pomocy miały się włączyć także inne dobrze rozwinięte kraje Quasi świata.
Warunki egzystencjalne miały być super komfortowe dla nowych osadników, jeżeli podpiszą zobowiązanie o stałej prokreacji, co znaczyło, że każda rodzina będzie musiała spłodzić rokrocznie nie mniej niż jednego potomka. Preferowani mieli być byli mieszkańcy dzisiejszych terenów Eneketu oraz ich najbliżsi krewni z innych krajów.
Budowę rozpoczęto oczywiście od dróg i lotnisk, ujęć wodnych, elektrowni atomowych i ogólnie pojętej infrastruktury.
Niekonwencjonalne rozwiązania architektoniczne pozwoliły stworzyć miasta piękne, czyste i pojemne.
Niektóre budowle schodziły 60 pięter w dół, a niektóre wynosiły się 300 pięter w górę.
Każdy budynek był samowystarczalny pod każdym względem, jak małe osiedle czy miasteczko. To samo dotyczyło wiosek, szczególnie tych pobudowanych pomiędzy morzem, a jeziorem Aralskim, w Krainie Wielbłądów. W dorzeczu Syr-darii i na pustyni Kyzył Kum powstały ciągi niewielkich miasteczek połączonych kilkusetkilometrowym metrem oraz oazy parkowe ze wszystkimi gatunkami zwierząt zamieszkujących niegdyś tereny środkowej Europy i oczywiście gatunków miejscowych. Nieliczni tuziemcy tatarskiego pochodzenia mieli otrzymać dawne prawa i przywileje, jeżeli by jednakże chcieli, to mogli zamienić swoje jurty na budynki z włókna szklanego i stali. Mogli też hodować nadal swoje konie, kozy i wielbłądy, byleby nie w mieszkaniach.
Podstawowym zajęciem dla wszystkich osiedleńców byłaby działalność kulturotwórcza i medialna, gdyż otrzymywane za kontrakt prokreacyjny środki i tak już, z nadwyżką, zaspokajały ich potrzeby i aspiracje.
Było, więc, mnóstwo uczelni, laboratoriów, atelier malarskich i sztuk pokrewnych, galerii, teatrów, wytwórni filmowych, stacji telewizyjnych, salonów literackich i innych, najczęściej bazujących na najnowszej generacji komputerach, instytucji.
Ponieważ przy budowie sugerowano się głównie starymi mapami i planami, stosowano też i stare nazwy.
W mieście Łódź, były, więc, dzielnice; Widzew, Górna, Bałuty, ulice; Piotrkowska, Zachodnia, Towarowa, parki; Źródliska, Poniatowskiego, Staszica, kina; Polonia, Bałtyk, Wisła, markety; Central, Uniwersal, ABC, ale też i wiele nowych nazw, przystających do nowych czasów, i zastosowań.
Imiona i nazwiska mieszkańców też pozostawiono bez zmian, chyba, że ktoś się uparł.
W sumie w ciągu pięciu lat od rozpoczęcia przedsięwzięcia odwzorowano, przynajmniej w muzeach pamięci, prawie 100% polskich miast, miasteczek i wiosek. Zasiedlono je jednak nie 30-stoma, ale 70 milionami mieszkańców ściągniętych tu z całego quasi świata,
co zaowocowało nadspodziewanie obfitym przyrostem naturalnym, 31 sierpnia 1963 roku urodził się, bowiem, 100 milionowy i jeden obywatel nowego okręgu, już od jakiegoś czasu nazywanego potocznie Polona. Jego ojcem chrzestnym został sam Pan Bierkow czworga imion i nadał mu uroczyście dożywotni tytuł honorowy Baronius Polonius Restitucias.
Ponieważ czasy były pokojowe zreformowano armię, jak na całym quasi świecie, i zlikwidowano 99 % wojskowych umocnień i wyposażenia. Pozwoliło to nie tylko wygospodarować miliony ludzi dla innych działów gospodarki, ale przede wszystkim, tych mężczyzn i kobiety, połączyć w stałe pary mogące się cyklicznie rozmnażać.
Stworzono też bardzo dogodne warunki rodzicom i samym dzieciom ustanawiając specjalne dodatki, diety, stypendia, fundacje, ulgi i inne przywileje.
Na czele ogromnych Federacji państw quasi świata stali Przywódcy, ale rządy były demokratyczne. Gabinety ustawodawcze i wykonawcze składały się wyłącznie z fachowców, którzy zajmowali się generalnie gospodarką, zagadnieniami socjalno-społecznymi, kulturą, szkolnictwem, ekologią, bezpieczeństwem wewnętrznym.
Od polityki wewnętrznej i zewnętrznej były specjalne tajne gabinety podległe bezpośrednio Prezydentom. I choć każdy z żyjących w quasi świecie był monitorowany, to nie miał o tym pojęcia, bo nie wiedział, że istnieją jakieś tajne służby – oficjalnie ich nie było.
Każdy obywatel miał prawo do własnych wierzeń religijnych, własnej plemiennej czy narodowej tożsamości, wolność wyboru szkoły, zawodu, partnera, miejsca zamieszkania, nie było ograniczeń w podróżowaniu, barier celnych, przemieszczania środków.
Waluty były różne w poszczególnych krajach, ze względów tradycjonalnych i sentymentalnych, ale nowoczesne banki i programy komputerowe bez trudu sobie z tym problemem radziły.
Obowiązywało wprawdzie prawo cywilne i karne, ale było bardzozliberalizowane, zaś sądy kierowały się wyłącznie dobrem obywateli i lokalnych społeczności. Kryteria stosowanych kar były jednakie dla wszystkich, bez wyjątków, a system tak skuteczny, że nikt nie był w stanie ich uniknąć, szczególnie tej najwyższej. Sądy zostały powierzone specjalistom i programom komputerowym, które automatycznie ustalały fakt i stopień popełnionego wykroczenia oraz wielkość kary, nie było prokuratorów, adwokatów, instytucji odwoławczych ani aktów łaski.
Każda zagubiona dusza była zagospodarowywana w wiadomym miejscu, a ciało - no cóż, po prostu znikało, bo instytucja pochówku i cmentarzy, w stosunku do przestępców, nie była przewidziana w żadnej z Konstytucji.
Raz do roku wszyscy przywódcy Unii Federacyjnych spotykali się na wielkim szczycie organizowanym, za każdym razem, w innym miejscu.
Tego roku szczyt miał odbyć się we Lwowie, niedaleko pilnie strzeżonej granicy z Eneketem.
W planach wstępnych, po oficjalnych przemówieniach i nieoficjalnych naradach, miało być zwiedzanie Mennicy Dusz Duo.
Ta najbardziej skrywana tajemnica, znana tylko nielicznym, miała związać władców Quasi świata, i wykazać im, po co tak naprawdę zostali powołani na Planetę i dlaczego ich rola jest taka ważna.
Spotkanie miało się odbyć pożną jesienią.
Honory domu i całą organizację powierzono Lucyferowi, który w Quasi świecie nie pełnił żadnej oficjalnej funkcji, z wyjątkiem tej jedynej najważniejszej.
Był głównym zarządcą Mennicy.
Sama Mennica zlokalizowana była pod ziemią, pod terenami Eneketu, w miejscu zwanym „bieszczadzkim workiem”, niedaleko źródeł Sanu wypływającego z góry Piniaszkowy [ 960 m n.p.m.].
Od tego miejsca, aż do ujścia do Wisły, długość rzeki wynosiła 444 km.
Bawiąc się numerologią Lucyfer dostrzegł, że suma tych cyfr podzielona przez dwa daje jego, i jego Pana, ulubioną cyferkę sześć.
Pomyślał sobie przy tym, czy czasem Szatan nie wiedział o tym od początku, i właśnie, dlatego, wybrał to miejsce na Mennicę „pod swoją szczęśliwą liczbą”.
Mennica Dusz, jak na swoją rangę i rolę nie była wielka powierzchniowo, ale i tak zajmowała dobre 200 km kw. i jej północne krańce sięgały aż pod Połoninę Wetlińską. Poziomów było równo 6, ale ich główną część stanowiły magazyny, zaplecze techniczne i część mieszkalno-socjalna dla programistów i obsługi. Sama produkcja skupiała się na jednym, najniższym poziomie, i nie była, z punktu widzenia pracy, zbytnio skomplikowana. Wszystkiego pilnowały komputery i centralny dysk z programem operacyjnym.
Oryginalna, ściągnięta przez super agenta Piekła, kopia dysku z niebiańskim programem produkcji dusz zdeponowana była w osobistym banku danych Szatana, w Piekle.
Tutaj, w Mennicy, znajdowała się jej jedyna kopia zapasowa, ale także pilnie strzeżona i zamknięta, w sejfie samego Lucyfera. W razie jakichkolwiek komplikacji tylko on osobiście mógł ponownie wgrać program do systemu.
Dla ludzi byłby on, ten program, nawet po jakimś nieprzewidzianym przecieku, do niczego nieprzydatny. Zastosowane algorytmy danych i czynności oraz język programowania były, bowiem stworzone w całkowicie nieznanych ludziom warunkach i przesłankach naukowych, gdzie nie tylko nazewnictwo, ale przede wszystkim prawa fizyki i matematyki, różniły się nieco od umownie przyjętych przez ziemskich specjalistów, pojęć i zastosowań. Język ten nie byłby, więc, zrozumiały dla żadnego funkcjonującego komputera, a konkretnie mówiąc, jego najważniejszej części, czyli procesora.
Dla tego ziemskiego, logiczno-matematyczny układ zwany arytmometrem, zdolny do wykonywania operacji arytmetycznych i logicznych, oraz układ sterowania pobierający z pamięci operacyjnej poszczególne rozkazy aktualnie wykonywanego programu [czyli, na przykład, produkcji dusz], załadowanego z dysku do pamięci RAM, nie posiadał bowiem asemblera zdolnego do zdefiniowania listy rozkazów i przypisanych im kodów, które to zawierał procesor komputera niebiańskiego, a teraz także piekielnianego.
Język był wprawdzie identyczny, czyli binarny, także reguły gramatyczne
i alfabet, ale semantyka była, niestety, odmienna. Nie mogły mieć, więc, tu zastosowania ziemskie translatory kompilacyjne, a jedynie i wyłącznie translatory interpretacyjne, czyli roboty od razu wykonujące każdą przetłumaczoną instrukcję.
A takie translatory były tylko cztery: jeden w Niebie u Archanioła Gabriela, drugi u Pana Boga, trzeci u Szatana, a czwarty u Lucyfera. Tak, więc, kontrolę nad implementacją języka programu produkcji dusz, posiadały wyłącznie te cztery postaci, choć nie wiadomo, czy też super agent Piekła w Niebie, nie zabezpieczył dla siebie jakiejś kopii. Wysoce możliwym było też posiadanie pełnej dokumentacji przez Obserwatorów. Jedynym poważnym problem w Mennicy Dusz Duo było właściwe zabezpieczenie chipów poszczególnych dusz, czyli prawidłowe ich oznaczenie i zmagazynowanie.
I tym właśnie zajmowali się zamieszkujący tam diabelscy technicy komputerowi.
Każda dusza miała swój specyficzny kod rozpoznawczy zawarty w układzie scalonym jej indywidualnego wirtualnego chipa.
Lokalizowanie duszy w człowieku polegało, więc na przesłaniu do jego jaźni, przy pomocy satelity i Internetu, tego właśnie indywidualnego programiku, który miał nią sterować, aż do ponownego jej przekazania, w przypadku mieszkańców quasi świata, do Piekła.
I choć były kopiami bez certyfikatu to tam istniały sobie nadal, po translatacji w nową postać, kreowaną na stałego mieszkańca mrocznych podziemi.
Postaci te były, oczywiście, odmienne mentalnie i wizualnie od tych w boskim Raju, czy przejściowym Czyśćcu.
W Raju pędziłyby one bogobojny i nudny żywot, w Czyśćcu cierpiały przez ustalony okres penitencjarny, lub zesłane byłyby do Piekła, gdyby posiadały oryginalną homologację dusz z niebiańskiej mennicy.
Natomiast jako duplikaty stworzone w Mennicy Dusz Duo, bez wyjątków, po zakończeniu żywota w człowieku z quasi świata, najpierw smażyły się w kotłach z siarką i smołą. Często gęsto bywało jednak, że co poniektórzy wybrańcy, kaptowani byli do szatańskiej armii czynnych diabłów i diabolic, ciesząc oko i umacniając poczucie władzy Pana Ciemności., jako żołnierze Szatana albo Kusiciele.
Tuż przed planowanym szczytem produkcja dusz szła pełną parą i Władca chciał się tym pochwalić przed swoimi sługami.
Przy okazji szczytu chciał też nagrodzić swoich generałów za ich dotychczasową pracę na rzecz umacniania jego wpływów w Quasi świecie.
Po zwiedzeniu Mennicy zamierzał wydać, urozmaicony licznymi atrakcjami, uroczysty bal VIP-ów, na którym zamierzał wystąpić osobiście.
Honorowym gościem miał być jeden jedyny śmiertelny człowiek, którego Pan kazał zaprosić Baalamowi vel Bierkowowi, i przyjąć, jak najgodniej.
Zaproszenie to zostało oficjalnie wystosowane do, dotychczas przez nikogo niekwestionowanej władczyni Kraju Czerwonoarmistów, Towarzyszki Nikity.



***


Aro obudziwszy się zobaczyła puste legowisko matki.
Rozeźliła się, że tamta zostawiła ją tu samą i do tego zabrała koszyczek z jej śniadaniem. Ocuciła więźnia i wywlekła go przed grotę. Człowiek drżał na całym ciele ze strachu i sfajdał się na białym piasku plaży.
Aro z obrzydzeniem kopnęła go, jak piłkę, pod uschnięte drzewko.
- Pamiętam Cię ty śmierdząca odbytnico. ty jelito grube i cienkie zarazem. Nie wiem skąd Cię znam, ale nienawidzę Cię i brzydzę się Tobą. Chciałeś zrobić mi krzywdę, więc teraz ja odpłacę Ci pięknym za nadobne. Chciałeś we mnie wstrzelić bełta z linką, ciągnąć, szarpać, a potem zakłuć jak jakąś durną rybę.
Prawie niewidocznym ruchem dziabnęła go ostrym, jak kant muszli małża, pazurem. Z otwartego brzucha wypłynęło trochę flaków. Złapała je w garść, przecięła i jeden koniec wbiła na zaostrzony, jak odnoga w porożu starego jelenia, kikut odłamanego konara.
- A teraz biegnij – i zaczęła popychać nieszczęśnika ogonem strasząc jadowitym kolcem umiejscowionym na jego końcu.
Po niecałych dziesięciu metrach flak się nagle skończył, dosłownie, i w przenośni.
Człowiek upadł i dychał w męczarniach.
Nie wiadomo skąd przyleciało stado wielkich i wstrętnych zielonych much. Obsiadły mu rojem cały brzuch i poranioną twarz.
Potem przyleciało jeszcze więcej i na białym piasku plaży widać było w tym miejscu drgającą górę, błyskającego turkusem, opalizującego czernią, karminem, jasnym oranżem i bielą, brzęczącego paskudztwa.
Kiedy Ro wylądowała przed grotą muchy poderwały się od podmuchu jej skrzydeł wirującą chmurą, by po chwili znowu opaść na niesamowicie teraz obrzydliwe, pozbawione skóry zwłoki. Zawłaszczony przez nie sznur flaków ciągnący się od trupa do drzewa wyglądał, jak drgająca na fali lina kotwiczna sporego okrętu.
- Dość tego moja panno – zasyczała Ro.– Do groty marsz!
Przed wejściem kazała się małej porządnie wypróżnić i wypłukać.
Podeszła do tylnej ściany i coś tam sobie pomruczała pod nosem.
Skała odsunęła się ukazując niewielka niszę, a tam grubą starą księgę w pozłacanych okładkach. Ro przez kilka chwil wertowała karty księgi, by po chwili odezwać się do córki stanowczym tonem:
- Niestety, Aro. Nie jesteś czystej krwi smokiem i nie masz takich możliwości, jak ja. Żeby przyswoić sobie pewną niezbędną Ci wiedzę musisz się jej nauczyć. Nie mogę Cię do tego zmusić. To Ty sama musisz zechcieć. Ale mogę Ci pomóc podjąć tę decyzję. Pojedziesz do specjalnej szkoły dla nieprzeciętnych. To szkoła wojskowa. Potrzebny Ci mundur i broń osobista. To drugie masz. To Twoje szpony, zęby, ogon, jad i siła, a przede wszystkim inteligencja. A mundur dostaniesz ode mnie na czas, dopóki nie staniesz się wojownikiem. A może i potem zechcesz go nosić? Sama zdecydujesz – dodała już łagodniej.
Przymknęła mocno swoje trzy złote powieki i po otwarciu wlepiła wzrok w zdziwione oczy Aro, szepcząc coś po cichu.
Aro nie mogła oderwać spojrzenia od oczu matki, ani poruszyć żadnym mięśniem. Przeszedł ją prąd i poczuła, że coś się z nią dzieje dziwnego.
Czuła mrowienie i swędzenie całego ciała, a szczególnie w okolicach szyi i pasa. Nagle bardzo zabolało ją, gdy mrowienie zeszło nieco poniżej genitalii i nasady ogona.
Szaleńczym wysiłkiem szarpnęła się i wzrok matki puścił ją.
Upadła na bok, lecz zaraz poderwała się i skoczyła wściekła w kierunku Ro z wyciągniętymi pazurami.
Pohamowała się w ostatniej chwili.
Ro, nie komentując jej zachowania, spokojnie stwierdziła:
- Trudno. Będziesz miała krzywe i włochate nogi. Ale nie martw się, co poniektórzy i tak zobaczą w nich piękno.
Ciało Aro od tej chwili, z wyjątkiem nóg, pokryte było, miast szaro bladej, pięknie mieniącą się turkusową łuską. Pod szyją i w pasie łuska miała złotawy odcień, taki sam, jak jej trzy powieki.

Po kilku godzinach lotu, Ro z Aro na grzbiecie, wylądowały na gorącym piasku pustyni Błędowskiej.

*

Niebo quasi świata pociemniało i jako pierwszy ukazał się Syriusz.

Lucyfer popędzał konia gnając przez połoninę w kierunku wind do swego podziemnego mini królestwa.
Dojechał do brzegu niewielkiej rzeki i przebyli ją wpław.
Gdy wychynęli z przybrzeżnych łóz naprzeciwko jeżdżca i konia szła sobie łąką młodziutka dziewczyna, zdobna tylko w krótką koszulkę i skąpe majteczki. W jednej ręce trzymała pęk fioletowych kwiatów i rozglądając się ciekawie dookoła nuciła coś pod nosem.
Mile zaskoczony, nie zastanawiając się skąd tu nagle wzięło się na odludziu takie roznegliżowane zjawisko, już chciał w biegu poderwać ją i wrzucić na siodło, by zabrać ze sobą do swojej podziemnej rezydencji, gdy nagle rozległ się stanowczy głos:
- Sssss Zostaw ją w spokoju, Dziadku – i Aaro wyskoczył zza wielkiego głazu z uniesioną ręką.
Książę Piekła zatrzymał spienionego rumaka, zdjął swój czarny płaski kapelusz i ukłonił się wytwornie.
- Miło mi Cię znowu spotkać, mój chłopcze. Ale nie zapominaj się. Nie urodziłeś się po to, by mi rozkazywać.
- Może – odparł nadal spokojnie Aaro. – Więc proszę Cię, Dziadku. Zostaw ją w spokoju.
Lucyfer uśmiechnął się krzywo:
- Widzę, że jesteś nie tylko odważny, ale też mądry i sprytny. Ciekawe, czym zaskoczysz mnie następnym razem. Bawcie się dobrze, dzieciaki.
Machnął im kapeluszem i cmoknąwszy na konia pognał dalej swoją drogą.
Kiedy odjechał niesamowity jeździec panienka poczuła się całkiem ogłupiała.
Naprzeciwko niej stał olbrzymi stwór, całkiem jak z filmowych horrorów.
Gdyby nie jego łagodne i dobre oczy patrzące pytająco i przyjaźnie umarłaby chyba ze strachu.
- Jestem Ziuta – powiedziała bojaźliwie – Całkiem nie wiem gdzie jestem
i skąd się tu wzięłam. Byłam nad stawem i rzeką, ale tu jest całkiem inaczej.
Aaro wyciągnął do niej swą ogromną dłoń i syknął:
- Sss wiem. Sss nie sss bój sss się.
Zza skały wyszedł cały czarny koń, bez siodła i bez wędzidła.
Wtedy stwór, podobny do wielkiego zdeformowanego człowieka, okrył ją swoją bluzą, a właściwie zawinął w nią taka była obszerna, i posadził na koniu.
Przypomniała sobie nagle, że tak całkiem niedawno jej Maro sadzał ją w podobny sposób na nieosiodłanego rumaka.
- Sss pójdę sss koło sss Ciebie sss pieszo. Sss konik sss nie sss jest sss już sss młody, sss jak sss my. - Sss po sss drodze sss do sss domu sss pogadamy sss sobie sss trochę.
Z wysokości konia patrzyła mu teraz prosto w oczy.
Było w nich tyle serdeczności i troski, że wcale nie skojarzyła ich koloru z czerwienią.
Zamiast tego widziała szaro zielone oczy swojego ukochanego.
- Gdzie ja jestem? - myślała, – co się tu dzieje…?



--------------------------------------------



W sekretnym, specjalnie ekranowanym pomieszczeniu na ostatnim, szóstym poziomie Mennicy Duo, spotkał się Szatan ze swoim niebiańskim super agentem.
Nie wypytywał go o przyczyny chwilowego zerwania kontaktów,
bo już wcześniej otrzymał od agenta pisemny raport.
Agent napisał po prostu, że zlikwidował portal z powodu ostrożności.
I to było najbardziej wiarygodne wytłumaczenie.
- Jak myślisz –zapytał go bez zbędnych wstępów – kiedy boscy Archaniołowie zrozumieją, że powinni ustalić konkretną strategię przeciwko nam?
- Myślę, mój Władco, że oni nigdy tego nie zrobią. Oni cały czas myślą, że załatwią wszystko dyplomatycznie.
- Nie wiem, co zrobią jak stwierdzą, że większy procent dusz,
niż dotychczas, trafia do Piekła, ale tutaj znalazłem sposób,
by ich zwieść, przynajmniej chwilowo – dodał z samozadowoleniem.
- Co masz na myśli? – zapytał Pan.
- Przekupiłem jednego z Sędziów – odpowiedział agent, – jak zacznie śmierdzieć wydam go anonimowo, a oni pomyślą,
że to w wyniku jego nacisków na rozprawach,
większość dusz kwalifikujących się tylko do Czyśćca,
było zsyłane do Piekła.
- Bardzo inteligentnie – stwierdził Szatan – w końcu jednak się zorientują, z raportów Aniołów Stróży,
że nasi Kusiciele się rozmnożyli – zaśmiał się rubasznie.
- Mimo to już dzisiaj mam dla Ciebie zadanie. Jeżeli nam się uda,
a udać się musi, stworzymy w ich szeregach piątą kolumnę.
- Tak, … Panie? – przytaknął dyplomatycznie agent przytakując
swemu Władcy,
a jednocześnie zadając pytanie.
- Jest wśród ich Generałów jeden mój stary przyjaciel i cichy sojusznik.
Kiedy w końcu zaczną mobilizację Ty masz mu dać listę Aniołów,
którzy ślepo mu ufają.
Twoim zadaniem jest ich odnaleźć i w odpowiednim momencie utworzyć, z nich wszystkich razem, legion pod jego dowództwem.
Tylko z nich.
I ma być ich trzystu, jak niegdyś na Ziemi Spartan pod wodzą Leonidasa.
Zrozumiałeś?
- O!... Panie mój… - skłonił się nisko zachwycony pomysłem agent.


------------------------------------------


***

------------------------------------------

Obserwator 003, od momentu, gdy Aro przeskoczyła murek i pognała przez pustynię w kierunku lasu, towarzyszył jej na swym nowym statku.
Nie musiał lecieć wysoko, bo jego NOL był wyposażony w najnowsze zdobycze kosmicznej techniki.
Miał nie tylko opcję niewidzialności, ale przede wszystkim możliwości poruszania się zarówno w powietrzu, jak i pod wodą, a nawet pod ziemią.
Jego najnowsze, i jedyne teraz zadanie, dotyczyło obserwacji jaszczurzycy.
Namierzył ją bez problemu dzięki wstrzelonemu wcześniej chipowi.
Miał teraz możliwość nie tylko jej odnalezienia w każdym zakątku świata,
ale także uchwycenia jej w zasięg kamer i podsłuchu.
Jedną z opcji, znanych powszechnie z nowej generacji gier komputerowych,
było też widzenie rzeczywistości jej oczami.
Postanowił solidnie się przyłożyć i bardzo uważać,
by nie przechytrzyła go i nie zniszczyła mu drugiego okrętu,
gdyż był przekonany, że z poprzednim zrobiła to celowo,
zauważywszy na jeziorze, iż jest przez niego obserwowana.
Miał ogromną ochotę wylądować i użyć swojej nowej tajnej zabawki zwanej przez naukowców emiterem cząsteczek, a służącym do zamiany materii.
Według instrukcji obsługi działało to w oparciu o prawa Gaussa,
jakieś krzywe, strumienie magnetyczne, wektory, widma, odwracanie macierzy, ciemne energie, niezerowe masy, zmienne ciągłe,
czort wie, co jeszcze.
Dla niego ważne było, że automatycznie zabezpieczało jego statek przed wszystkim, co chciałoby go uszkodzić, i choć stało toto w sterowni,
to miało przenośny emiterek, który był w stanie nie tylko rozpylić wszystko na atomy,
ale też zmienić ich układ i z jednego materiału czy tkanki uczynić inną,
albo wciągnąć w siebie i uwięzić, jak czar więził dżina w lampie Aladyna.
Obserwatorowi marzyło się uwięzienie tam jaszczurzycy.
Egzemplarz ten był prototypowy i Obserwator doceniał, jego,
i swoje znaczenie.
Nie daje się, byle komu, takiej broni do ręki, szczególnie, gdy jego misją jest wyłącznie śledzenie i raportowanie.
Zawsze był wierny swojej Pani, ale tym razem zrobiła sobie z niego najbardziej oddanego sojusznika i, jak logicznie zauważył, Obrońcę.
Kiedy o tym pomyślał, poderwał NOL-a do góry i zrezygnował z chęci zamienienia, zakopanego przez Aro miecza, z żelaznego na drewniany.
Włączył automatyczne rejestratory i poszedł do saloniku na drinka.
Marzył mu się Manhatan.
Degustacji też nauczył się …od Pani Świata.



---------------------------------



***


Dokładnie o zachodzie słońca wkroczyli gromadnie na plażę i ułożyli swoje trofea na stole przed jury.
Aro złożyła meldunek:
- Drużyna południowa melduje zakończenie polowania. Polowaliśmy wspólnie i oto nasze trofea - skłamała bez mrugnięcia okiem załatwiając w ten sposób żelazne alibi dla siebie i każdego z członków jej zespołu.
Chwilę po nich przywlekły się minotaury, centaury i dinozaur taskając brudne i zakrwawione zwłoki dzików i saren.
Żólwioczłeka nie było i nie wiedzieli gdzie jest, podobno poszedł polować na niedżwiedzia, tak im powiedział przy rozstaniu rankiem.
Zapachy świeżego mięsa i krwi zrobiły swoje i nikt nie czekał już na zaginionego.
Jury pierwsze chwyciło w garście smaczne kąski, reszta przyłączyła się do nich niebawem.
Szczególnie smakowały wszystkim cienkie paski delikatnego jasnoróżowego mięska.
Aro powiedziała, że to z młodej małpki i drużyna Aro jednogłośnie uzyskała zwycięstwo, a w nagrodę beczkę piwa.
Bawili się wesoło do póżna. Kiedy gwiazdy zaczęły blednąć ktoś spytał, czy „żółwik” się znalazł, a jakiś żartowniś odpowiedział bekając głośno z przejedzenia:
- Przecież właśnie żeśmy go zjedli…

Kiedy przyleciał helikopter, „żółwika” Merry’ego nadal nie było w obozie.
Szukali go jeszcze czas jakiś wzdłuż wybrzeża, na skałkach i w lesie.
Helikopter latał nad koronami drzew i z megafonów płynęły nawoływania, i grożby, ich instruktor - centaurionki. Bez efektu.
W końcu odlecieli do domu pozostawiając na wszelki wypadek, gdyby się jednak Merry odnalazł i zjawił, dwóch ochroniarzy.
W szkole Pan Wielki Osioł natychmiast zarządził śledztwo.
W pierwszej kolejności zrobiono bardzo dokładną rewizję w celi zajmowanej przez Aro razem z Merrym, ale nic istotnego nie wykryto. Potem były przesłuchania. Analizowano szczegółowo każdy drobiazg. Jeden z ochroniarzy przypomniał sobie, że w wieczór poprzedzający polowanie widział Aro jak rozmawiała z Merrym nad brzegiem zalewu.
Zapytana o ten fakt jaszczurzyca odparła rezolutnie, że Merry prosił ją, aby dała mu fory i pozwoliła wygrać jego drużynie. Powiedziała też, że w przypadku odmowy groził ucieczką nad morze, albowiem zawsze marzył o dalekich podróżach i życiu marynarza, a nie wojownika pustyni.
Jednak Pan Wielki Osioł musiał znależć winnego zaginięcia swojego pupilka.
Uznał, że Aro powinna zgodzić się na propozycję „żółwika” oddania mu zwycięstwa bez walki, a ponieważ się nie zgodziła jest winna jego zniknięcia.
Z pomącą przyszła mu Harpia i Pan Telemus.
Aro została, mimo protestów, zamknięta w wielkiej żelaznej klatce i wystawiona na środek dziedzińca. Tutaj miała czekać na karę.
Trio zadecydowało, że należy ją uśpić, poćwiartować i szczątki rozwlec po pustyni. Miało to się odbyć następnego dnia o świcie.
Koło klatki wystawiono straże. Aby było to przykładne i wychowawcze, według Pana Telemusa, składały się one z samych uczniów szkoły.
Kiedy o północy na wartę stawił się świniak z kozłami i baranami pluli na Aro i szydzili z niej obrzucając fekaliami, piaskiem i kamieniami.
Drugą zmianę warty trzymał wąż, wilki i minotaury.
W pewnym momencie wilki rzuciły się minotaurom do gardeł, a wąż potężnym ciosem ogona rozłupał kłódkę od kraty.
Aro wypadła na zewnątrz i pognała nad rzekę. Wykopała łapami ukryty tam przez siebie miecz trolla, ale zamiast uciekać na pustynię, wróciła na dziedziniec, który zdążył zapełnić się już helotami, strażnikami i kadrą.
Stanęła naprzeciwko nich i uniosła miecz ponad głowę.
Uczniowie rozstąpili się i utworzyli koło.
W środku pozostała Aro i jej sędziowie.
Zawirowała śmiercionośna broń w łapach szalonego berserkera.
Z rykiem nienawiści smoczyca rzuciła się w kierunku swoich prześladowców.
Najpierw spadła na piasek głowa Harpi i potoczyła się podrygując zdychającymi wężami w kierunku nóg Pana Osła.
Smoczyca podskoczyła markując cios w górę i w nagłym przysiadzie odrąbała cyklopią stopę Pana Telemusa, by w ułamku sekundy potem pchnąć prostym sztychem w jego pochylone brzuszysko. Kiedy upadł wbiła mu swój ogoni kolec w jedyne oko i sycząc wściekle rzuciła się w kierunku Szefa.
Osioł kwiknął i chcąc uciekać odwrócił się tyłem i wierzgnął zadnimi nogami w kierunku jej pyska. Gdy opadał na ziemię z rozkraczonymi nogami Aro takim samym prostym sztychem, jak w przypadku Telemusa, wsadziła mu miecz w dupę aż po rękojeść, nadziewając, jak na rożen, a potem płaskim cięciem odrąbała obie nogi.
Roziskrzonym wzrokiem szukała świnioczłeka, a gdy go dojrzała ciosem z góry na dół rozpłatała go na dwie równiutkie tusze.
Potem ogonem zmiotła grupkę skupionych wokół siebie capów i tryków robiąc z nich krwawą marmoladę.
Krew i flaki zaścieliły prowizoryczną arenę.
Na placu boju pozostała grupka cyklopów, minotaurów i centaurionek, ale nikt z nich nie kwapił się do wzięcia udziału w bitwie.
Stojący wokrąg heloci zaczęli rytmicznie skandować jej imię.
I wtedy powietrze zawirowało, a na stojącą w centrum dziedzińca Aro opadły sznury sieci.


-----------------------------------

Szatan walnął ręką w ekran i wrzasnął:
- Dawać mi tu migiem Beliara!
Generał wpadł potykając się na progu komnaty o wystający z kończyny rogowy zadzior, gdyż dyżurny gwardzista zerwał go prawie siłą ze stołka, gdy werkował sobie kopyta.
- Wyślij no mi natychmiast oddział Deltos na Pustynię Błędowską
i ochroń ile się da mutantów, bo mi ta wściekła smoczyca wytłucze zaraz wszystkich, co do jednego.
Pamiętaj, że nawet jedna łuska nie ma prawa jej spaść z karku.
Tego durnego Osła może sobie zatłuc, ale reszta będzie nam potrzebna.
Generał, cały biały ze strachu, pognał, co kopyto wyskoczy, do koszar.
Sześciu dyżurnych diabłów z elitarnej jednostki gwardii piekielnej
grało sobie tam spokojnie w pokera.
- Akcja Ziemia! – ledwie wykrakał zasapany Generał
Całą siódemką pognali do hali transformacji i teleporterów.
Urządzenia w ułamku sekundy przetworzyły ich na cząsteczki elementarne i strumień energii popłynął w kierunku trzeciej planety.
Wylądowali tuż przy murku szkoły hoplitów, ale nie wyglądali wcale jak poprzednio.
Zniknęły czarne kudły, rogi, ogony i kopytka.
Na piasku stało siedem demonicznych postaci przypominających swoim wyglądem orki skrzyżowane z czarnymi goblinami.
Wzrostu więcej niż dwóch metrów, z rękoma aż do ziemi, czarno owłosione niczym małpy, potężne klatki piersiowe i nogi jak słupy
z półmetrowymi stopami nadawały im wygląd ogromnych i potwornych yeti.
W rękach trzymały grube drewniane pały, a dwa z nich taszczyły dodatkowo grube, węźlaste sieci.
Wpadli hurmem do środka i z rykiem huraganu rzucili się w kierunku Aro.
Otoczyli ją ze wszystkich stron i rzucili sznury.
Obezwładniona smoczyca syczała jak wściekła i próbowała dosięgnąć któregoś pazurami przez grube oczka, ale dostała drewnianą pałą w łeb
i dała sobie spokój.
Postanowiła wyczekać odpowiedniej chwili.
Gdyby chcieli zrobić jej krzywdę byłoby pewnie już po niej.
Orkowie rzucili kilka kulistych pocisków w kierunku grupy ocalałych, którzy natychmiast skryli się w budynku szkoły i zatrzasnęli za sobą kamienne wrota.
Do Aro podszedł ork ze srebrną opaską na łbie i powiedział:
- Nie wściekaj się, mała. Zawieziemy Cię nad morze.
Pomieszkasz tam trochę, aż urośniesz.
Mam Ci przekazać pozdrowienia od stryjecznego dziadka.
A teraz wysuń spokojnie ten miecz przez siatkę, bo sobie jeszcze krzywdę zrobisz, a mnie za to powieszą za jaja.


---------------------------------------



***


Anta i Brono żegnali się z mieszkańcami Castel Gandolfo.
Za pretekst swojego nagłego wyjazdu podali sprawy rodzinne, ale obiecali, że jak wszystko się wyjaśni, to może z wiosną wrócą tutaj jeszcze, jeżeli nie do pracy, to przynajmniej z towarzyską wizytą.
Pojechali do Rzymu załatwić wszystkie sprawy związane z pobytem Anitki w szkole i opłacić czesne za dwa lata z góry, tak na wszelki wypadek, gdyby ich podróż miała się przedłużyć albo skomplikować.
Swojego żółtego Gladiatora sprzedali i wsiedli w samolot do Helsinek.
Lecieli łukiem przez Niemcy i nad Bałtykiem omijając zakazaną przestrzeń powietrzną nad Eneketem.
Ich głównym celem teraz był kraj Suomi, czyli dawna Finlandia, a szczegółowym, niewielka wioska koło Rovaniemi w Laponii.
Stamtąd, już turystycznie, postanowili przejechać i zwiedzić kraje skandynawskie i skorzystać z uroków zimy w krainie gór, tysiąca jezior, fiordów i najpiękniejszych na ziemi lasów.
Po wylądowaniu zwiedzili miasto.
Anta z radością oglądała nowoczesne budowle i szerokie miejskie aleje gdzie, co rusz był jakiś park, a dorodne drzewa i krzewy rosły praktycznie w każdym wolnym zakątku pomiędzy domami.
Kraj Finów jest nieco mniejszy od Eneketu i na południu jest obszarem nizinnym z licznymi morenami, torfowiskami, bagnami, obszarami leśnymi oraz prawie 60000 jezior. Na północy przekracza koło podbiegunowe i przechodzi w wyżyny, aż do Gór Skandynawskich. Finowie to naród mieszany, ale generalną ich cechą jest niezwykłe opanowanie i uprzejmość.
Mawia się, że przyjaciela Fina ma się na całe życie.
Ich historię cechowały różne losy i zmiany państwowej podległości teraz jednak wyraźnie dominowali i przewodzili Unii Skandynawii.
W jednym z helsińskich muzeów Brono natknął się na dział poświęcony najlepszej podobno jeździe na świecie, tak zwanym Hekkapelitas od zawołania „rozerwijcie ich na strzępy” tłumaczącego tę nazwę. Była to lekka kawaleria złożona z okrutnych najemnych fińskich awanturników uzbrojonych w piki, broń krótką i szable, a znana z wojen trzydziestoletnich i szwedzkiego Potopu, opisanego w powieści o tym samym tytule przez Henryka Sienkiewicza.
Anta, natomiast, zamówiła do kolacji, którą zjedli w pobliżu lotniska, butelkę zmrożonej słynnej i mocnej fińskiej wódki, z czego wypili po kieliszku, a resztę zabrali do hotelowego pokoju razem ze słoiczkiem kiszonych rydzów i sporą porcją wędzonego różowego łososia.
Kiedy siedzieli pod prysznicem masując sobie plecki i brzuszki usłużny kelner doniósł im jeszcze do pokoju i ustawił na stoliku miseczkę słynnych tutejszych konfitur z maliny maroszki, talerzyk z masełkiem z mleka łani renifera i chrupiące smakowite podpłomyki z jaglanej kaszy.
W nocy zamiast odpoczywać trochę poszaleli, nie tylko z jedzeniem.
Rano w hotelowym sklepie nabyli telefony komórkowe miejscowej produkcji, firmy Nokia, i do południa uczyli się nimi posługiwać.
Musieli mieć te gadżety, bo każdy Fin, dorosły i dziecko, taki aparat posiadali, a oni nie chcieli wyróżniać się z tłumu. Poza tym, w tak surowym i rozległym kraju o niewielkiej w sumie liczbie mieszkańców trzeba było mieć jakieś zabezpieczenie na wszelki wypadek.
Auta nie kupowali tylko wypożyczyli terenowe szwedzkie Volvo 740 z napędem na cztery koła i podrasowanym silnikiem. Kazali założyć do niego nowe opony zimowe, a do bagażnika włożyć komplet łańcuchów śniegowych oraz nowy zapasowy akumulator.
Zakupili polarne śpiwory i specjalny arktyczny namiot, gdyby musieli, lub mieli ochotę, zanocować gdzieś w terenie. Anta nie zapomniała o butli gazowej, garnku i patelni oraz innych kuchennych drobiazgach, kilku rezerwowych porcjach hermetycznie pakowanego jedzenia, czekoladzie i przyprawach.
Brono z kolei kupił potężny sztucer z lunetą, rakiety śniegowe, dwie pary krótkich kompaktowych nart zjazdowych z butami, czekany, wędziska i liny.
Potem poszli do sklepu z odzieżą, bo mieli na sobie tylko lekkie włoskie łaszki i krótkie kurtki od deszczu i wiatru. Zakupili ciepłe ubrania, ciepłą bieliznę, rękawice, futrzane buty, kożuszki i dziergane na drutach wełniane zdobione specyficznym lapońskim wzorkiem ciepłe czapki z nausznikami, dla Anty bordową, dla Brona granatową.
U fryzjera Anta przefarbowała się na blondynkę.
Tak wyposażeni podjechali jeszcze obejrzeć słynną helsińską katedrę.
Późnym popołudniem ruszyli na północ.
Wieczorem dojechali do słynącego z narciarskich tras Lahti i wynajęli chatę z bali na stoku niewielkiego wzgórza.
W restauracji zamówili do jedzenia poronka ristys, czyli gulasz z mięsa renifera, smażonego na rozgrzanym tłuszczu i podawanego z żurawiną.
W małym domku napalili w kominku i rozebrawszy się pobiegli w samych ręcznikach do fińskiej sauny, małej przybudówki obok ich chaty, wcześniej już nagrzanej przez umówionego chłopaka z okolicy.
Wewnątrz sauny ściany wyłożone były panelami z sosnowych desek, z wkomponowanymi w nie bryłami kolorowej soli. Temperatura wynosiła prawie 100 stopni Celsjusza. Po kilku minutach siedzenia na drewnianych ławeczkach wypadli goli na śnieg i tarzali się w nim nago zaśmiewając do rozpuku. I tak kilka razy. Pomiędzy sesjami popijali mocną i gorącą herbatę z malinami i delikatnie chłostali się nawzajem brzozowymi i wierzbowymi witkami.
Na zakończenie, już w chacie, wzięli zimny prysznic i wskoczyli do wielkiego łoża, by po radosnym i pełnym okrzyków podniecenia stosunku ułożyć się na futrach przed kominkiem i popijać maleńkimi łyczkami ożywczą wódeczkę. Namawiali się na jutrzejsze narty i wieczorny kulig zaprzęgiem reniferów po okolicy, a potem na tańce.
Mieli ogromną ochotę zostać tutaj kilka dni. I tak zrobili.
Po erotycznych wakacjach na śniegu, jak nazwała te dni Anta, przecięli krainę tysięcy jezior i wylądowali w portowym i uniwersyteckim mieście Jeensuu, założonym w 1848 roku przez rosyjskiego cara Mikołaja I.
Stamtąd już prosto pognali do dalekiego Rovaniemi, do drugiego Mikołaja, podobno Świętego.
Rovaniemi przywitało ich śnieżną zamiecią i mrozem. Na poboczach stało wiele unieruchomionych samochodów zdążających w tym samym, co i oni, kierunku. Cały dzień i noc spędzili w namiocie grzejąc się w jednym ze śpiworów i pogryzając czekoladę, co doskonale wpłynęło na ich samopoczucie, bo jest ona, w miejsce ostryg, doskonałym zastępczym afrodyzjakiem.
Tak to czekolada, bliskość ciał w śpiworze i zacisze małego igloo, bo tak ich namiocik wyglądał drugiego dnia rano, sprzyjały miłości i rozmowom.
Zdecydowali, że szczegółowo spenetrują siedzibę Świętego korzystając z jego wyjazdu wigilijnego z prezentami i sprawdzą, czy i tutaj nie kryje się furtka do świata Realu, co mocno podejrzewali.
Po śnieżnej i upojnej nocy odkopali namiot i samochód.
Dojeżdżając do wioski zobaczyli mnóstwo kręcących się tam wielkich sań z Mikołajami, pełnych worków i paczek, zdążających w różnych kierunkach. Zaczynała się świąteczna gorączka.
Stolica tuziemców, po lapońsku Roavenjarga, jest nowoczesnym miastem gdzie jedną szóstą mieszkańców stanowią studenci.
Kilka kilometrów na północ od niej znajduje się linia koła podbiegunowego i właśnie dokładnie tutaj zaplanowano przeniesienie domostwa, nazywanego także Santa Klausem albo Dziadkiem Mrozem, Świętego Mikołaja, z dotychczasowej jego siedziby na szczycie góry Korvatunturi, gdzie pod adresem pocztowym FIN – 99999 zlokalizował go znacznie wcześniej fiński radiowiec Markus Rautio.
Anta i Brono wynajęli apartament w hotelu i w butiku kupili sobie kompletne stroje mikołajowe, przebrali się i wraz z tłumem, podobnie do nich ubranych turystów, pojechali saniami tramwajowymi do wesołej wioski.
Wioska wyglądała przepięknie skąpana w bieli śnieżnej rozświetlonej kolorowymi lampionami, pełna spacerujących ludzi poprzebieranych za Mikołajów, Mikołajki, renifery, morsy i białe niedźwiedzie. Urząd pocztowy światowego darczyńcy prezentów był wprawdzie dopiero w planach, ale i tak wystawiono tu przezroczysty wielki pojemnik z tysiącami listów od dzieci w środku. Można też było na licznych kramach i w sklepikach kupić wiele radosnych pamiątek z tego zaczarowanego miejsca.
Obeszli całą wioskę zaglądając za każde otwarte drzwi i do każdego kąta. Kiedy już prawie zrezygnowali i mieli wracać do hotelu zauważyli samochód patrolowy wyglądający nie na pojazd śnieżny, ale ciężki wóz bojowy. Pozostawiane przez niego koleiny śniegowe były bardzo głębokie, znacznie bardziej niż ich Volvo. Objęli się w pasie i całując, co kawałek, ruszyli po śladach. Po kilkudziesięciu metrach ślady skręciły łącząc się z innymi. Ruszyli dalej. Obeszli tak koło o promieniu dobrych kilkuset metrów. W jednym miejscu ślady prowadziły do wnętrza koła i droga ta była świeżo odśnieżona pługiem. Nic jednak w ciemności nie widzieli, a bali się zapuszczać głębiej bez dokładnego rozpoznania terenu i czyhających na nich niebezpieczeństw.
Drugiego dnia pobytu zwiedzali miasto i w sklepie narciarskim kupili sobie białe maskujące kombinezony, zaś w strzeleckim dwa niewielkie noktowizory. Zabrali anihilator i ruszyli na kolejną wycieczkę w nieznane.
Bez specjalnych problemów dotarli do okrężnicy i przeciąwszy ją ruszyli w kierunku centrum. Po kilkudziesięciu metrach natrafili na biały ponad trzymetrowy płot. Nic dziwnego, że poprzedniego dnia nie mogli nic wypatrzeć.
Anta wspięła się na ramiona Brona, ale tylko czubek nosa wystawał jej za krawędź ogrodzenia.
Przyłożyła do oczu lornetkę noktowizora.
W zielonkawej poświacie ujrzała kilka chat ustawionych w czworobok.
W prześwicie pomiędzy nimi stał ratrak z wielkim pługiem śnieżnym z przodu. W kabinie paliło się światło i widać było jakąś poruszającą się postać. W budynkach było albo ciemno, albo okna przesłonięto szczelnymi okiennicami. Nic więcej nie zauważyła, ani strażników, ani psów. Wyjęła z kieszeni małą dymną świecę i zapaliwszy ją rzuciła kilka metrów za murem. Kiedy dym uniósł się ku górze zauważyła cienką nitkę promienia lasera jakieś dwa metry od muru na wysokości około pół metra nad warstwą śniegu. Szeptem poinformowała o wszystkim Brona.
Uniósł ją na dłoniach wyżej i usiadła okrakiem na murze. Brono zarzucił małą kotwiczkę z linką i po chwili znalazł się obok niej. Dym rozwiewał się już w kierunku budynków i zauważyli drugi promień lasera kolejne dwa metry za pierwszym. Zeskoczyli w śnieg i ostrożnie, pomagając sobie wzajemnie, ruszyli do przodu. Mieli szczęście. Udało im się ominąć pułapki.
Po paru minutach czołgania się doszli do kolejnej przeszkody.
Tym razem były to tylko zwykłe zasieki z kolczastego drutu prawie całkowicie zasypane białym puchem.
Martwili się trochę o swoje ślady, ale brnęli dalej.
Kiedy dotarli do ściany narożnej chaty usłyszeli za murem pomruk silnika.
- Chyba przyjechali Ci strażnicy z jeepa – mruknęła Anta.
- Trudno – zawyrokował Brono. – Jak już tu jesteśmy to nie będziemy się wycofywać. Idziemy w lewo, jak najdalej od bramy. Może będzie tu jakaś furtka.
Po kilkunastu metrach trafili na prześwit szerokości nie większej niż metr zamknięty wysoką stalową kratownicą.
Uśmiechnęli się do siebie i korzystając z poprzecznych szczebli przeszli na drugą stronę. Wewnętrzny dziedziniec był pusty i także nieoświetlony, ale w domu naprzeciwko zza okiennic jednego z okien widać było światło.
Przemykając się pod ścianami dotarli pod nie i oboje przytknęli oczy do szpary.
W sporawej komnacie stała ozdobna choinka, a pod nią, na zydelku, siedział Święty Mikołaj w kompletnym stroju, z białą brodą i wąsami, w czapie z pomponem i czerwonym kożuszku czytając jakieś pismo.
Normalnie ich zatkało. Spodziewali się przecież piekielnej straży albo przynajmniej pełnej cywilizacji z komputerami i radiostacją, a tu siedzi sobie darczyńca pod choineczką i czyta, być może, list od jakiegoś dziecka z prośbą o podarek.
Przeczytawszy całość Mikołaj podrapał się po brodzie zaaferowany
i klasnął w dłonie.
Otworzyły się drzwi wewnętrzne i do komnaty dosłownie wpłynęły cztery roznegliżowane gracje w czerwonych stroikach.
- Muszę wyjechać w ważnych sprawach, dziewczynki – powiedział do nich. – Zostawiam Was na gospodarstwie i zabieram chłopaków. Macie być grzeczne i pilnować dobytku. Żadnych takich, tam tego – pogroził im palcem.
Dziewczyny podbiegły do niego i każda po kolei boćknęła go w rękaw, potem zakręciły się na piętach falując biodrami i wypinając wdzięcznie tyłeczki, i tak, jak poprzednio wpłynęły, teraz wypłynęły.
Starzec podniósł się z zydelka, ale nie, jak stary człowiek, lecz jak młody wysportowany mężczyzna. Otworzył drzwi niewidocznej dla Anty i Brona szafy czy garderoby i zniknął im z oczu, by niezadługo pojawić się już, jako postawny gentelman w czarnym garniturze, kapeluszu i z ciemnym ciepłym płaszczem przewieszonym przez ramię.
Zgasił światło i wyszedł z pokoju.
Po chwili na podwórko wjechał widziany przez nich dzień wcześniej pojazd bojowy i odjechali, a ratrak, jak ustalili słuchem, przed nimi.
Anta i Brono podkradli się do drzwi wejściowych. Nie były zamknięte.
Wślizgnęli się do ciemnej sieni, otrzepali buty ze śniegu i na pamięć pobiegli długim korytarzem w kierunku komnaty, którą widzieli przez okno, zaglądając po drodze przez dziurkę od klucza za jedyne w tym korytarzu drzwi.
Pokój był nowoczesny, z meblami w stylu szkło i metal, miedzianą blachą obitym udziwnionym centralnym kominkiem w kształcie grubej rury z otwartym paleniskiem, puchatymi skórzanymi sofami i fotelami, perskim dywanem na podłodze i mnóstwem kinkiecików rzucających przyćmione świetlne refleksy na cztery tańczące wokół kominka mikołajkowe seksbomby. Na stoliku przy jednej z sof zobaczyli kilka kolorowych butelek i kopiasty talerz poukładanych w stosik, jak armatnie kule, pączków. Na brzeżku stały cztery kieliszki napełnione do połowy opalizującym płynem.
Dziewczyny skończyły się kręcić i wychyliły napój. Jedna z nich nalała i wypiły ponownie. Złapały się za barki i wężykiem pobiegły tanecznym krokiem dookoła kominka. Znowu wypiły, i tak w kółko.
Włamywacze patrzyli, na zmianę, jak urzeczeni, tym, co się dzieje.
Po kolejnym toaście kobietki zaczęły zrzucać z siebie łaszki, przypijając do siebie i znowu zrzucać, aż zostały tylko w stringach. Podzieliły się na dwie pary i zapadły w pufach kanap całując się i pieszcząc namiętnie.
- Kota nie ma i myszy harcują – pomyślała Anta i, szczypnąwszy męża w tyłek, pociągnęła Brona za sobą dalej.
Weszli do dużej komnaty z choinką i założyli paski noktowizorów na głowy, zaciągnęli sprzączki i ruszyli ostrożnie na zwiedzanie uważając na choinkę i nieliczne tu meble.
W kącie gdzie zniknął im z oczu święty ujrzeli, obok uchylonych drzwi do szafy z ubraniami, kotarę z wyhaftowanymi saniami Królowej Zimy i nią samą powożącą zaprzęgiem białych niedźwiedzi. Kiedy odsunęli tkaninę zobaczyli masywne drzwi i obok nich panel sterujący. Popatrzyli na siebie znacząco i tylko pokiwali głowami.
Brono wbił znany mu już na pamięć kod dostępu i drzwi otworzyły się bezszelestnie. Była to klatka windy. Tym razem weszli tam razem i Anta nacisnęła jedyny zielony guzik. Zaszumiało, zgasły światełka na suficie i zapadli się w niebycie. Kiedy oprzytomnieli winda stała, jakby się nic nie zmieniło. Drzwi odsunęły się i wyszli na zewnątrz.
Stali na szczycie góry w kształcie ludzkiego ucha. Po lewej i po prawej stronie były jeszcze dwa szczyty, razem z ich granią, trzy.
- Uff – wysapał Brono. – No to jesteśmy w Realu, na szczycie granicznym Karvatunturi, pomiędzy Finlandią, a Związkiem Radzieckim, 483 m.n.p.m.
Poniżej grani, w cieniu drzew, stała chata z bali, a przed nią sanie zaprzężone w cztery renifery. Ześlizgnęli się na dół i podeszli do drzwi. Zapukali.
W drzwiach stanął prawdziwy Joulupukki z żoną Joulumuori i popatrzył na nich zatroskanym wzrokiem rozglądając się dookoła:
- Onkos taalla lapsja kiltteja? - zapytał.
Uśmiechnęli się przepraszająco i pobiegli z powrotem do windy.
Kiedy obejrzeli się za siebie oboje staruszkowie machali do nich rękawicami na pożegnanie.
Po powrocie do komnaty w quasi świecie Anta odnalazła pismo czytane przez Świętego. Jak byk stało w nagłówku:
- Do Gaapa, Prałata Piekieł, na adres Rovaniemi Laponia w Unii Skandynawii…
A w podpisie:
- Astaroth, Główny Skarbnik Piekła.
W skrócie treść pisma zarzucała Gaapowi zbytnią rozrzutność z ubiegłego roku i nakazywała ograniczenia na czas obecny oraz taki dobór prezentów dla maluczkich, aby zabawki wzbudzały agresję i niechęć do rzeczy pięknych i wartościowych, a jednocześnie kultywowały przemoc, okrucieństwo i nienawiść.
Wracając zajrzeli jeszcze przez dziurkę do komnaty odalisek.
Orgia trwała nadal, tylko tym razem partnerki zamieniły się rolami.
W hotelu nie rozmawiali już na ten temat. Zmęczeni poszli spać.
Rankiem spakowali się i po obfitym śniadaniu pojechali w kierunku jeziora Inarijarvi.
W maleńkim zasypanym Inari w biegu obejrzeli skansen i muzeum rdzennej ludności Samów i nie oglądając się za siebie skierowali przód maszyny w kierunku dawnej norweskiej granicy, by w połowie nocy dojechać do Karasjoku mającego w herbie trzy ogniska, symbolizujące nie tylko żyjące tu nacje, ale i fakt, że ogień jest w tej mroźnej krainie rzeczą bardzo ważną i do przeżycia niezbędną.
Zatrzymali się w małym hotelu w centrum, posiedzieli godzinkę w łaźni.
Odświeżeni udali się na tradycyjną tu kolację, czyli poronka ristys, jak zwykle z żurawinami i zakrapianą czystą jęczmienną 60 procentową, pędzoną na wodzie z lodowca w Koskenkorva, Finlandia Vodka.
W następnych dniach mieli już wyjechać z Laponii, więc, z apetytem i namaszczeniem degustowali zarówno gulasz jak i mocny alkohol.
A w hotelowym pokoju – siebie.


Po jednodniowym odpoczynku pojechali nad Altafiord podziwiać polarne noce. Zatrzymali się w miejscowości Alta.
Przez kilka dni włóczyli się po porcie kombinując, jakby tu zabrać się z rybakami na połów wielorybów. Wreszcie trafili na szypra, który nie miał skrupułów, co do wzięcia łapówki i przemycenia ich na swój szkuner.
Kilkudniowy rejs zapowiadał się bardzo ciekawie. Ani Anta, ani Brono nie widzieli jeszcze nigdy żywego władcy morskich głębin.
Zobaczyli teraz nie tylko jednego, ale kilka i do tego z młodymi.
Wcale się nie bały ich stateczku wystawiając nosy i wyrzucając w górę fontanny wody.
Potomkowie Wikingów i króla Norwegii Haakona V Magnussona nie mieli jednak tym razem szczęścia. Wieloryby poszalały, a skończywszy zabawę i odwróciwszy się od nich ogonami wpłynęły w gęstą mgłę znikając im z oczu.
Anta bardzo się ucieszyła, bo decydując się na wycieczkę nie miała wcale krwawych zamiarów.
Poza tym księżyc przechodził z pełni w nów i niebo, z fazy zmierzchu w kolorach szarości i fioletu, przeszło w fazę grafitu.
Kiedy zniechęceni rybacy zawracali statek do portu, a szyper wspólnie z wycieczkowiczami popijali gorący grog, napój marynarzy, do kajuty wpadł majtek mówiąc, że zaczyna się zorza.
Ze szklankami w dłoniach, zarzuciwszy tylko kożuszki, wypadli na pokład.
Na północnym niebie ponad linią horyzontu zobaczyli wielopalczaste smugi zielonego dymu przechodzącego z wolna w spirale, łuki, pasy i płaty o różnych odcieniach. Po chwili brzegi nieba zaczęły różowieć, a zieleń przetykać się promieniami zabarwionymi żółcią, czerwienią i fioletem, tworząc jakby drapowane kurtyny, korony i wzorzyste kształty owali. Niesamowite zjawisko trwało i trwało.
Szyper poleciał po drugą butelkę.
Anta i Brono stali tak jeszcze z godzinę opierając się o nadbudówkę i wpatrywali się w niebo przytuleni do siebie. Grog i cudowne widoki rozgrzewały ich ciała, serca i dusze.
Przy kolacji szyper opowiedział im, że zjawisko aurora borealis w epoce Wikingów nazywane było zbroją dziewic – wojowniczek Walkirii.
- W trakcie wybuchów Słońca elementarne cząsteczki materii wyrzucane są w przestrzeń kosmiczną – mówił – i gromadzą się wokół biegunów Ziemi na wysokości około stu kilometrów ponad górną warstwą atmosfery. Mieszają się z gazami i tworzą widma świetlne, które obserwowaliście. Kolory zależą od gazów, na jakie trafią. Tlen daje barwy zielone i czerwone, azot purpurę i bordo, a wodór i hel - niebieski i fiolet. Kolory przenikając się mogą mieć też barwę różową, żółtą i białą.
Wcale im jakoś nie pasowało to realistyczne wyjaśnienie, bo obdzierało zjawisko z romantyzmu i boskiej ingerencji.
Mimo to szczęśliwi zeszli z pokładu i pożegnali się z matrosami serdecznie.
Z Alty pojechali na półwysep Lyngsalpan, ale ominęli go od południa podziwiając tylko z daleka biały szczyt Jiehkkevarri i rozległe bory. Zatrzymali się na godzinny odpoczynek na ośnieżonym leśnym parkingu i kiedy pałaszowali kanapki z łosiowym masłem, kawiorem i wytrzaśniętą nie wiadomo skąd przez Antę zieloną sałatą podjechały dwa śniegowe skutery z myśliwymi. W siatkach na bagażnikach pyszniły się białe pardwy, bardzo trudne do wypatrzenia na wszechobecnym śniegu, i kilka wielkich głuszców w kolorach bieli, czerni, zieleni i rudym.
Anta, jak to kobieta, zagadała do myśliwych i po krótkich, okraszanych głośnym śmiechem targach, dostała od nich za symboliczną tabliczkę gorzkiej czekolady, dwa rzadkie ptaszki, po jednym z każdego rodzaju.
Uśmiechając się potem do Brona twierdziła, że jak je upiecze, to on dostanie tylko pardwę, bo się wcale nie targował, więc, nie zasługuje na tyle jedzenia, co z głuszca..
Kiedy wreszcie dojechali do Tromso był prawie ranek, tak im się wydawało. Jednak okazało się szybko, że trafili akurat na przełom nocy i dni polarnych, bo światło towarzyszyło im teraz zawsze.
Po kilku dniach zatęsknili za zmierzchem i zorzami, księżycem i nocą.
Natura jednak była nieubłagana i konsekwentna.
W Tromso, grodzie położonym ponad 350 kilometrów za kołem podbiegunowym, i wielkimi porcie, czekały ich nie lada atrakcje.
Miasto, nazywane przez tuziemców „cichy spokój” albo „wrota do Arktyki” było siedzibą polarników i stąd wyruszały liczne wyprawy na północ, między innymi sławnego Roalda Amundsena. W swoim herbie miało białego renifera i koronę norweskich królów na błękitnym tle.
Zwiedzili w nim muzeum polarników i tutejszy, najdalej na północ wysunięty browar świata. Kiedy wybrali się na wycieczkę po fiordzie statkiem żeglugi przybrzeżnej spotkali na wodzie dryfującą krę, a na niej białego misia handlującego butelkami z Mack Pilznerem.
Brona zainteresowała historia z okresu II wojny dotycząca niemieckiego pancernika „Tirpitz”, zatopionego bombami aliantów w wodach fiordu. Podobno po dwukrotnym trafieniu w pobliżu jednej burty przewrócił się do góry dnem i osiadł na płytkich wodach, a ratownicy dzięki temu mogli wyciąć w wystającym dnie kadłuba otwory i uratować część załogi.
Ale i tak zginęło na tym okręcie ponad 1000 marynarzy i żołnierzy Adolfa Hitlera.
Była to dla okupantów wielka strata, bo wcześniej stracili już bliźniaczy okręt, pancernik „Bismarck”.
Teraz jednak miasto, okoliczne wzgórza, lasy i wody licznych fiordów emanowały spokojem, ciszą i tylko wielkie stada reniferów przemierzających puste połacie ziemi naruszały tu ciszę wzbudzając podczas galopu tumany śniegu i płosząc ptaki oraz mniejszą zwierzynę, gromkim porykiwaniem podenerwowanych byków. Generalnie jednak renifery, a czasami i łosie, wędrowały sobie poboczami dróg, nierzadko idąc także i ich środkiem. Kierowcy musieli bardzo uważać, szczególnie, gdy padał śnieg albo opary mgły unosiły się nad droga.
Spotkanie z renem nie było zbyt bezpieczne dla samochodu, bo samiec potrafił ważyć ponad pół tony.
Poza tym były to zwierzęta nastawione pokojowo do człowieka i hodowane tutaj nagminnie przez rolników dla mięsa, skór, poroża i kopyt, mleka i jako siła pociągowa.
Wybrali się także na całodzienny rajd psimi zaprzęgami.
Kiedy pogoda ustaliła się już, zapakowali się do samochodu i drogami wzdłuż wybrzeża pojechali do Narviku, znanego z Bitwy o Narvik w roku 1940, w której został zatopiony polski niszczyciel Grom, poza którym w bitwie aliantów z Niemcami brały udział też inne polskie okręty; niszczyciele Błyskawica i Burza oraz trzy statki pasażerskie o imionach polskich królów, MS Chrobry, MS Sobieski i MS Batory.
Z Narviku udali się na południe do Tometrask, już na terenach Szwecji, a stamtąd do Luea i wzdłuż wybrzeża Bałtyku aż do samego Sztokholmu. Zwiedzili udostępniany dla publiczności największy na świecie, nadal używany przez króla królewski zamek, nazywany Kungliga Slottet, mający łącznie 608 pokojów i komnat. Oglądali salę tronową, skarbiec, muzeum pałacowe, apartamenty rycerskie, zbrojownię i muzeum antyków Gustawa III, a także część apartamentów królewskich.
Podczas tej wycieczki cały czas rozmyślali, jakby tu dostać się do środka i móc spenetrować wszystkie pokoje i zakamarki, ale zgodnie stwierdzili, że praca ta zajęłaby im, nawet gdyby były takie możliwości, dobrych kilka miesięcy, postanowili, więc, skupić się wyłącznie na osobie samego monarchy i jego świty.
Pierwszym królem Szwecji był podobno Erik Segersall z rodu Englingerów zwany Erykiem VI Zwycięskim, choć według mitów miał to być Gylfi, a po nim zaraz Odyn uznawany także za nordyckiego boga wojny i wojowników, mądrości, poezji i magii.
Obecnie panującym był Gustaw VI Adolf z dynastii Bernadotte.
Król był uznanym archeologiem amatorem i często bywał incognito w Londynie, Atenach i Rzymie. Posiadał spore ilości własnych zbiorów i lubił pokazywać je swoim przyjaciołom.
Kiedy po raz trzeci zwiedzali pałac i ze szczególnym zainteresowaniem oglądali pozostałości po dawnej twierdzy Tre Kronos oraz broń i ryciny z okresu wypraw Normanów na Ruś i Bizancjum podszedł do nich jeden z gwardzistów i powiedział:
- Widzę Was już tu po raz któryś. Co Was tak, cudzoziemców, zainteresowało w naszym zamku?
- Słyszeliśmy – odpowiedział Brono, - że Wasz król ma wiele osiągnięć w dziedzinie archeologii, ale nigdzie nie widzimy tu jego zbiorów. Sami bardzo interesujemy się ta dziedziną. Może Pan coś wie w tym temacie, bo przewodnika już pytaliśmy, jednak bez rezultatu – dodał wręczając ukradkiem strażnikowi banknot o bardzo dużym nominale.
Banknot zniknął w kieszeni koletu i gwardzista kiwnął na nich palcem, by poszli za nim. Po pięciu minutach i kluczeniu poprzez liczne pokoje wprowadził ich do niewielkiej komnatki z przeszklonymi gablotami i półkami pełnymi starych artefaktów, map i pism.
- Macie pół godziny na oglądanie – wyszeptał konspiracyjnie. – Ja stanę przy drzwiach i popilnuję.
Anta wyciągnęła z torebki telefon komórkowy i zaczęła szybko robić zdjęcia wszystkim zebranym okazom oraz wnętrzu komnaty.
Za drugimi drzwiami był mały pokoik pracownia. Tutaj tez porobiła zdjęcia, aż bateria jej się wyczerpała. Pół godziny minęło nie wiadomo kiedy i zaniepokojony strażnik wyprowadził ich bocznym wyjściem z zamku. Brono dał mu jeszcze jeden banknot i pożegnali się, jak starzy przyjaciele.
W hotelu cały wieczór i noc przeglądali zdjęcia.
Na jednym z nich, zrobionym w pracowni, ich uwagę przykuł pewien leżący pod zdobnym przyciskiem na papiery dokument napisany po łacinie. Po dodaniu kontrastu i powiększeniu mogli go z trudem przeczytać. Wprawdzie włoski język jest trudny, niemniej Anta dała sobie i z tym radę, choć niezbyt dokładnie, z pomocą funkcji translatora.
Istotny był nagłówek:
- Do „Z Bożej łaski Króla Szwedów, Gotów i Wenedów …”, a poniżej odręczny dopisek „ …roztomiłego Amy – badacza staroci, wyzwolonego filozofa i astrologa oraz złodzieja skarbów…i łowcy niewolników”.
W treści chodziło o dostarczenie do Rzymu kilku młodziutkich szwedzkich blond hostess o niezbyt obfitych kształtach na adres jednego z pałaców watykańskich, a także najnowszego zestawu porno filmów, najlepiej z udziałem lesbijskich par studenckich.
W podpisie widniał także ręczny dopisek:
- Twój brat i przyjaciel Uzjel, albo, jak wolisz i często mi przygadujesz po naszym niedawnym spotkaniu we Lwowie, ojciec Gigantów i lubieżny deflorator anorektycznych nastolatek.
Anta i Brono popatrzyli na siebie zgorszeni.
- No, no – zawyrokował Brono. – Mamy kolejnych członków Rodziny. Bardzo mnie ciekawi, co na to wszystko powiedziałyby ich prawdziwe odpowiedniki w Realu i, czy w ogóle, by coś powiedziały?
Cały następny dzień przespali i dopiero wieczorem wybrali się do teatru na przedstawienie pod tytułem Wieczór Walpurgi.
Rzecz była o tak zwanym Valborgu, czyli kwietniowo majowym święcie złych duchów i zmarłych, poświęconemu sabatowi czarownic na górze Brocken. Przedstawienie charakteryzowała niesamowita gra świateł, pochodni i wybuchów, loty na miotłach, tańce i skoki przy ognisku, wszędobylska obecność prawie całkiem nagich dziewcząt i chłopców poprzebieranych za rusałki, wróżki, czarownice, skrzaty, gnomy, elfy i nawet zajączki, misie, liski i sarenki.
Po balecie, bo tak można i o tym przedstawieniu powiedzieć, poszli do Bistro Ruby na spóźnioną kolację, tym razem, korzystając z uroków stołecznej cywilizacji, na francuską zupę cebulową, francuskie fondue bourguignonne z polędwicy nurzanej niewielkimi kawałkami we wrzącym oleju podawanej z siedmioma ostrymi sosami, piklami i frytkami oraz z czerwonym wytrawnym Cabernet Sauvignon z francuskiego Bordeaux. Peary okazji podziwiali liczne rysunki Erika Dietmana o wymowie politycznej i erotycznej wiszące na ścianach.
Wieczorem, po saunie, podsumowali miniony dzień długą grą wstępną i erotycznym tańcem nagich ciał na balkonie hotelowego pokoju.
Kolejnego dnia zwiedzili samochodowe salony Skanii i narzędziowe Husqvarny, podziwiając ogromne samochody ciężarowe, maszyny drogowe, ciągniki rolne i leśne oraz nowoczesne piły łańcuchowe do ścinania drzew.
Szum i rwetes wielkiego miasta po ciszy w ośnieżonych ostępach zmęczył ich jednak szybko. Z filii Angel of Satan Banquires pobrali gotówkę i pojechali ciupasem do Danii obejrzeć, i tam, aktualnego władcę, siedemdziesięcioletniego Fryderyka IX i jego, właściwie już od jakiegoś czasu rządzącą córkę i następczynię, Małgorzatę.
Z prasowych ciekawostek dowiedzieli się, że król był marynarzem w randze kontradmirała i miał mnóstwo tatuaży na całym ciele, natomiast księżniczka Małgorzata otrzymała sukcesję, po celowej zmianie konstytucji w tej sprawie, jako pierwsza w historii kobieta na tronie w tym kraju. Studiowała ekonomię, archeologię, prehistorię i była wnuczką króla Szwecji. Wnioski nasuwały się same.
Anta zakwalifikowała ją wstępnie, jako upadłego anioła głębin Tamila, i jak się później okazało, wcale się nie pomyliła.
Do Danii należała też cała Grenlandia i Wyspy Owcze, ale tam się nasi detektywi nie wybierali.
Poszli za to do Muzeum Hansa Christiana Andersena oglądać, stare i nowe, piękne wydania jego baśni, między innymi, Calineczki, Brzydkiego Kaczątka, Królowej Śniegu, Krzesiwa, Świniopasa, Kaloszy Szczęścia i Dziewczynki z zapałkami. Kilka książeczek kupili w sklepiku obok muzeum i wysłali paczką Anitce do Rzymu.
Z Kopenhagi pojechali go Halmstad i stamtąd pierwszym promem do Oslo. Zwiedzili tutaj Operę i przez kolejne dni obejrzeli czteroczęściowy dramat sceniczny Ryszarda Wagnera „Pierścień Nibelunga”, wszystkie części, a więc, Złoto Renu, Walkirię, Zygfryda i Zmierzch bogów. Wprawdzie stroje i scenografia niezupełnie przystawała do ich wiedzy o Wikingach, ale wychodzili każdorazowo uduchowieni i natchnieni czarem muzyki, arii i głosów wykonawców.
Na zakończenie całego cyklu zostali zaproszeni, przez zapoznanego w kuluarach pasjonata dawnych dziejów i kultury, na stylizowaną ucztę Wikingów w niedalekim, jak dla ich jeepa, odrestaurowanym zamku morskich wojowników, w pobliżu Haugesund, pomiędzy miastami Bergen, a Stavanger.
Na dzień dobry zostali ubrani w kaftany ze skóry, hełmy i uzbrojeni w lekkie mieczyki i toporki. Obsługa ubrana była w kompletne stroje z epoki i w zasadzie, poza brakiem hełmów z rogami, niczym się nie różniła od aktorów występujących w Operze.
W zagłębieniach wyłożonych rozgrzanymi kamieniami i na prymitywnych rusztach smażyły się ryby, połcie mięsa z łosi, dzików, niedźwiedzi, morsów i wielorybów, piekły otoczone w glinie i liściach mewy, do przegryzania był chleb z mąki, grochu i zmielonej kory sosnowej, jako warzywo podawano siekane wodorosty i zioła, na deser nieco śmierdzące sery z mleka reniferów i klaczy, do picia miód sycony i pieniste piwo z wielkich kadzi. Jadło się to wszystko palcami przy pomocy noży bezpośrednio na drewnianych stołach, popijało z rogów, przy czym trzeba było bardzo uważać, by zawartość nie wylała się, przy nieostrożnym ruchu, na pijącego. Muzycy śpiewali dawne pieśni i sagi, biegali linoskoczkowie, psy kręciły się pod stołami, opowiadano rubaszne dowcipy, śmiano się głośno i bezpretensjonalnie klepano po plecach. Były też pokazy walk na miecze i maczugi oraz wesołe scenki erotyczne par ubranych w lniane gacie, koszule i suknie. Aktorami byli mocno brodaci i grubi mężczyżni oraz białogłowy z warkoczami do samej ziemi.
Na zakończenie rozpalono wielkie ognisko, wokół którego wszyscy tańczyli, przytupując rytmicznie do taktu skandowanej pieśni, trzymając się za ręce lub obejmując w pasie.
Po uczcie był jeszcze pokaz umiejętności żeglarskich i kto chciał mógł zabrać się na kilkusetmetrową przejażdżkę repliką prawdziwej długiej łodzi – w dawnych czasach postrachu okolicznych, i nie tylko, krain i ludów.
Nowy znajomy opowiadał im, że aktualny król Norwegii Olaf V nieraz uczestniczył w takich ucztach i zabawach, że był nie tylko królem, oficerem norweskiej marynarki biorącym czynny udział w II wojnie światowej, ale i zawołanym żeglarzem, który zdobył złote mistrzostwo olimpijskie na regatach w Amsterdamie w 1928 roku.
Znajomy był nie tylko badaczem starych sag i opowieści oraz legend o nordyckich bogach, ale i amatorem demonologiem. Zasugerował im, że zauważył u króla wiele zmian charakteru. Dotychczas poważny i stateczny władca podobno ostatnimi laty znikał często przyprawiając o drżenie serc swoja ochronę osobistą, pojawiając się w różnych dziwnych miejscach w zbroi wojownika, uczestniczył w turniejach rycerskich posługując się herbem złotego lwa ze skrzydłami na czarnym tle tarczy, walczył zazwyczaj używając trójzębnego harpuna, pluł ogniem i ryczał gromko w szale, wcale nie pozorowanej walki, podczas biesiad jadł półsurowe niedopieczone mięso i najchętniej pijał, w miejsce miodu i piwa, czerwone jak krew wino.
- Niczym biblijny demon Marchosjas – dodał na zakończenie opowieści.
I tyle im wystarczyło.
Postanowili opuścić Skandynawię i popłynąć do nieodległego kraju Brytów, a właściwie Piktów, do Szkocji.




***



Kiedy zeszli ukrytą ścieżką w dolinę Aaro zatrzymał konia i puścił go wolno.
Rumak popatrzył na niego kochającym wzrokiem i cichutko chrapnął, by chwilę potem pobiec w kierunku, skąd odpowiedziało mu rżenie jego stada.
Usiedli na zwalonym wiekowym pniu mateczki brzozy, chłonąc dotykiem opartych o lekko już wilgotną od rosy śliską i popękaną korę, jej stygnące soki.
Smokoczłek wskazał ręką w ciemność i powiedział, o dziwo, bez sykania:
- Niedaleko stąd stoi kasztel moich rodziców. Pójdziemy tam za chwilę razem i będziesz bezpieczna. Oni są ludźmi, jak Ty. Na pewno od razu Cię pokochają. Pozwól im cieszyć się Twoim przybyciem. A teraz posłuchaj mnie uważnie. Musisz mi uwierzyć, że to, co się wokół Ciebie dzieje jest prawdziwe i całkowicie realne. Nie jesteś w świecie duchów, ani w Krainie Czarownic. Jesteś tutaj, po prostu tutaj. To teraz jest Twój świat. Ani ja, ani Ty, ani nikt mi znany teraz tego nie zmieni, a może nawet, co jest najbardziej prawdopodobne, nigdy. Nie płacz, więc, i nie narzekaj. Przyjmij to, jako dopust Boży, jak mawiacie wy, ludzie. Czy pamiętasz książkę Władca Pierścieni? – zapytał.
- Tak. Doskonale pamiętam – czytaliśmy ją z moim chłopakiem – to była jego ulubiona powieść Tolkiena, …po Hobbicie – dodała jeszcze szybko zdziwiona jego pytaniem Ziuta.
- Ja też znam ją doskonale – kontynuował Aaro – to jest już coś, co nas łączy i pomoże Ci mnie zrozumieć.
Delikatnym ruchem rozsunął jej kurtkę i w cieniach nocy zalśnił na szyi Ziuty biały kamień.
- To jest kamień Evenstar uosabiający Twoją urodę i dobroć. Pamiętasz? Spotkaliśmy się, gdy na niebie ukazał się Syriusz. Czy Twój chłopak nazywał Cię czasami elfiną? – zadał znowu pytanie.
- Tak. Nie… Właściwie to Maro nazywał mnie półelfką, a jak kiedyś spytałam, dlaczego tylko pół i czy może tylko pół mnie kocha to odrzekł, że gdybym była elfiną to miałabym wielkie spiczaste uszy, co na pewno by zauważył przy moich krótkich włosach, …i jeszcze dodał; Ty mój mały osiołku… – odpowiedziała i zarumieniła się mocno, co Aaro natychmiast wyczuł.
- Widzisz, więc, że w takim razie możesz pochodzić z ich rodu, a ponieważ on to w Tobie widział to na pewno tak jest. Jeżeli, więc, my spotkaliśmy się tutaj o zmierzchu, jeżeli świecił wtedy Syriusz, jeżeli jesteś półelfką i jeżeli wreszcie na Twojej szyi błyszczy Evenstar – to, kim jesteś naprawdę, dziewczyno?
Zszokowana Ziuta, hipnotycznie podążając za torem jego myśli, wyszeptała:
- Jestem Undomiel, Gwiazda Wieczorna Elfów, a na imię mi Arwena - Królewska Dziewczyna – odpowiedziała machinalnie.
- Tak Arweno. Tym właśnie jesteś. Popatrz teraz - i wyciągnął rękę, na której zalśnił turkusem i zamigotał podarowany mu przez Antę pierścień Ma.
- To przecież pierścień Barahira. Ty… Ty chcesz mi powiedzieć, że jesteś Aragornem – aż zachłysnęła się z wrażenia – i…, że ukrywasz się w tej postaci, jak on latami pod habitem i kapturem Obieżyświata.
- Tak, Arweno. Tak. Naprawdę mam na imię Aaro. Ale dla Ciebie jestem Aragornem, Czy mnie rozumiesz? – odpowiedział.
- Czy to znaczy, że jesteśmy w Śródziemiu, w moim Złotym Lesie Lothlorien? Czy ja śnię? – przetarła piąstkami oczy i rozejrzała się niepewnie dookoła.
- Nie, Arweno. Jesteśmy w Enekecie, w Dolinie Koni. Ale od dzisiaj to jest nasze Śródziemie. Tak, jak w tej pięknej baśni. Zaakceptuj to, a będziesz szczęśliwa. Od dzisiaj dla Ciebie nic już nie jest takie, jak było, ale może być takie, jakie zechcesz, jakie stworzysz i uznasz za swoje. Wtedy będziesz widzieć to, co zechcesz zobaczyć, słyszeć to, co zechcesz usłyszeć i czuć to, czego czuć zapragniesz – powiedział jeszcze, – a teraz już chodźmy.
Podniósł się i wziął ją na ręce.
- Muszę Cię zanieść – zaśmiał się, – bo mi się jeszcze zgubisz w tym mroku.
- Jeszcze jedno – kontynuował – z Tobą mogę rozmawiać normalnym ludzkim głosem, ale z wszystkimi innymi trochę sykam. Nie przejmuj się tym, bo i ja sam nie wiem, dlaczego tak jest. Moi rodzice to Anta i Brono – dodał.




***


Stłumiony mgłą grzmot bębnów najeźdźców ponownie uderzył w niebo.

Olbrzymi wojownik stanął na wprost zamkowej furty i zaryczał strasznym głosem, gdy z małego łuku Arweny wybiegła mu na spotkanie lśniąca trójzębna strzała i wbijając się we włosy, siłą swego rozpędu i szerokością grotu zerwała z głowy mocarza perukę wraz z misiurką ochraniającą czaszkę. W pochylonej do przodu łysej pale widać było, nawet w niedostatecznym świetle ognisk, ciemne ogromne znamię po wyłupanej niegdyś kości. Brzęknęła ponownie cięciwa i kolejny trójząb wbił się w odsłonięty mózg dotychczas niezwyciężonego wojownika. Ten stanął i chwyciwszy za pocisk próbował go wyszarpnąć w ostatnim odruchu świadomości, ale trójzębne ostrza z zadziorami nie dawały się ruszyć, gdy jednak Samson z rykiem wściekłości szarpnął ponownie, wyszły z jego głowy, a za nimi ciągnęła się świecąca szara substancja mózgowa i spływała po bokach kapiąc na jego potężne barki. Runął na twarz prosto na biedną kozę, której zduszony mek zamilkł pod nim na wieki. Rzucone z murów kilkanaście włóczni i dziesiątki strzał skutecznie dokończyły dzieła.
Przed taranem piętrzyła się teraz kolejna, poza ogromnym głazem rzuconym przez Samsona, blokującym teraz otwór pękniętej furty, przeszkoda. Na ścieżce, kilkanaście metrów przed bramą leżało naszpikowane, niczym jeż, ciało żydowskiego bohatera.
Stojące w osłupieniu szeregi chasydów zaczęły zawodzić żałobną pieśń, by po chwili rozpaczy ruszyć ławą ku furcie. Popchnięty siłą stu ramion taran przejechał po poległym i walnął w światło furty, która po kolejnych uderzeniach zaczęła ustępować. Na nic zdał się grad rzucanych na żydów kamieni, ciskanych włóczni, miotanych strzał, żar i ogień lanej smoły. Z lasu wychodziły wciąż nowe oddziały i po drgających kupach pobitych wspinały się na wóz tarana, by rozbujać go do kolejnych uderzeń.
Ich entuzjazm, waleczność i poświęcenie, a wreszcie zwycięstwo nad furtą nie zdały się jednak na zbyt wiele.
Cichomir kazał podpalić dach zachodniej baszty, zwalić część przymurnych pomostów i drabin oraz wycofać się swoim ludziom do środkowej wieży i na mur odgradzający zamek dolny od górnego. Kiedy żydzi wpadli wreszcie hurmem na dziedziniec znaleźli się w zamkniętej pułapce pod gradem lecących na nich strzał i sypiących się z murów płonących kawałków drewna.
To było klasyczne pyrrusowe zwycięstwo.
Ginęli z okrzykami niedowierzania na ustach, a wciąż nowi, nie znający sytuacji w środku, wpadali biegiem, przeskakując barykadę z kamieni i trupy swoich towarzyszy, by w chwilę potem podzielić ich los.
Chęcinianom opadały ręce od naciągania łuków i grabiały palce od trzymania strzał. Niejeden opuszczał oręż i przysiadał na chwilkę odpoczynku.
Wreszcie napastnicy zrozumieli swój błąd i można było odpocząć oraz ocenić zyski i straty. Z wojów Cichomira tylko jeden był lekko ranny w rękę zabłąkaną strzałą, ale na dziedzińcu leżały dobre dwie setki zabitych agresorów, zaś przed furtą pewnie drugie tyle oraz Samson i …Dalila.
Arwena uścisnęła dłoń setnika i kiwnąwszy ręką pozostałym pobiegła do Aragorna.
Tutaj, z kolei, sytuacja obrońców wyglądała bardzo grożnie, choć z uwagi na opuszczenie części murów dolnego zamku, Aragorna wzmocniła dodatkowa załoga.
Wieża stała jeszcze poza zasięgiem możliwości przerzucenia pomostu, potrójna brama była nie do zdobycia przez walących w nią młotami i siekierami straceńców zalewanych bez przerwy wrzątkiem i smołą oraz obijanych kamieniami, ale strzelcy z wieży mieli przewagę widoczności nad obrońcami i szyli celnie, raniąc i eliminując, co rusz, któregoś z nieostrożnych.
Trzeba było podjąć jakieś decyzje, bo noc zbliżała się już ku końcowi i za godzinę pasek świtu powinien napłynąć od wschodu, a po nim wstające słońce, które zapewne oślepi niejedno oko dając żydom dodatkową przewagę.
Kilka godzin temu minął Lany Poniedziałek i nikt na murach nie wierzył, że deszcz lub wichura przerwą bitwę choćby na chwilę, nie mówiąc już o godziwym odpoczynku, przegrupowaniu i naprawieniu strat.
Aragorn kazał sprowadzić wszystkich setników.
Dmochowi polecił zabrać swoich byłych podopiecznych, którzy znali już tunel z kazamatów i wydostać się nim na zewnątrz, otworzyć szeroko kratę i furtkę, obstawić las dookoła wyjścia i czekać na niego. Pozostałym setnikom i Arwenie rozkazał zejść na zaścielony żydowskimi trupami dolny dziedziniec, ustawić przy rozbitej furcie od wewnątrz oddział szturmowy z jego Ninja i ewakuować pozostałych obrońców do podziemnego tunelu w studni, zabrać naszykowane tam pakunki i przemieszczać się szybko w kierunku Kielczyków, a po dojściu do pieczary z rozgałęzieniami część oddziałów skierować do jaskiń Raju, część do jaskiń Piekła, by po wyjściu stamtąd dobijały żydowskich maruderów włóczących się po okolicy, a następnie dołączyły do sił głównych i Pani Bony na Karczowym Wzgórzu. Na blankach głównej bramy zostawił dwudziestu kuszników i kazał im nadal bronić jej przed najeźdźcami. Musiał, niestety, tych ludzi poświęcić, jeżeli chciał wykonać swój plan. Arwena się zbuntowała i powiedziała, że zostaje razem z nim. Czasu na spory i kłótnie nie było, więc, rad nierad zabrał ją i Cichimira ze sobą.
Zbiegli do więziennej baszty. Zamknęli i zabarykadowali drzwi wejściowe, Arwenę wsadzili do łodzi, wylali na dno tunelu przygotowaną oliwę. Potem Cichomir stanął przy niej gotowy do pchania, gdy tylko pojawi się jego dowódca, po odpaleniu bomby.
Aragorn wyjął ze skrzyni zapalnik i wkręcił go ostrożnie w przypisany mu otwór. Nabrał kilkukrotnie powietrza w płuca i czekał.
Dochodzące z zewnątrz odgłosy, po kilkunastu minutach, przerodziły się w ryk zwycięstwa napastników. Aragorn czekał jednak nadal. Chciał, aby jak największa ilość ludzi znalazła się w twierdzy, myślał też o tym, aby wycofujące się jego oddziały oddaliły się, jak najdalej od podstawy góry, na której stał Zamek. Minęło jeszcze dobre pół godziny zanim usłyszał walenie młotów w drzwi baszty. Policzył do dziesięciu, by uspokoić oddech i zwolnił suwak zapalnika. Kiedy ten tyknął dwa razy, co oznaczało, że urządzenie działa, pobiegł w kierunku zakrętów.
Wspólnymi siłami z czekającym niecierpliwie na niego setnikiem odepchnęli swój ślizgacz i po krótkim rozbiegu wskoczyli do środka. Łódż gnała, jak opętana, na złamanie karku i towarzyszący im świst powietrza niemile kaleczył uszy. Chwilami słychać było ostre zgrzyty pod dnem. Siedząca na samym dole Arwena z przerażeniem obserwowała, jak z desek wibrującego pojazdu pomału wysuwają się do góry pojedyncze gwoździe. Przemożnie wierzyła, że jednak uda im się, w całości i na czas, dotrzeć do jaśniejącego w dali otworu wylotu. Nagle jedna z desek poszycia pękła z głośnym trzaskiem i łódż straciła stabilność. Przechyliła się gwałtownie na bok, ale silni i zdesperowani mężczyźni wyparli ją, jak jacht kładący się od wiatru na falach, siadając na przeciwnej burcie i już, już byli u celu. Wyskoczyli, jak z katapulty i uderzyli w wał z piasku. Pęd wyrzucił ich do góry poza tę celową przeszkodę, ale czekający tam żołnierze Dmocha chwycili ich, półprzytomnych, na ręce i cała drużyna pognała w dół zbocza obijając się od drzew i tarmosząc z krzakami.
W tym samym momencie huknął grom.
Hałas był tak silny, że odebrało im oddech i słuch na wiele minut. Gestami dali sobie znać i uwolniony już z rąk wlokących go wojowników Aragorn, wskazał gestem na północ. Po kilku krokach trafili na stromą ścieżkę i już szybciej pobiegli na dół, co niektórzy przewracając się i turlając. Wypadli na niewielką zabagnioną polankę i ugrzęźli w błotach pomiędzy szuwarami, młodą trzciną i tatarakiem padając na twarze ze zmęczenia i strachu. Nad ich głowami wył i świstał huragan, niebo, mimo świtu, zrobiło się czarne, a gorące powietrze paliło im płuca żywym ogniem. Jednak przetrwali.
Kiedy zanikła fala uderzeniowa pozbierali się i powędrowali dalej. Po przejściu około kilometra byli już na otwartej równinie. Odwrócili się i stali patrząc na nowy świat, jaki ukazał się ich oczom.
Szczyt wzgórza razem z Zamkiem zniknęły całkowicie, a poniżej dawnej twierdzy płonęły porastające górę lasy. Kłęby dymów unosiły się ku górze coraz wyżej, i wyżej tworząc na niebie grzyb wielkości całego ich starostwa.
Arwena pokazała wszystkim na migi, aby pootwierali szeroko usta i włożyli palce w uszy poruszając nimi dla ich odetkania. Odzyskanie słuchu nie sprawiło jednak nikomu przyjemności. Od strony ich dawnego domu dobiegały trzaski i skowyt palącego się boru i huk pękających w ogniu żywicznych strzelistych świerków. Wszyscy mieli łzy w oczach nie tylko z żalu za straconą siedzibą i za poległymi towarzyszami broni, ale przede wszystkim od wirującego w powietrzu i opadającego z nieba pyłu i popiołu. Na szczęście wiatr nie wiał w ich kierunku.
Aragorn polecił odliczyć się, sprawdzić odzież, broń i amunicję, podwiązać rany i skaleczenia.
Głodni i sfrustrowani, ale pełni życia i nadziei na lepszą przyszłość, uformowali szyk marszowy ze szpicą i ariergardą, i ruszyli w kierunku Kielczyków, do swoich rodzin i do swojej Pani.

Lewitujące za ich plecami quasi dusze 6000 żydów kierowały się, natomiast, do prawdziwego Piekła.



***


Kapitan popatrzył na nią przeciągle i wrzasnął do sternika:
- Ster lewo na burt i cała moc naprzód.!

Czarny, niewidoczny pomiędzy falami i nieoświetlony okręcik gnał teraz, popychany dodatkowo wiatrem, w kierunku jeziora Łebskiego.
Kiedy na grzbietach fal dało się zauważyć liczne białe grzywacze Aro zamocowała sobie na głowie latarnię i skoczyła do wody. Okręt miał płynąć dokładnie za nią. Po kilkunastu minutach kołysali się już na znacznie spokojniejszych wodach, a po kilku godzinach całe towarzystwo rechotało wesoło popijając dobre wino i marynarski rum oraz opowiadając sobie wzajem przeżyte przygody.
Aro też miała nieźle w czubie i powiedziała, że zawsze marzyła o zostaniu piratem i chętnie by z nimi zwiała ze swojego „więzienia”, jak nazywała zawsze zamek na Kamiennej Wyspie.
- Problem w tym, że mnie pilnują. Nie tylko strażnicy, którym i tak zawsze uciekam, ale przede wszystkim jakiś mój wstrętny krewny mający ogromne możliwości – i tu opowiedziała im o swoich przenosinach w sieci, z jednej pustyni na drugą.
- Przydałby się nam taki towarzysz, jak Ty – mruknął Malmo, - ale trzeba by było opuścić ten teren i popłynąć gdzieś dalej, na ocean, może nawet na cieplejsze wody, albo bardzo daleko na północ, na wyspy lodowe i do fiordów norweskich. Na południu łupy lepsze, ale ryzyko większe i nie ma gdzie wiać. Na północy biedniej, choć nie tak całkiem, bo bogacze pływają tam na wycieczki nieuzbrojonymi promami i wielkimi jachtami, Lapończycy nam będą przychylni, a w razie, czego możemy popłynąć na wody Krasnoj Armii – zaśmiał się. – Ci chętnie nas obronią i jeszcze nagrodzą za łupienie kapitalistów i demokratów. Możemy znaleźć sobie stałą bazę gdzieś w norweskich fiordach i działać na morzach Barentsa i Karskim gdzie jest wiele wysepek, na których można się ukryć.
- Na razie jednak – kontynuował – wybieramy się na zleconą i zapłaconą już akcję, aż do Szkocji w kraju Brytów. Jak chcesz możemy Cię zabrać, ale dopiero za kilka tygodni, tuż przed nowym rokiem, bo w te dni marines tak nie pilnują obłapiając w portach swoje baby. To jak?
- Pewnie, że płynę z Wami – odparła Aro.
Kapitan kiwnął na jednego z techników i coś mu szepnął do ucha. Chłopak przyniósł długi drążek i zaczął obchodzić Aro z każdej strony dotykając jej ciała. Żachnęła się, ale stary Wiking uspokoił ją gestem.
Drążek nagle błysnął i zaczął popiskiwać. Technik podszedł do smoczycy i delikatnie położył jej dłoń na udzie, gmerał chwilę w kudłach i wreszcie uśmiechnął się radośnie pokazując na dłoni niewielki czarny guzik.
- Teraz już wiesz, dlaczego Cię znaleźli – powiedział do Aro. – To namiernik. Włóż go na razie z powrotem, on sam przylgnie do ciała, a jak będziemy na pełnym morzu to po prostu damy go jakiejś rybie.
Napici i ucieszeni sukcesem wznieśli zwycięski toast i nie dokończyli przeszukiwania.
Nie wiedzieli, … że namierniki były dwa.

Kilkanaście dni później, gdy grudniowe dni zrobiły się bardzo krótkie, a załoga zamku obchodziła rocznicę dnia narodzin, podobno syna samego Pana Boga, i topiła swoje smutki i negatywne odczucia w beczkach piwa i syconego miodu, Aro ubrana w mnisi habit wymknęła się z twierdzy.
Dotarła na statek Wikingów i odpłynęła z nimi na dalekie morza.
Gdy zabłysła pierwsza gwiazdka odczepiła komunikator i wrzuciła go do wody.
Popłynęli, stosując zasłonę z mroku i zaciemnienia okrętu, w kierunku cieśnin oddzielających ich od Północnego Morza, i … wolności.



--------------------------------

Obserwator 003 poderwał do góry swojego NOL-a.
- Mam Cię, Ty francowata gadzino – powiedział do siebie zadowolony – nigdzie mi nie uciekniesz!
Już ja Cię dopilnuję, aż do Twojego smutnego końca – dodał w myślach.
Nadał meldunek do swojej Pani i ustawił autopilota.
- Płyń sobie, płyń – dogadywał, wpatrując się czujnie w powierzchnię morza, po którym płynął niewielki okręcik.



---------------------------------
-----------
C. d. n.


wtorek, 14 lutego 2012, 14:19
Zobacz profil WWW

Dołączył(a): sobota, 2 października 2010, 01:58
Posty: 31
Cytuj
WITAM MOICH SYMPATYCZNYCH CZYTELNIKÓW!

Coby nie myśleć o mojej powieści, jej wersja robocza, a szczególnie zacytowane na Forum fragmenty, wzbudziły spore zainteresowanie, a widać to po statystyce wejść na stronę, na dzisiaj ponad 280 razy.
Nie przypuszczam, żeby było aż tylu czytelników, ale ilość ta świadczy, że każdy, kto odwiedził ten Temat choć raz, wchodził na Forum ponownie, być może nawet kilkukrotnie, aby doczytać ciąg dalszy.
Dostałem też sporo maili i telefonów, a nawet kilka SMS-ów, nie zawsze pochlebnych, a nawet, powiedział bym – obraźliwych, ale było też w tych i innych formach kontaktów wiele zachęty i aprobaty dla tego, co robię.
Bardzo mnie cieszy każdy odzew, pochwała czy krytyka, uwagi i sugestie, co do meritum oraz zadawane pytania.
To wszystko, wbrew pozorom, będzie miało swój wpływ na ostateczny kształt książki, w poszczególnych wątkach większy lub znikomy, ale jednak.
Ponieważ część pytań się powtarza chciałbym niniejszym odnieść się do nich, ku zadowoleniu i spełnieniu próśb czytelników.
Aby odpowiedzi podeprzeć tekstem powieści pozwalam sobie, po odpowiedziach, zamieścić jeszcze kilka wybranych, dotychczas napisanych, związanych z pytaniami, fragmentów.


Wasze pytania i moje odpowiedzi:
1.Czy dostałem się na swoją wymarzoną filologię i czy w ogóle skończyłem jakieś studia?
Odp. Niestety, na filologię się nie dostałem, ale przez dwa lata chodziłem „na waleta” na wykłady tego kierunku, także na prawo, w okresie, gdy studiowałem ekonomię. Zawodowe studia na Uniwersytecie Łódzkim skończyłem w maju 1977 roku, a uzupełniające magisterskie w czerwcu roku 1980.
2. Czy byłem na pogrzebie „Stawki”?
Odp. Nie byłem. O jej śmierci dowiedziałem się kilka lat po pogrzebie, całkiem przypadkowo i nie od mojowolczyka. Wiem, że spoczywa na cmentarzu w Rogozińcu. Moje ostatnie z nią osobiste spotkanie miało miejsce właśnie tam, latem roku 1977. I miało znaczący wpływ na moje życie. Opisuję je poniżej w miarę wiernie, w załączonym fragmencie książki.
3. Dlaczego w sposób tak bezpośredni, a często obraźliwy dla rozpoznawalnych w tekście osób, opisuję swoje wspomnienia z lat szkolnych, i nie tylko?
Odp. Jak zaznaczyłem we wstępie do pierwszego postu z fragmentami powieści, nie zamierzałem nikogo obrażać i identyfikować. Jako autor mam prawo do pisania tego co chcę i do pewnych konfabulacji rzeczywistości, zależnych od mojej woli albo przebiegu akcji. Książka nie jest pamiętnikiem ani życiorysem, choć w znaczącej swojej części nawiązuje do autobiografii i faktycznych wydarzeń, ale niekoniecznie zawsze z życia autora. Wielu znanych mi przypadków i wypadków „zielonych mundurków”, opowiadanych przez kolegów miliczan i mojowolczyków, nie zamieszczałem w tekście właśnie ze względu na ich wątpliwą wiarygodność, której stopień sam oceniałem kierując się rozsądkiem i taktem, ale też i prawdą historyczną. Jeżeli coś załączyłem nie znając z autopsji, dopisywałem w tekście słówka „prawdopodobnie”, „rzekomo”, „słyszałem od….” , itp.
Od krytyków w tej kwestii oczekuję konkretów, a nie uogólnionych domniemań i pomówień.
Odpowiedzią na to pytanie jest także mowa wygłoszona przez pewnego mieszkańca jaskini Piekło niedaleko Kielc, z którym miała kontakt jedna z moich bohaterek [tekst pogrubiony w załączonym fragmencie z tego spotkania].
4. Czy, w końcu krótki okres milicki miał tak znaczący, jak opisywany, wpływ na mój stosunek do ludzi lasu?
Odp. Owszem. Miałem wtedy 13 – 14 lat i kształtował się mój charakter oraz stosunek do „autorytetów”. Po tym okresie pozostał on, niestety albo stety, „negatywny”. Z traumą rozprawiłem się wątkiem pobytu Aro w szkole hoplitów [fragment nieco dalej w załączeniu do tego posta] i dzisiaj nie mam już żalu – pozostały jedynie wspomnienia. Myślę, że wielu „spadochroniarzy” postąpiło podobnie.
5. Co naprawdę stało się z Ziutą i czy ta postać jest autentyczna?
Odp. Odpowiem na to tak: przeczytajcie załączony poniżej fragment w tym temacie – wrażliwi, dociekliwi i myślący odnajdą w nim prawdę, pozostali zaspokoją tylko swoją ciekawość, albo i nie.
6. Dlaczego jest tyle wątków erotycznych i tak mocno szczegółowych, że aż żenujących?
Odp. Erotyka i prokreacja to jedna z głównych potrzeb człowieka, zaraz po pożywieniu. Cała reszta potrzeb jest ważna, ale mniej. Dlatego też wiele w powieści miejsca poświęcam na opisy spraw kulinarnych [ przepisy na potrawy, napitki, diety] i potrzeb duchowych [literatura, sztuka, poglądy filozoficzne, itp.] oraz na erotykę. W mediach na każdym kroku i o każdej porze dnia i nocy jest ona ukazywana bez żadnych zahamowań, nie tylko obrazowo, ale i werbalnie, a w przypadku tekstów obcojęzycznych, także pisemnie i w tłumaczeniach. Uważam, że w stosunku do mediów jestem bardzo delikatny i choć bardzo obrazowo, to bez wulgaryzmów i pornografii traktuję tę ważną sferę życia moich bohaterów. Jeśli jednak czytelnik czuje się zażenowany tekstem zawsze może przerzucić kilka stron i czytać sobie dalej.
7. Czy byłem osobiście we wszystkich opisywanych przeze mnie miejscach w Polsce i na świecie?
Odp. W zasadzie tak, a te w których nie byłem, a zawsze chciałem być, opisują liczne podróże dwójki moich bohaterów, Anty i Brona, choć nasze trasy i miejsca czasami się pokrywają..
8. Ile naprawdę miałem żon i co one mówią lub powiedzą na moje teksty? [Powtórzyło się kilkanaście razy, ciekawe dlaczego?]
Odp. Hm, …ja osobiście trzy, ale mój książkowy bohater, który każdą swoją kobietę traktował, jak kogoś wyjątkowego, mógłby zapewne powiedzieć, że nie ten papier z urzędu jest ważny, ale uczucia i wzajemne zamiary uczestników emocjonalnego i fizycznego związku, bez względu na ich płeć, wiek i ilość uczestniczących w nim osób.
Albowiem, jak pisał mój ulubiony autor, Zbigniew Nienacki, każdy z nas poszukuje miłości wielkiej, prawdziwej i czystej…
A co powiedzą moje „byłe”? …. Wierzę, że tym razem najpierw pomyślą zanim coś powiedzą……, ale mogę się mylić.
9. Dlaczego nie rozdzielę powieści na dwie lub nawet trzy książki, jedną o leśnikach, drugą o Maro w świecie realu, trzecią dla lubiących światy fantasy?
Odp. Napisanie powieści, która łączyła by wątek autobiograficzno – realny ze światem wewnętrznych przeżyć jej bohaterów na przestrzeni czasów w jakich przyszło mi żyć marzyło mi się już dawno, a za najlepszy według mnie wybrałem taki układ, jaki zaplanowałem, co pozwala mi na przemieszczanie czynów, uczuć i opinii pomiędzy ego, id i superego bohatera głównego zgodnie z moją moralnością i wolą, raz do świata rzeczywistego, raz do nierzeczywistego. Freudem nie jestem, ale mam prawo do własnego zdania. To czy słusznego nie jest ważne, bo jeśli do dzisiaj nie zweryfikowano ostatecznie teorii wielu znanych myślicieli, to któż będzie się przejmował taką mało znaną i nic nie znaczącą osobą w świecie VIP-ów, jak ja. Przede mną jeszcze wiele pracy i być może, dodatkowych pomysłów. Mam też ich kilka na dodatkowe opowiadania i książki, a nie na zmiany w tym, co ma już swój kształt i formę i ponad tysiąc stron tekstu.
10. Kiedy będzie wydana książka?
Odp. W moich zamierzeniach podstawowych nie było wydania książkowego. Powieść piszę dla siebie, aby uczciwie rozliczyć się z przeszłością i zrobić rachunek sumienia, mój rachunek, a nie ten kulturowo religijny. Mam kilkoro przyjaciół, którzy są dla mnie bardzo ważni i którym ufam, tych z lat dawnych, i tych obecnych. Dzielimy się sobą, kiedy mamy taką właśnie potrzebę, i ja, mając ją, podzieliłem się z nimi tym, co piszę. To oni namówili mnie, abym podzielił się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami z większą liczbą ludzi, bo warto. Stąd moje wyjście na zewnątrz. Stąd fragmenty na Forum. I stąd w przyszłości wydanie książkowe – myślę, że na spotkanie wrześniowe w roku następnym skończę tom trzeci i uda mi się całość wydrukować, a jak nie, to chociaż zapisać na płytach CD, dla zainteresowanych.
Na razie zakończyłem tom II – króciutki wers zamieściłem na końcu postu.

Pozdrawiam wszystkich i życzę miłej lektury.
Oczywiście, nadal jestem bardzo zainteresowany WASZYMI UWAGAMI I OPINIAMI.
Marek Jaszczyński.


Fragmenty tomu II.


*****

Zaraz po majowym święcie zaliczył Maro na Uniwersytecie ostatnie seminarium, a kilka dni póżniej obronił końcową pracę dyplomową i wziął miesiąc urlopu.
Był cudowny czerwiec roku 1977.
Jego motor o ptasiej nazwie „Lelek” […lelek, zwany też kozodojem łac. Caprimulgus europaeus to nocny ptak wędrowny przypominający w locie jaskółkę, a jedną z jego cech charakterystycznych jest wydawany w czasie ptasich toków głos godowy samca przypominający warkot pracującego silnika „…errro ..rrooor”…] to był po prostu unowocześniony model produkowanych w Zakładach WSK w Świdniku motocykli o technicznej nazwie WSK MO6B3 mających pojemność silnika 123 ccm, szeroko rozstawioną kierownicę, jak przy motorach crossowych, wąskie siedzisko, daleko odsunięte od kół błotniki i wysoko zamocowaną rurę wydechową. Motocykl palił niecałe 3 litry mieszanki benzyny 78-oktanowej z olejem silnikowym LUX 10, a pojemność baku wystarczała na przejechanie około 400 kilometrów. Niektórzy dyletanci i frustraci, których nie było stać na zakup motocykla, przekształcali jego firmową nazwę WSK [Wytwórnia Sprzętu Samochodowego] na „wiejski sprzęt kaskaderski”. Kolor motocykla był jaskrawo czerwony, a błotniki i osłona rury wydechowej jasno szare. Do kierownicy, z obu stron, zamocował dwa wysokie na 70 centymetrów lusterka, a z boków tylnego koła dwa składane niklowane bagażniki na torby turystyczne z wakacyjnym ekwipunkiem; namiotem, materacem dmuchanym, dwuosobowym śpiworem, kocherem i niezbędnymi ciuchami ……


*****

Rogoziniec to maleńka miejscowość położona na zachodnich rubieżach Polski, wtedy, na ziemi lubuskiej w województwie zielonogórskim.
Technikum Leśne zlokalizowano tu w dwóch budynkach dawnych koszar wojskowych Cesarskiej Armii Niemiec pochodzących jeszcze sprzed I wojny światowej, a nauczyciele i pracownicy mieszkali w służbowych domkach, w sosnowym lesie jakieś 1200 metrów dalej.
„Stawka” mieszkała tu od niedawna razem z mężem i oboje pracowali jako nauczyciele przedmiotów ogólnokształcących.
To miało być pierwsze jej spotkanie z Maro po maturze, tutaj, ale i ostatnie, bo nie przewidzieli faktycznych skutków tej jego wizyty.
Z artykułu do książki wydanej z okazji rocznicy absolwenckiej, który napisał Maro wiele lat póżniej, można by tu przytoczyć konkretny fragment dotyczący tych jego odwiedzin:
„… z Prochowic, przez Zieloną Górę pojechałem do Rogozińca, do Technikum Leśnego, gdzie wówczas mieszkała i pracowała wychowawczyni naszej klasy z Mojej Woli, nasza polonistka, historyczka, szefowa wszelkiej działalności kulturalnej, humanistycznej, humanitarnej, nasza opiekunka, przyjaciel, matka i siostra zarazem, najwspanialsza ze znanych mi osobowości - profesor ….., zwana po prostu „Stawką”. To miało być nasze pierwsze spotkanie po maturze, choć muszę zaznaczyć, że korespondencję prowadziliśmy raczej obszerną i w miarę regularną. O „Stawce” mógłbym napisać wielostronicowy esej i być może kiedyś, już na emeryturze, go popełnię.
Na dzisiaj ważne jest , że to ona sprawiła, iż jestem tym kim jestem, że to ona z bałuckiego bikiniarza i egocentrycznego młodzika ukształtowała młodego mężczyznę mierzącego zamiary na siły i siły na zamiary.
Ale wówczas jechałem do niej, jak zwykle, po radę i pomoc, i po szczęście spotkania i przebywania w towarzystwie osoby, która dała mi tak wiele, niczego w zamian nie żądając i nie oczekując. Jechałem w słońcu przez pola pełne zapachu miodu i przez las przesycony żywicą, i dojechałem - i znów było jak w Mojej Woli; wspólne dyskusje, moje zeszyty, stare wypracowania, referaty, młodzieńcze wiersze, listy, rysunki, kasety, fotografie, dziwne drobne pamiątki i pamiąteczki. Otwierałem w zadziwieniu oczy gdy, co rusz, wyciągała jakieś pudła i paczki i w rozsypywanej bezładnie zawartości wyszukiwała jakiś gadżet z mojowolskich czasów, wspominkom nie było końca. Jak żal, że to tylko kilka dni, które minęły jak chwilka, że nie ma jej już wśród nas, że nie dopadnie nas jej głośny śmiech i zapach jej mocnych perfum. Bez niej mojowolska epopeja nie byłaby pełna, bez niej nie byłoby ludzi zdolnych do napisania tego wszystkiego, co o Technikum Leśnym w Mojej Woli zostało napisane, nie byłoby ludzi zdolnych doprowadzić do wydania naszych wspomnień i historii szkoły.
Jakieś 15 km ode mnie, w leśniczówce Bagieńsko, mieszka mój znajomy leśniczy, także pasjonat koni i życia w zgodzie z naturą. Przy naszym pierwszym spotkaniu, kiedy dowiedział się, że i ja z zawodu jestem leśnikiem i gdzie kończyłem szkołę, od razu powiedział; ja kończyłem Technikum Leśne w 1978 w Rogozińcu, uczyła mnie tam profesorka z Mojej Woli, to była najwspanialsza nauczycielka jaką znam, zaraziła mnie humanistyką, i wielu moich kolegów także, brałem czynny udział w jej pracy w kółkach literackim i recytatorskim, to jej zawdzięczam miłość do kultury i sztuki, do literatury i poezji, teatru, muzyki…”.
Maro, po pierwszych „achach i ochach” został rozlokowany w wolnym pokoju, nakarmiony, wymyty i wypytany o swoje pomaturalne dzieje i wszystko to, czego nie znalazła jego mentorka w ich korespondencji, ani nie znała z ploteczek od ich wspólnych znajomych.
Kolejnego dnia poszli na daleki samotny spacer, aż do odległych dobre 10 kilometrów brzegów jeziora Błędno, a po drodze Maro zwierzył się jej ze wszystkich swoich „błędów i wypaczeń”, zarówno zawodowych, jak i rodzinnych, traktując tę rozmowę, po trosze, jak spowiedź. Nie owijał nic w bawełnę, mówił szczerze dodając do istotnych faktów analizy swoich przemyśleń i podejmowanych decyzji, starał się być obiektywny, aby opinia jego mentorki także mogła być obiektywna, aby razem mogli pomyśleć i ustalić, co też Maro powinien teraz, gdy to wszystko o czym mówili, już się stało, co też on mógłby zrobić dla swojego i innych „humanizmu z humanitaryzmem” , które tak często parafrazował w czasie szkolnych dyskusji.
Zapamiętał się Maro i zapomniał, że od tamtych lat, gdy stawiał tę kobietę na piedestale, minęło ponad dziesięć lat jego życia i nabywania nowych doświadczeń, teoretycznych i praktycznych, że zdarzyło się w jego życiu tyle rozmaitych spraw, o których wtedy nie miał najmniejszego pojęcia, że jest już dorosłym i samodzielnie myślącym człowiekiem o naturze nieodległej od charakteru egoisty, egocentryka i agnostyka zdolnego do dobrych uczynków i miłości, ale też i do podłości, i zdrady, i nienawiści.
Profesorka nie oceniała go słowami, ale w jej oczach zauważył cienie, nie błyski radości, jak niegdyś, a właśnie smutek. Jej stricte chrześcijańska dusza analizowała go wyłącznie pod jednym kątem, pod kątem przykazań kościelnych i dobrych obyczajów. Dobro i zło, żadnych szarości, melanżu, zmętnień.
Nie znalazł zrozumienia, a wyrok był krótki i treściwy:
- Powinieneś zaraz wracać i pogodzić się z żoną, wychowywać dziecko i przestać żyć, jak łajdak i społeczny pasożyt! Nie o tym, co mi powiedziałeś, dla Ciebie marzyłam, nie taki Twój obraz nosiłam w sercu. Przemyśl sobie wszystko jeszcze raz, a na pewno przyznasz mi rację.
Nie przyznał.
Po kilku dniach samotnego włóczenia się po pobliskim przecudnym rezerwacie Kręcki Łęg i Grodziszczu, po pławieniu się w jeziorze i zwiedzaniu starych poniemieckich umocnień zapakował swoje bagaże i odjechał, nad morze, do swojego ukochanego Pobierowa.
WSK 125 rozwija na asfalcie nie więcej, jak 80 km na godzinę, jechał więc, Maro, nieprędko i lokalnymi drogami, wcale się nie spiesząc i podziwiał mijane widoki pól, łąk i licznych lasów.
Po drodze, w jakiejś przydrożnej knajpie gdzie zjadł obiad, sprzedał okazjonalnie grubej barmance swoją ślubną obrączkę, na znak zakończenia pewnego etapu w swoim życiu. Pieniądze z tego były niewielkie, ale nie o nie chodziło.
Tak wtedy myślał.
Kiedy chciał odpalić motocykl, jakby za karę za ten czyn z obrączką, maszyna odmówiła mu posłuszeństwa. Po sprawdzeniu, co zacz, okazało się, że od tych upałów odparowała woda z elektrolitu w akumulatorze. Godzina była dobrze popołudniowa, czynna apteka z wodą destylowaną i atrakcyjną, dopiero co rozwiedzioną aptekarką, dobre dwadzieścia kilometrów dalej…….

…… Kolejna niespodzianka, a właściwie kara za tę wydumaną zdradę i grzech rozpusty, bo próbowali wszystkiego, co opiewa Kamasutra, …… spotkała Maro na rozjeżdzie do Szczecina, w którym to mieście chciał odwiedzić ciotkę „Złotko”. Motor zaczął się dusić i stracił moc. Przyczyna była prozaiczna – zapchał się tłumik. Kiedy przebił go stalowym prętem pożyczonym od jakiegoś rolnika szarżującego przez skrzyżowanie ciągnikiem, motor moc odzyskał, ale w rewanżu grał tak głośno, jak ten ciągnik. Wyprawa, w takim stanie, do wojewódzkiego miasta nie była możliwa i zagrożona mandatem, albo nawet zatrzymaniem dowodu rejestracyjnego, skręcił, więc, na północny wschód i pojechał prosto do Kamienia Pomorskiego. Tutaj w sklepie Polmozbytu kupił sobie nowy tłumik i do wieczora grzebał się w śrubkach, nakrętkach i czarnym nagarze. Umył się potem w fontannie koło Sanatorium i pojechał prosto pod klasztor, gdzie swoim zwyczajem, rozpoczął spacer po krużgankach wewnętrznego patio, chłonąc wieczorny koncert organowy. Lubił to miejsce, niejeden raz tu już w swoim życiu spacerował z założonymi na brzuch albo do tyłu rękoma, niejedno tu przemyślał i niejedną podjął decyzję.
Kiedy tak sobie kroczył, noga za nogą, podszedł do niego stareńki zakonnik:
- Ja Ciebie znam, synku – powiedział. – Jestem już stary, ale wzrok mam dobry i pamiętam, że widziałem Cię tutaj kilkanaście razy na przestrzeni wielu lat. Wyglądasz na kogoś, kto przychodzi w te mury, gdy ma jakiś problem albo zmartwienie, a może się mylę?
- Nie, nie myli się …Ojciec – odpowiedział mu wyrwany z zamyślenia Maro. - Lubię atmosferę spokoju, wyciszenia i rozmyślań, a muzyka pozwala mi się skupić. Zaglądam tutaj zawsze, jak jestem w pobliżu, bo mieszkam bardzo daleko. Ale problemu nie mam. Problem występuje wtedy, gdy nie można samemu dojść ładu i składu, kiedy nie można samemu sobie poradzić z życiowymi zawirowaniami, gdy trzeba szukać pomocy rodziny, przyjaciela, spowiednika albo samego Pana Boga. Dzisiaj, ja mam, tylko kłopoty, ale ich ciąg jest coraz dłuższy, i zastanawiam się właśnie, za jakie grzechy mnie to spotyka. A mam ich na sumieniu niemało, więc, trudno mi się połapać, o co faktycznie chodzi i jak mam postąpić, aby zła passa mnie opuściła. Mam nadzieję, że jak stąd wyjdę, to wszystko będzie dla mnie jasne i proste, a ja sam odetchnę z ulgą i pojadę dalej tam, gdzie droga mnie prowadzi.
- Dzisiaj chyba za daleko nie pojedziesz – powiedział uśmiechając się zakonnik i wskazał na widoczny, hen w górze, kawałek ciemniejącego nieba. - Zapraszam Cię do refektarza na kolację i, jak zechcesz, możesz u nas przenocować, mamy wolne cele i czysty koc też się znajdzie.
- Jak drogo będę musiał za to zapłacić? – zapytał Maro, ale wcale nie o pieniądzach myślał.
- Wystarczy, że sam, gdzieś tam i kiedyś tam, też spełnisz dobry uczynek, napoisz spragnionego, nakarmisz głodnego i podasz rękę potrzebującemu – uśmiechnął się ze zrozumieniem dziadunio, - a teraz chodż za mną.
Kolacja była skromniutka, chleb, ser biały, mleko, jabłka, a wszystko to okraszone cichutką modlitwą.
Po kolacji motocykl został wprowadzony na teren klasztoru przez boczną furtkę, dziadunio pokazał Maro jego celę i zaproponował udział w wieczornych medytacjach.
Medytacje miały się odbywać w refektarzu, który, jako największa sala w klasztorze spełniał funkcję nie tylko jadalni. Wysoko nad Maro rozciągało się monumentalne sklepienie krzyżowo żebrowe, a przez duże okna w ścianie wychodzącej na krużganek, wpadał do środka blask księżyca. Kilka świec nie rozświetlało dostatecznie wnętrza i siedzące dookoła chłopaka nieruchome postaci w białych habitach tworzyły łącznie widok mauzoleum albo wnętrza grobowca. Większość zakonników milczała, ale niektórzy modlili się poruszając bezgłośnie ustami.
Zamyślił się i Maro, aż zmęczenie wzięło nad nim górę i usnął.
Kiedy się obudził był w ogromnej sali sam, a na stole w kącie dopalała się jedyna świeca. Miał przemożne wrażenie, że nie jest jedyną tu obecną osobowością. Odwrócił powoli głowę i na sąsiednim stole ujrzał wpatrzone w siebie ogniki maleńkich oczu. Na blacie siedział sobie słupka szczur i poruszając wąsami uśmiechał się do niego.
- No tak – pomyślał chłopak, - nawet w takim miejscu, gdy wszyscy już śpią, człowiek i tak nie jest samotny. Czas wracać pomiędzy ludzi i cieszyć się tym, co los dla mnie przygotował i starać się tak wybierać z jego oferty, aby, gdy nadejdzie ten dzień ostatni, móc sobie powiedzieć, że nie żałuję niczego, co mnie w życiu spotkało, a na co miałem wpływ.
Może profesorka i miała rację, że postępuje żle, ale to było jego życie, nie jej, i to on musiał wybierać, co dalej, nie ona.
Poszedł spać, a rano, po nabożeństwie, w którym czuł się zobowiązany uczestniczyć, pojechał nad morze, po to, co tam na niego czekało.
A były to kolejne …niespodzianki.



……

*****




Niebo quasi świata pociemniało i jako pierwszy ukazał się Syriusz.

Lucyfer popędzał konia gnając przez połoninę w kierunku wind do swego podziemnego mini królestwa.
Dojechał do brzegu niewielkiej rzeki i przebyli ją wpław.
Gdy wychynęli z przybrzeżnych łóz naprzeciwko jeżdżca i konia szła łąką młodziutka dziewczyna, zdobna tylko w krótką koszulkę i skąpe majteczki. W jednej ręce trzymała pęk fioletowych kwiatów i rozglądając się ciekawie dookoła nuciła coś pod nosem.
Mile zaskoczony, nie zastanawiając się skąd tu nagle wzięło się na odludziu takie roznegliżowane zjawisko, już chciał w biegu poderwać ją i wrzucić na siodło, by zabrać ze sobą do swojej podziemnej rezydencji, gdy nagle rozległ się stanowczy głos:
- Sssss Zostaw ją w spokoju, Dziadku – i Aaro wyskoczył zza wielkiego głazu z uniesioną ręką.
Książę Piekła zatrzymał spienionego rumaka, zdjął swój czarny płaski kapelusz i ukłonił się wytwornie.
- Miło mi Cię znowu spotkać, mój chłopcze. Ale nie zapominaj się.
Nie urodziłeś się po to, by mi rozkazywać.
- Może – odparł nadal spokojnie Maro. – Więc proszę Cię, Dziadku. Zostaw ją w spokoju.
Lucyfer uśmiechnął się krzywo:
- Widzę, że jesteś nie tylko odważny, ale też mądry i sprytny. Ciekawe, czym zaskoczysz mnie następnym razem. Bawcie się dobrze dzieciaki.
Machnął im kapeluszem i cmoknąwszy na konia pognał dalej swoją drogą.
Kiedy odjechał niesamowity jeździec panienka poczuła się całkiem ogłupiała.
Naprzeciwko niej stał olbrzymi stwór całkiem, jak z filmowych horrorów.
Gdyby nie jego łagodne i dobre oczy patrzące pytająco i przyjaźnie umarłaby chyba ze strachu.
- Jestem Ziuta – powiedziała bojaźliwie – Całkiem nie wiem gdzie jestem i skąd się tu wzięłam. Byłam nad stawem i rzeką, ale tu jest całkiem inaczej.
Aaro wyciągnął do niej swą ogromną dłoń i syknął:
- Sss wiem. Sss nie sss bój sss się.
Nagle zza skały wyszedł koń, cały czarny, bez siodła i wędzidła.
Sykający stwór, podobny do wielkiego zdeformowanego człowieka, okrył ja swoją bluzą, a właściwie zawinął w nią, taka była wielka, i posadził na grzbiecie karosza.
Przypomniała sobie nagle, że tak całkiem niedawno jej Maro sadzał ją w podobny sposób na nieosiodłanego rumaka.
- Sss pójdę sss koło sss Ciebie sss pieszo. Sss konik sss nie sss jest sss już sss młody, sss jak sss my.
- Sss po sss drodze sss do sss domu sss pogadamy sss sobie sss trochę.
Z wysokości konia patrzyła mu teraz prosto w oczy.
Było w nich tyle łagodności, serdeczności i troski, że wcale nie skojarzyła ich koloru, z czerwienią.
Zamiast tego widziała szaro zielone oczy swojego ukochanego.
- Gdzie ja jestem? - myślała, – co się tu dzieje…?



Kiedy zeszli ukrytą ścieżką w dolinę Aaro zatrzymał konia i puścił go wolno.
Rumak popatrzył na niego kochającym wzrokiem i cichutko chrapnął, by chwilę potem pobiec w kierunku, skąd odpowiedziało mu rżenie jego stada.
Usiedli na zwalonym wiekowym pniu mateczki brzozy, chłonąc dotykiem opartych o lekko już wilgotną od rosy śliską i popękaną korę, jej stygnące soki.
Smokoczłek wskazał ręką w ciemność i powiedział, o dziwo, bez sykania:
- Niedaleko stąd stoi kasztel moich rodziców. Pójdziemy tam za chwilę razem i będziesz bezpieczna. Oni są ludźmi, jak Ty. Na pewno od razu Cię pokochają. Pozwól im cieszyć się Twoim przybyciem. A teraz posłuchaj mnie uważnie. Musisz mi uwierzyć, że to, co się wokół Ciebie dzieje jest prawdziwe i całkowicie realne. Nie jesteś w świecie duchów, ani w Krainie Czarownic. Jesteś tutaj, po prostu tutaj. To teraz jest Twój świat. Ani ja, ani Ty, ani nikt mi znany teraz tego nie zmieni, a może nawet, co jest najbardziej prawdopodobne, nigdy. Nie płacz, więc, i nie narzekaj. Przyjmij to, jako dopust Boży, jak mawiacie wy, ludzie. Czy pamiętasz książkę Władca Pierścieni? – zapytał.
- Tak. Doskonale pamiętam – czytaliśmy ją z moim chłopakiem – to była jego ulubiona powieść Tolkiena, …po Hobbicie – dodała jeszcze szybko zdziwiona pytaniem.
- Ja też znam ją doskonale – kontynuował Aaro – to jest już coś, co nas łączy i pomoże Ci mnie zrozumieć.
Delikatnym ruchem rozsunął jej kurtkę i w cieniach nocy zalśnił na szyi Ziuty biały kamień.
- To jest kamień Evenstar uosabiający Twoją urodę i dobroć. Pamiętasz? Spotkaliśmy się, gdy na niebie ukazał się Syriusz. Czy Twój chłopak nazywał Cię czasami elfiną? – zadał znowu pytanie.
- Tak. Nie… Właściwie to nazywał mnie półelfką, a jak kiedyś spytałam, dlaczego tylko pół i czy może tylko pół mnie kocha to odrzekł, że gdybym była elfiną to miałabym wielkie spiczaste uszy, co na pewno by zauważył przy moich krótkich włosach, …i jeszcze dodał; Ty mój mały osiołku… – odpowiedziała i zarumieniła się mocno, co Aaro natychmiast wyczuł.
- Widzisz, więc, że w takim razie możesz pochodzić z ich rodu, a ponieważ on to w Tobie widział to na pewno tak jest. Jeżeli, więc, my, spotkaliśmy się tutaj o zmierzchu, jeżeli świecił wtedy Syriusz, jeżeli jesteś półelfką i jeżeli wreszcie na Twojej szyi błyszczy Evenstar – to, kim jesteś naprawdę, dziewczyno?
Zszokowana Ziuta, hipnotycznie podążając za torem jego myśli, wyszeptała:
- Jestem Undomiel, Gwiazda Wieczorna Elfów, a na imię mi Arwena - Królewska Dziewczyna – odpowiedziała machinalnie.
- Tak Arweno. Tym właśnie jesteś. Popatrz teraz - i wyciągnął rękę, na której zalśnił turkusem i zamigotał podarowany mu przez Antę pierścień Ma.
- To przecież pierścień Barahira. Ty… Ty chcesz mi powiedzieć, że jesteś Aragornem – aż zachłysnęła się z wrażenia – i…, że ukrywasz się w tej postaci, jak on latami pod habitem i kapturem Obieżyświata.
- Tak, Arweno. Tak. Naprawdę mam na imię Aaro. Ale dla Ciebie jestem Aragornem, Czy mnie rozumiesz? – odpowiedział.
- Czy to znaczy, że jesteśmy w Śródziemiu, w moim Złotym Lesie Lothlorien? Czy ja śnię? – przetarła piąstkami oczy i rozejrzała się niepewnie dookoła.
- Nie, Arweno. Jesteśmy w Enekecie, w Dolinie Koni. Ale od dzisiaj to jest nasze Śródziemie. Tak, jak w tej pięknej baśni. Zaakceptuj to, a będziesz szczęśliwa. Od dzisiaj dla Ciebie nic już nie jest takie, jak było, ale może być takie, jakie zechcesz, jakie stworzysz i uznasz za swoje. Wtedy będziesz widzieć to, co zechcesz zobaczyć, słyszeć to, co zechcesz usłyszeć i czuć to, czego czuć zapragniesz – powiedział jeszcze, – a teraz już chodźmy.
Podniósł się i wziął ją na ręce.
- Muszę Cię zanieść – zaśmiał się, – bo mi się jeszcze zgubisz w tym mroku.
- Jeszcze jedno – kontynuował – z Tobą mogę rozmawiać normalnym ludzkim głosem, ale z wszystkimi innymi trochę sykam. Nie przejmuj się tym, bo i ja sam nie wiem, dlaczego tak jest. Moi rodzice to Anta i Brono – dodał.
Kiedy dotarli za palisadę w oknach dworu widać było jasne światła.
Aaro otworzył podwójne drzwi i skierował się na prawo, do rycerskiej komnaty.
W palenisku buzował ogień pod kociołkiem z gorącą wodą.
Z sufitu zwieszało się kilka lamp oliwnych rozdzielając swe światło na ściany pokryte orężem i centralny stół nakryty teraz obrusem i zastawiony smakołykami.
Kiedy Aaro postawił swój ciężar na ziemi i wyłuskał dziewczynę z kurtki, z ławy pokrytej wilczurami podniosły się dwie postaci i rozległ się dźwięczny głos Anty:
- No, nareszcie. Już nie mogliśmy się Was doczekać.
Podeszła do dziewczyny i zagarnęła ją ramieniem.
- Ja jestem Anta, a to Brono – wskazała ruchem głowy na wysokiego wojownika.
- Chodź dziecko. Umyjemy Cię i odziejemy, jak przystało na Królewnę – dodała – a Wy nie zjedzcie wszystkiego – pogroziła mężczyznom żartobliwie palcem.
Kiedy weszły do kuchni bezceremonialnie ściągnęła Ziucie koszulkę i majteczki pokazując na balię z pachnącą wodą, stojącą na środku.
Zaskoczona dziewczyna weszła do środka i usiadła. Anta podeszła do niej i namydliwszy w pęku krwawnika lnianą szmatkę umyła ją, jak niemowlaka, zaśmiewając się, gdy dziewczyna zasłaniała wstydliwie piersi i podbrzusze.
- Nie krępuj się tak – powiedziała – w sypialni śpi moja córeczka – ma już siedem lat i bardzo lubi, jak ja ją myję. Jak Ty – zaśmiała się znowu.
- Jak masz na imię? – zapytała znienacka.
- Arwena – odpowiedziała zaskoczona Ziuta.
- Pięknie, panno Undomiel – zaśmiała się znowu Anta – widzę, że spodobała Ci się zabawa, więc niech tak zostanie, bez zbędnych wyjaśnień. Wstawaj.
Natarła ją szorstkim ręcznikiem, aż skóra dziewczyny zrobiła się różowa.
- A teraz do dzieła. Wkładaj te szmatki – zarządziła.
Po chwili Ziuta ubrana była w srebrzystą tunikę do kolan, białe czółenka i białą opaskę na ciemnych, znacznie teraz dłuższych, niż gdy poznała Maro, włosach.
Anta dotknęła białego kamienia na jej szyi i wtedy kamień zalśnił tak mocno, że aż zmrużyła oczy.
- Prawdziwe czary – westchnęła – tyle w tym maleńkim kamyku miłości. I tęsknoty…
Ze stojącego na półce puzderka wyciągnęła srebrny, pleciony z delikatnych owali pasek i założyła go w talii zaczerwienionej nagle, nie tylko od gorącej kąpieli, panienki.
Pasek zwisał luźno przekrzywiony na biodro i Ziuta chciała go poprawić, ale Anta stanowczym ruchem zatrzymała jej ręce.
- Nie, kochanie. Teraz już nie – matczynym ruchem pogłaskała ją po całkiem płaskim jeszcze brzuchu i pocałowawszy w policzek chwyciła jej rękę, pociągając za sobą do dużej komnaty.
- No, no… – powiedział zaskoczony urodą Ziuty Bron i spojrzawszy na Aaro dodał – widzisz to, co ja, synu? - Robi nam się tu prawdziwy babiniec. I to piękny – uśmiechnął się do Ziuty.
- Siadaj, Arweno - powiedziała Anta – musisz być bardzo głodna. Brono! Zrób dziewczynie ciepły napój z miodu i soku z malin. A bystro! – zarządziła swoim zwyczajem, siadając obok dziewczyny.
- Słyszysz to, co ja, Aaro? – zapytał Brono syna.
- Sss ja sss zrobię – odpowiedział pojednawczo smokoczłek i wziąwszy ze stołu pucharek zabrał się do przygotowywania rozgrzewającego koktajlu.

Po kilku minutach atmosfera przy stole zrobiła się całkiem swobodna. Anta opowiadała Arwenie o psikusach Anitki, Brono o koniach i innych zwierzątkach mieszkających w ich dolinie i okolicy, Aaro słuchał i potakiwał kiwając głową, a przy okazji nakładał na talerz Ziuty smakowite kawałki mięsa, ryby, owoce i słodkie kuleczki z pszennego ciasta nadziewane kwaskowatymi owockami kaliny.
Brono wypił sam całą butlę syconego miodu i właśnie zaczął intensywnie rozglądać się na boki w poszukiwaniu drugiej, gdy Anta pogroziła mu palcem wskazując na gościa.
Choć nie upłynęła jeszcze godzina od chwili, gdy usiedli do stołu, powieki Ziuty zrobiły się ciężkie i poczuła się naprawdę zmęczona i senna.
Anta natychmiast to zauważyła i nieznoszącym sprzeciwu głosem zarządziła:
- Chłopy, wynocha do wieży. Dzisiaj możecie sobie chrapać do woli. Zabieram Arwenę do siebie, bo ktoś musi nad nią czuwać. Wiele ostatnio przeżyła. Potrzebuje troski, opieki i wsparcia. I żadnych porannych pobudek. Wstaniemy, jak się wyśpimy. Jak chcecie możecie iść rano na gołoborze i złapać parę dzikich królików. Przyda nam się delikatne sssmiesnko – uśmiechnęła się do syna.
Wstali, jak karni żołnierze, skłonili się nisko i wyszli przepychając się rubasznie w drzwiach.
Po chwili ucichły ich głosy i tylko szeleszczące cykanie świerszcza było słychać za oknem.



------------------------------------

Lucyfer rozsiadł się w fotelu i sięgnął po stojący na biurku dzwonek.
Kiedy w drzwiach pojawił się dyżurny rogacz rzucił:
- Przyprowadżcie mi tu naszych niebiańskich gości!
Po kilku minutach trzej aniołowie stanęli przed nim w karnym szeregu.
- I cóż zdecydowaliście? – zapytał bez ogródek.
Pierwszy odezwał się dyplomatycznie super agent Pana Piekieł:
- Ja nie jestem przeciwny współpracy z Waszą Książęcą Mością,
ale co będzie jak Szatan się dowie, że knujemy przeciwko niemu?
Nasi litościwi Archaniołowie najwyżej nas ześlą na II Galaktykę,
ale jak wpadniemy w Piekle to zostaniemy tu już na zawsze,
nie w pięknych szatach jednak, i nie pośród haremu hurys,
ale w beczkach ze smołą.
- I do tego z zamkniętymi wiekami – dodał agent Pana Boga.
- I będą podgrzewać ostro – włączył się do dyskusji agent Pani Świata.
Lucyfer zaśmiał się sardonicznie.
- Ale jak się nie zgodzicie to ja Was usmażę osobiście, … już teraz!
- warknął niezadowolony.
-Tak tylko …myślimy? – odpowiedzieli chórem.
- To nie myślcie za dużo. Od tego ja tu jestem.
Nikt się niczego nie dowie bo będziemy działać jawnie.
Każdy z Was powie w Niebie, że zgodził się pod przymusem na współpracę ze mną w celach wywiadowczych, jako podwójny agent,
ale będziecie przede wszystkim służyć mnie.
Ja zaś powiem Szatanowi, że skaptowałem do współpracy trzech aniołów i utworzyłem z nich tajną drużynę mającą za zadanie zdobywanie jak największej ilości informacji i szerzenia w Niebie defetyzmu oraz kaptowanie dla nas dalszych popleczników.
Tak, więc, nasi przełożeni będą coś tam wiedzieć, ale nie to,
że my przygotowujemy zamach stanu w Niebie i w Piekle jednocześnie.
Zrozumieliście?
Cała trójka złożyła dłonie i skłoniła się przed nim tak nisko,
że aż aureole przechyliły im się na głowach.
To było nie tylko poddaństwo.
To był wyraz szacunku.





--------------------------------------------



******


Tego roku zima była długa i mrożna.

W murach chęcińskiego zamku nie było luksusów, ale Arwenie, małemu Eldo i Aragornowi żyło się całkiem nieżle.
Jako przyboczni władczyni opływali we wszelkie dobra, a przede wszystkim mieli pod dostatkiem pożywienia i dużo drewna na opał.
Zima była też okresem szczególnym, jeśli chodzi o polowania.
Na śniegu, zazwyczaj po świeżo spadłym, tak zwanej ponowie, tropy zwierząt w okolicznych lasach prowadziły myśliwych bezbłędnie do ich legowisk i kryjówek.
W okolicznych lasach żyły nie tylko sarny i jelenie. Często można było spotkać także żubry i łosie oraz leśnych drapieżników; lisy, rysie, żbiki, borsuki, jenoty, a nawet wilki, i to całe watahy.
W grupie wilków zawsze przewodziła najbardziej doświadczona wadera i jej przyboczny basior, samiec Alfa.
Polowały zazwyczaj stadnie, sposobem ludzi, czyli z naganką.
Część sfory zaganiała upatrzone stadko saren lub dzików, czasami także pojedynczego łosia czy cielaka żubra, na wybraną polankę, gdzie czekali już główni myśliwi. Po krótkiej, zażartej walce zawsze zwyciężali napastnicy, by potem, w określonej kolejności, korzystać z darów losu i swojej przemyślności.
Na wilki z kolei polowali ludzie, ale nie dla mięsa, tylko dla ich cudownych, puchatych i ciepłych futer.
Najpierw zaznaczali teren, zazwyczaj dość duży, na którym spotykali wilcze tropy. Ogradzali go sznurami z nanizanymi kolorowymi szmatkami, co w języku myśliwych nazywało się fladry.
Zostawiali jeden wolny wylot za którym kryli się strzelcy.
Naganka wchodziła przez sznury do środka koła i waląc pałkami w drzewa przesuwała się w kierunku wylotu.
Kiedy spłoszona wataha wybiegała na głęboki i miękki śnieg, lgnąc i nie mając gdzie uciekać, zza drzew wyskakiwali strzelcy z łukami i kuszami szyjąc do biednych stworzeń, jak podczas treningów do tarcz na zamkowym dziedzińcu.
Zazwyczaj wraz z wilkami udawało się zagonić także i inne zwierzęta, łupy były, więc, obfite.
W takich polowaniach uczestniczyli też nasi młodzi bohaterowie.
Pewnego razu został raniony młody, nie więcej niż półroczny wilczek. Arwena uchroniła go przed żądnymi krwi dworakami i zabrała ze sobą. Rana nie była głęboka, przynajmniej na zewnątrz, bo w sercu wilczek długo przeżywał swoją porażkę i był bardzo nieufny.
Czego jednak nie potrafi zrobić kobieta, jeżeli się uprze?
Arwena tak długo i z ogromnym zaangażowaniem osobistym zajmowała się szczeniakiem, aż zaczął on traktować ją, jak swoją poległą, wilczą matkę, a małego Eldo, jak brata.
Nazwała go Ringo.
Jeżeli chodzi o jego relacje z Aragornem to były bardzo poprawne. Szczeniak słuchał się go i nawet lubił, co wyrażał częstym ocieraniem się o jego nogę i wspólną zabawą w rzucanie patyków i aportowanie, nigdy jednak nie położył, tak jak kładł zawsze Arwenie, swego pyska na jej stopach, gdy siedziała na zydelku, czytając lub szyjąc.
Nigdy też nie kładł się przy mężczyźnie na plecach pozwalając głaskać się i czochrać po brzuchu – takie pieszczoty zarezerwowane były wyłącznie dla kobiety i dziecka.
Swojej pani nie odstępował prawie nigdy, tak, że mogłaby biegać nawet nago po zamku i okolicy, a jej stróż nikogo obcego, by do niej nie dopuścił.
Pewnego dnia Arwena zabrała go ze sobą na samotne polowanie.
Aragornowi powiedziała, że wróci za dzień lub dwa, a zatrzyma się na nocleg u swojej przyjaciółki w niedalekich Kielczykach.
Miała ogromną ochotę sprawić sobie lekki futrzany kubraczek z zimowych wiewiórczych skórek.
W okolicy bywały wiewiórki rude i czarne, ale nie tylko.
W wyniku introdukcji sprowadzono bowiem do Eneketu bardzo wiele przedstawicielek tego gatunku z całego świata.
Arwena, z dawnego swojego życia, pamiętała wiewiórki z milickiego parku.
Maro miał na ich punkcie prawie fobię. Wiedział o nich wszystko i zaraził ją sympatią do tych miłych i towarzyskich stworzeń.
Kiedy spacerowali po lesie zawsze jakąś wynalazł w koronie drzewa i zabawiali się rzucając jej kawałki herbatników, małe orzeszki, a nawet cukierki w kolorowych papierkach, które to wiewiórki rozpakowywały i albo zjadały na miejscu, albo zabierały, chowając w swoich dziuplach, czy innych ukrytych na drzewach lub w ziemi spiżarkach.
Kiedyś myślała, że wiewiórka jest tylko jedna – ruda.
Arwena, a w tamtych czasach i miejscu Ziuta, miała doskonałą pamięć do nazw łacińskich.
Teraz, jadąc na zgrabnym hucule i mając przy boku, jak skonstatowała, szarego canis lupusa, przypominała sobie wszystkie te nazwy:
Sciurus vulgaris – wiewiórka pospolita ruda typowo polska, w zimie szaro ruda lub szaro popielata,
Sciurus carolneusis – wiewiórka szara z białym brzuszkiem, czasami z czarnym grzbietem,
Sciurus aureogaster – meksykańska szaro ruda wiewiórka, tak zwana rudobrzucha z charakterystycznymi jaskrawymi plamami na głowie i w okolicy ogona,
Heliosciurus gambianus – wiewiórka gambijska z Sudanu,
Hyrosciurus ileile – stworzonko z Indonezji, a konkretnie wyspy Celebes, która to wyspa kształtem przypomina skorpiona, choć według Maro był to rysunek stojącego, tańczącego smoka,
Glyphotes sinus - z Borneo,
Funambulus falmanum – wiewiórka palmowa z Nepalu i Sri Lanki, brązowa z białym brzuszkiem i żółtymi pręgami po bokach,
Excilisciurus exilis - z wyspy Kalimantian w Indonezji,
Exiperus ebbi – wiewiórka rafiowa z Afryki,
Hylopates alboniger – malutka srebrzysta kuleczka z Azji,
Glaucomys rolans – tak zwany assapan czyli wiewiórka latająca o ogromnych oczach, długich wibryssach na policzkach, pochodząca z Ameryki i wydająca głos świergotu, niczym ptaszek, w chwilach zagrożenia głośno i przenikliwie ostrzegawczo piszcząca,
Ratufa bicolor – inaczej jalarang, prawie czarna z białym brzuchem i do tego wielka, ponad półmetrowa z tak samo długim ogonem, a pochodząca z wysp Jawy, Bali i Sumatry,
Xerus inauris - z afrykańskich sawann, też ogromna ponad półmetrowa, szara o odcieniu niebieskim,, z białym brzuszkiem, tak zwana wiewiórka przylądkowa, żyjąca w norach na ziemi i co dla niej bardzo charakterystyczne, wykorzystująca swój wielki i szeroki ogon jako parasol przed słońcem,
Sundasciurus hippurus – wiewiórka końskoogonowa z Azji,
Callosciurus prevosti – wiewiórka trójbarwna z Borneo z czarnym grzbietem, brązowym podbrzuszem i białymi pasami po bokach oraz kolorowymi plamkami w kolorze bieli, szarości i czerwieni,
Microsciurus mimulus – wiewiórka mała z Kostaryki i Panamy, ale wcale nie taka mała, jakby na to wskazywała jej nazwa,
Tamiasciurus hudsonicius – jaskrawo czerwony potworek z Kanady,
Tamiasciurus Douglasie – zwana czikari, z pomarańczowym brzuchem, czarnymi pasami po bokach i czarnymi końcówkami włosów na ogonie,
Parakserus capagni – w kolorze żółtym
i wreszcie Paraxerus lucyfer – wiewiórka diabła, obie z Afryki.
Tyle się Ziucie przypomniało, choć wiedziała, że są jeszcze inne odmiany, nie licząc pochodzących z tej rodziny susłów, kręgowców, świszczy i świstaków oraz piesków preriowych.
I tak to, myśląc o tych leśnych wesołkach, zastanawiała się, czy będzie jej lekko wypuścić ostre strzały w ich kierunku dla cennego futerka i zaspokojenia swojej żądzy bycia modnisią.
Takoż sobie medytując dojechała na niewielkie wzgórze.
W długim i wysokim na kilka metrów urwisku zauważyła trzy otwory prowadzące do jaskiń. Zsiadła z konia i razem z Ringiem weszli do środka.
Wilk warkotał głucho, ale śmiało szedł przodem.
Nie było ciemno i Arwena widziała porysowane i popękane ściany oraz niski kamienny strop nad głową. Na boki odchodziły wąziutkie korytarze.
Gdy weszli już jakieś dwadzieścia metrów w głąb groty wilk stanął i nastawił uszy, potem cofnął się i usiadł przy nogach dziewczyny popatrując na boki.
Arwena zdjęła łuk z pleców i nałożyła strzałę na cięciwę.
Z bocznego korytarza rozległ się jednak spokojny stłumiony ścianami głosik:
- Nie strzelaj panienko. To tylko ja, skrzacik Koszałek Opałek.
W otworze ukazała się główka ubrana w długą czerwoną czapeczkę z pomponem, a po chwili wychynął, nie większy jak metr, człowieczek z białą broda do pasa.
- Ja tu mieszkam, za zakrętem – powiedział, – ale Tobie nie radzę iść dalej. Mało tu miejsca dla dużych ludzi. Poza tym czasami z głębiny przychodzą diabełki i balują w tej sali, albo grają w karty. Jak kogoś zobaczą to zapraszają do stolika. I jeszcze nikt nigdy z nimi nie wygrał. Strasznie oszukują. Ja gram z nimi tylko na zapałki, ale też zawsze przegrywam. Diabliki nazywają się bardzo brzydko; Ubek, Korektor oraz Cenzor i, jak za dużo piwa wychlają, to mażą mi brudnymi paluchami po księgach, śmiejąc się ze mnie i z mojej uczciwości. - Przegranego człowieka zabierają potem do siebie i ludzie nigdy stamtąd nie wracają – pokazał na najciemniejszy kąt jaskini.
- Ja jestem Arwena – odpowiedziała – i tylko tak sobie zwiedzam, z ciekawości.
- Aaa, Arwena. Ja kiedyś znałem taką sierotkę Marysię, ale to było dawno i jak w bajce, kiedy mieszkał tu ze mną nasz król Błystek i moich pięciu braci; Biedronek, Sikorek, Żagiewka, Groszyk i Podziomek. Teraz oni mieszkają w innej jaskini, jakieś siedem kilometrów stąd. Na moją mówią Piekło, a swoją nazywają Rajem. Pokażę Ci drogę.
- A dlaczego tu mieszkasz całkiem sam? – zapytała go jeszcze Arwena.
- Moi współplemieńcy mnie nie lubią. Ja jestem kronikarzem bożęcego rodu i wszystko wiernie opisuję, nawet to, co głęboko w sypialni ukryte. Bracia i król nasz Błystek, zaś, chcieliby, abym pisał tylko kanonizowane, banalne, zwyczajne choć piękne rzeczy, szczególnie te, ich osobiście dotyczące. Jednak kronikarzowi kłamstwo i skrytość nie przystoi, prawda? – zapytał.
- Poza tym ja jestem biseksualny – odparł nieco zażenowany – i mam żonę oraz przyjaciela. A bracia tego nie pochwalają i nie lubią mojej ludzkiej konkubiny i kochanka. Nasze krasnoludzie baby są grube i brzydkie, a moi partnerzy są piękni i młodzi. - Ja też jeszcze nie stary, i …jary – mówiąc to pokazał na znaczne wybrzuszenie portek w kroczu. - Teraz oni pojechali sprzedać upolowane przez nas skóry i znalezione tutaj korale. Potrzebne nam zapasy mąki i drożdży na placki, a przede wszystkim korzenie ginsenga, to znaczy żeń-szenia i czekolada na dobrą potencję, bo my krasnoludki jesteśmy mocno jebliwe – dodał.
- Tam – pokazał palcem. – Tam trzeba jechać – i zniknął w ciemnościach.
Arwena dosiadła hucuła i ruszyli we wskazanym kierunku.
Po niedługim czasie dojechali, drogą przez las, do kolejnej górki.
Nad wlotem do jaskiń stała drewniana tablica i widniał na niej, napisany wielkimi kulfonami napis, „Jaskinia Raj”.
Drewniane okute wrota były jednak zamknięte.
Arwena podjechała do nich i kilka razy uderzyła toporkiem.
Zaskrzypiało okropnie i w niewielkiej szparze ukazała się kolejna głowa w czerwonej czapeczce z pomponem i długą brodą, tym razem rudą.
- Kto to wali tak do moich drzwi – warknął grubym głosem krasnal.
- To ja, Arwena – odpowiedziała. – Zmarzłam okrutnie i wieczór już blisko. Czy można tutaj posilić się i zanocować? – zapytała grzecznie.
Drzwi uchyliły się szerzej i krasnal wpuścił ich do środka.
- Tam z boku jest stajenka – mruknął. – Możesz zostawić tam konia i psa – popatrzył przy tym na wilka z obawą.
Arwena kazała Ringowi zostać z hucułem i poszła dalej, za skrzatem.
Trafili do wielkiej groty, gdzie pod ścianami leżały ogromne bloki skalne, a z sufitów zwieszały się liczne stalaktyty tworząc, jakby ogromny żyrandol. W ich załamaniach odbijały się miliardy świetlików od rozstawionych na ławach lamp oliwnych.
Pod ścianami widać było kolumny powstałe z połączenia zwisających stalaktytów z wyrastającymi z podłoża stalagmitami.
Jaskinia miała jakieś trzydzieści metrów na osiem i stwarzała monumentalne wrażenie.
Na ławach, dookoła wielkiej kolumny naciekowej przypominającej harfę, siedziało kilku podróżnych, popijając piwo w cynowych kufli i rozmawiając ściszonymi głosami.
Nawet nie zwrócili na Arweną uwagi zajęci sobą i pienistym trunkiem.
Krasnal prowadził ją dalej.
Dotarli do kolejnej sali.
- To jest Sala Kolumnowa – powiedział przewodnik.
Na dnie groty widać było liczne stawki i jeziorka, opalizujące zielenią i czerwienią, w ścianach pyszniły się naturalne perły i koralowce, a z sufitów zwieszały się korzenie drzew, które przedarły się tu z góry przez pęknięcia skały. Kolumn było rzeczywiście dużo.
Potem przeszli kładką nad jeziorkiem i weszli do Sali Stalaktytowej.
Nacieki przypominały tutaj swoim kształtem, Arwenie, ludzi i zwierzęta, była też wielka kolumna przypominająca pagodę, no i mnóstwo zwisających skalnych nacieków oraz wystających z podłoża skalnych kolców, o fantastycznych kształtach i barwach.
Po, właściwie tańcu, pomiędzy tymi cudami natury, weszli do sali zwanej Wysoką. Miała około ośmiu metrów wysokości w centrum i także, jak w poprzednich salach, były tam jeziorka i piękne formy naciekowe. Z jeziorek wypływały strumyczki, tworząc maleńkie szemrzące kaskady, pylące dookoła wodnymi oparami.
W różnych miejscach stały tu także stoły i ławy, przy nich siedzieli nieliczni podróżni, a pomiędzy nimi kręciły się, jak dziewczyna zaraz obliczyła, jeszcze cztery krasnoludki, roznosząc kufle z piwem i półmiski z potrawami.
Przewodnik wskazał jej wolny stolik i zaraz doniósł kufel piwa oraz mały półmisek z pieczonymi udkami kurczaka oraz piklami i chlebem.
Po chwili, gdy już trochę podjadła, podszedł do niej jeden z krasnali i zapytał, czy zostanie także na noc.
- Tak – odparła, – ale chciałabym pojedynczą izbę i zgodę na zabranie do niej mojego pieska – dodała, rzucając na stół złotą monetę.
- Tak, Pani – krasnal złapał pieniądz w locie i skłonił się przed nią nisko i z szacunkiem – w pokoju znajdzie też pani słodycze i owoce wliczone w cenę. Gdyby, co, to ja tu teraz rządzę. Nazywam się Groszyk.
- Powiedzcie mi, wielki Groszyku – zapytała – skąd taka dziwna nazwa waszej karczmy?
Krasnal o mało się nie przewrócił z wrażenia, potykając na niewielkim stalagmicie.
- Cooo…? Jakiej karczmy, Pani? Jesteś w cudownej Jaskini Raj, największej na świecie i należącej do naszego króla Błystka, a właściwie to do nas wszystkich, bo mamy teraz demokrację, no nie? – wyjaśniał szybko. - Słynie ona z tego, że podróżnym, we śnie i czasami na jawie, ukazują się tutaj anioły, które my znamy tylko z opowieści, bo nigdy ich nikt nie widział na własne oczy. Nie bluźnij, Pani. To miejsce jest, jak kościół albo chram, których już nie ma, przynajmniej w naszej okolicy – dodał chytrze, widząc uśmieszek niedowierzania na jej twarzy.
Po tych słowach zostawił ją samą i podreptał do swoich obowiązków.
W kilka minut póżniej doniesiono jej nowy kufel z piwem oraz drewnianą michę z zupą.
- To jest szewczucha zabielana, a ja jestem Żagiewka – powiedział krasnal. – Ta zupa to taka nasza świętokrzyska zalewajka, na naturalnym zakwasie, z kaszą, grzybami i ziemniakami oraz ze śmietaną. Ja, natomiast, jestem niejadalny, ale za to do wzięcia – uśmiechnął się do niej obleśnie.
Kiedy zjadła z apetytem gorące danie doniósł jej kolejne, tym razem na trzech talerzach.
- A to – wskazał na pierwszy – goły, czyli kluski z surowych tartych ziemniaków z jajami gotowane w osolonej wodzie, a te złote wężyki to kawałki smażonej słoninki.
- A to – pokazał na drugi talerz – pasibroda. – Także kartofelki, ale gotowane, utłuczone i wymieszane z kwaszoną gotowaną kapustą.
- A to jest omyłka – uśmiechnął się – fasolka gotowana z kapustą i prawdziwkami.
Dwa kolejne krasnale, jak domyśliła się Ziuta mająca jeszcze w zakamarkach pamięci baśń Marii Konopnickiej, Sikorek i Biedronek, doniosły też i ustawiły na środku stołu wielki półmisek z brązowo złotą pieczoną gęsią, pachnącą czosnkiem i leśnymi ziołami.
Kiedy Arwena ją zobaczyła zaczęła się śmiać, bo gęś nie była chyba mniejsza od niej.
Najadła się do syta, albo raczej obżarła, beknęła zdrowo i poszła za swoim przewodnikiem do kolejnej komnaty.
Okazało się, że to jest ta pierwsza, co znaczyło, że w jaskiniach chodzi się w kółko. Ze stajni zabrała Ringa, broń i otrzymany metalowy klucz od pokoju z numerem 6.
W torbie miała też kawał półgęska dla swojego obrońcy, który uniosła ze stołu razem z kawałem chleba..
Dla dopełnienia obżarstwa na półce w sypialni pyszniły się, tak na wszelki wypadek, wliczone w cenę, przekładańce z ciasta i maku oraz pieczone w popiele jabłka. Spróbowała po kawałeczku i znowu beknęła.
Obmyła twarz i ręce w źródlanej wodzie, ściekającej z jednej ze ścian do małej skalnej misy, zrzuciła swoje szmatki i ułożyła się w całkiem wygodnym drewnianym łożu, a wilczek na piasku pod drzwiami.
W środku nocy obudziło ją coś mokrego na buzi.
To Ringo lizał ją, wybijając ze snu w ten właśnie sposób.
Usiadła no łożu i zdziwiła się, że jest widno, choć lampę zgasiła zanim jeszcze przyłożyła do poduszki głowę.
Nacieki na suficie i ścianach dawały lekkie, acz wyrażne światło.
Odwróciła się i zobaczyła Białą Anielicę trzymającą przy ustach palec, wskazujący na zachowanie całkowitej ciszy.
- Nie bój się – przekazała jej telepatycznie. – Wszystko Ci zaraz wyjaśnię. Nie jestem Twoim aniołem stróżem, bo w tym świecie takowych nie ma. Udało mi się jednak przedostać tutaj, aby Cię ostrzec. Mój podopieczny, Maro, bardzo by chciał to zrobić, ale nie może, więc, ja robię to za niego i … dla niego. My anioły, jednak tylko nieliczne, mamy dar znajomości niektórych spraw w ludzkim świecie, dawnych, teraźniejszych i przyszłych. Ciebie, Ziuto, znam już bardzo dawno i bardzo mi jesteś bliska. Przybyłam tutaj, bez wiedzy i zgody moich zwierzchników, aby Cię ostrzec. Nie możesz długo przebywać w zamku, gdzie mieszkacie. Grozi Wam wielkie niebezpieczeństwo. Z pierwszym tchnieniem wiosny musicie opuścić to miejsce i powędrować dalej w poszukiwaniu swojego losu. Będziesz wiedzieć, który to dzień i nie możesz wówczas zwlekać. To będzie wtedy, gdy Twój pierścień, który dał Ci Aaro, zabłyśnie turkusem. Jedżcie na zachód, a potem na północ, nad rzekę, którą płynie nadzieja.
Złożyła ręce, jak do modlitwy i uśmiechnęła się smutno do Arweny.
Łagodnym skłonem pochyliła się i musnęła dziewczynę skrzydłem, a potem zniknęła w ścianie jaskini.
Zrobiło się ciemno i Arwena ponownie przyłożyła do poduszki głowę.
Ale nie mogła już usnąć.
Jak to kobieta – martwiła się na zapas.



***************************************************



*********************



*****




Na dalekiej pustyni była już noc.

Aro leżała rozwalona na posłaniu w swojej celi i przeżywała miniony dzień.
Po szczęśliwym wylądowaniu obie z Ro stwierdziły, że dookoła nich jest sama pustka.
Piasek był biały i w blasku słońca kryształki kwarcu odbijając promienie raziły ich ślepia.
Skierowały się na północny zachód by, choć trochę, ulżyć wzrokowi.
Po kilku chwilach zobaczyły jezioro, zielone drzewa, a między nimi niewielki biały pałacyk. Uszczęśliwione ruszyły chyżo w tamtym kierunku, ale im szybciej szły, tym bardziej miniaturowy pałacyk się oddalał.
Wreszcie Aro stanęła.
- Mamo. Przecież to fatamorgana. Miraż pustynny. Ten blask nie tylko nas oślepia, ale i ogłupia – dodała podenerwowana – gdzie jest ta cholerna szkoła?
- A tutaj – rozległ się za nimi niski i gruby głos.
Odwróciwszy się gwałtownie ujrzały postać Cyklopa, wielkoluda z jednym okiem pośrodku czoła.
- Jestem Telemus Prorok, poeta natchniony – wysapał – mam pieczę nad hoplitami. Ty… - wskazał nagle ogromnym paluchem na Aro – Ty nie zagrzejesz tu długo miejsca. Póki co, jesteś nie lepsza od najgorszego u nas matoła, lepiej, więc, od razu wracaj do swego grajdoła – dodał wrednie częstochowskim rymem.
Aro o mało nie skoczyła, by go dziabnąć zębami i wbić szpony we wstrętną gębę, ale matka powstrzymała ją stanowczym gestem.
- Mowa jest srebrem, a milczenie złotem – powiedziała Ro – lepiej o tym pamiętaj nędzny wierszokleto i nie kłap dziobem niepytany. Prowadź nas do Osła! – dodała rozkazująco wlepiając w niego swoje czerwone ślepia, które rzucały błyskawice gniewu.
Olbrzym, jakby nagle zmalał pod jej wzrokiem, i już potulnie wskazał kierunek.
- Dobra, dobra. Chodźcie smoki. To tylko dwa kroki.
Ruszyli przez piasek we wskazanym kierunku. Za niewielką wydmą zobaczyli rzekę wijącą się po piasku. Aro pognała do przodu i chlupnęła do wody rozbryzgując ją dookoła siebie.
Z wody wynurzył się łeb węża i zasyczał:
- Sss, czego wariujesz jaszczurzyco? Myślisz, że jak nic nie widać to nikogo tu nie ma. Sss płoszysz mi ryby – syknął znowu, gdy Aro zanurzyła się ponownie.
Ale ona za nic miała jego gadanie i chlapała się dalej.
Za rzeką widać było bloki z żółtego kamienia ogrodzone niskim murem.
Wielka brama z figurą lwa na szczycie prowadziła na obszerny dziedziniec.
Było cicho i pusto.
Nagle rozległy się głosy trąb i z bloków zaczęła się wylewać sporawa gromadka biegających, pełzających, skaczących i wrzeszczących stworów.
Wszystkie kierowały się ku wodzie, jak zwierzęta do wodopoju.
Przodem szły stwory na dwóch nogach pokryte sierścią, z porożami na głowach.
Jedne miały wysokie szydlaki, inne rozgałęzione korony z licznymi ostrymi wypustkami, jeszcze inne bawole ogromne zakrętasy, pozostałe płaskie łopaty łosi. Za nimi szły centaury wyglądające, jak konie z tułowiem, głową i rękoma człowieka. Trzeci szereg składał się z minotaurów. Dwa były to byki z głowami ludzi, a kilka im towarzyszących wyglądało jak centaury tylko zamiast końskich, miały bycze korpusy i odnóża. Potem dumnie stąpało kilka srokatych jednorożców w otoczeniu podskakujących i ujadających wilków z ogonami krokodyli. Za nimi pełzły kilkumetrowe dwu i trzygłowe węże i coś podobne do wielkiej różowej świni na ludzkich nogach.
- Ohyda – powiedziała do siebie Ro, stąpając statecznie obok Pana Telemusa.
Poza mutantami szło jeszcze kilku ludzi z głowami psów, kóz, owiec i kogutów.
Dopiero na końcu uczniowskiej watahy zobaczyła Ro dwa cherlawe samotne smokoczłeki i nieco podobnego do jej córeczki zielonego dinozaura.
Stwory rozbiegły się wzdłuż rzeki i zanurzały w wolno płynącej toni swoje ciała chlapiąc się, jak ludzkie dzieci w kąpieli na płytkiej wodzie, w uroczych, nasłonecznionych zatoczkach jej Jeziora.
Kiedy Ro zastanawiała się, czy to już wszyscy, z bloku wyszła harpia na krogulczych nogach z wybałuszanymi ślepiami i wyciągniętym jęzorem, pomiędzy zaślinionymi kłami w ludzkiej głowie. Jej skrzydła były jednak małe i wyglądała jak zmutowany podskakujący pingwin.
Aro już dawno wyskoczyła z wody i stała obok matki przyglądając się wszystkiemu ciekawie.
- Wiesz, mamo – powiedziała – zostanę. Podoba mi się tutaj. Czuję, że czeka mnie tu ciekawy okres, a doświadczeń nigdy nie jest za wiele. Nauczę się czegoś i będę mądrzejsza.
- Masz rację – odezwał się obok nich ni to ryk, ni to kwik.
Przed nimi stał Wielki Pan Osioł uśmiechając się fałszywie.
- Na pewno nauczysz się tego, czego jeszcze nie umiesz. Gwarantuję Ci też poznanie samej siebie oraz najbardziej efektywnych sztuk walki – kwiknął.
Potem było rozstanie z mamą. Aro wzruszyła się i powiedziała:
- Może nie jestem najlepszą córką, ale kocham Cię po swojemu i zawsze będę pamiętać wszystkie Twoje rady. Postaram się nie sprawić Ci zawodu.
A kiedy smok już odleciał pobiegła do rzeki zapoznawać się z nowymi kumplami.
Nie przeszkadzał jej ich wygląd. Sama była mutantem i w ich obecności czuła się wreszcie wyzwolona ze swoich kompleksów.

Bursa i sale wykładowe mieściły się w dawnym podziemnym punkcie dowodzenia przeznaczonym dla sztabów poligonowych armii.
Na samym dole były magazyny, kuchnie i sale ćwiczeń do walki wręcz.
Wyższy poziom to były sale wykładowe zajęć teoretycznych i laboratoria.
Pozostałe piętra przeznaczone były na kwatery dla kadry i uczniów.
Aro dostała na początek wolną celę. Współlokatora obiecano jej później.
Na wieczornym apelu poznała pozostałych nauczycieli. W większości były to łagodne i nobliwe cyklopy oraz kilka całkiem niebrzydkich centaurionek.
Kolację przyniesiono jej, wyjątkowo dzisiaj, do pokoju. Była to spora porcja surowej kożliny, kilka niewielkich rybek oraz tłusta, żywa jeszcze kaczka.
Terenu dookoła szkoły strzegły ścigłe centauriony i wilkoczłeki, zwane popularnie wampirami. Pilnowały nie tylko uczniów chcących przekraść się na zakazane obszary, ale przede wszystkim pustyni przed wtargnięciem osób niepożądanych, i niebezpiecznych.
Uczniowie mogli wychodzić i włóczyć się po okolicy, ale tylko do granic piasków.
Na wypad do lasu na południu trzeba było uzyskać specjalne zezwolenie od Wielkiego Pana Osła, Pani Harpi albo Pana Telemusa.
Wyjście poza pustynię na wschód, zachód i północ było całkowicie zakazane.
Podobno czyhały tam, na niesfornych uciekinierów, hordy świetnie wyszkolonych ludzkich bandytów i łowców mutantów.
- Ciekawe, czy to wszystko prawda? – westchnęła Aro i zamknąwszy wreszcie swoje trzy złote powieki zapadła w niespokojny sen.

Obudziła się niedospana na wibrujący głos trąb i od razu pognała korytarzami w kierunku wyjścia, by skorzystać z porannej kąpieli.
Kamienne drzwi na dziedziniec były jednak zamknięte, a na ławie pod nimi siedział sobie rozwalony swobodnie Pan Telemus.
- A to gdzię… wybierasz się, moję… Ty dzie…cię? – zadeklamował.
- Chciałam się wykąpać – odpowiedziała wcale niezdziwiona jego widokiem Aro. – Czy to prawda, że Pan śpi tylko pół tego czasu, co my śpimy, bo ma połowę oczu mniej niż my widzimy? – dodała w jego stylu.
Telemus uniósł swój wielki zad z ławy i chwycił opartą obok maczugę.
Zwiała zanim zdążył ją unieść i pobiegła do dolnych łazienek przeznaczonych dla uczniów.
Tam ochlapała się mętną wodą i powlokła niezadowolona na stołówkę.
Stołówka podzielona była na boksy. Jedne były dla roślinożerców, inne dla mięsożernych, a jeszcze inne dla wszystko jedzących.
Zajrzała do pierwszej.
Siedziały tam już jeleniowate, centaury, jednorożce oraz ludzie owce, ludzie kozy i ludzie koguty, a w kącie łagodny dinozaur, pałaszując ze smakiem kłaki siana i pogryzając wielkie orzechy oraz jakieś ziarno.
W następnej sali siedziały minotaury, wilki w towarzystwie smokoczłeków oraz węże, zajadając się kawałami różowego mięsa, rybami i świecącym, smakowitymi, wyskubanymi z piór drobiowymi kuprami. Towarzystwo porykiwało radośnie, poszczekiwało, warkotało, posykiwało i rozpychało się na ławach. Wszyscy zachowywali się swobodnie i beztrosko pałaszowali, to, co bez przerwy donosiły w koszach i na tacach dwie otyłe krowobaby, mogące przestraszyć, nabrzmiałymi jak dynie cycami wymion, każdego rozsądnego zalotnika.
Zajrzała do trzeciej sali i ujrzała tam, tylko, siedzącego w kałuży szczyn i na kupie gówna, człowieka świnię. Chlipał coś i głośno przełykał z podłużnego drewnianego koryta, popierdując po każdym kęsie.
Kiedy ją ujrzał drgnął strachliwie i służalczym gestem podsunął w jej kierunku koryto.
Ujrzawszy pływające w nim sfermentowane zlewki wczorajszych posiłków splunęła z obrzydzeniem i wróciła do wilków, bezceremonialnie wpychając się między nie i sięgając po wielki barani udziec.
Jeden z nich warknął na nią groźnie, jednak, gdy odepchnęła go ramieniem i odpowiedziała przeciągłym sykiem, pokazując w rozwartych wargach ogromne kły, zaskowyczał obrażony i przeniósł się na drugi koniec szerokiej ławy.

Pierwsza lekcja była z psychologii walki.
Wysmukła i jabłkowitej maści centaurionka o długich blond włosach upiętych w kucyka i przewiązanych czarną szarfą stanęła na środku ogromnej sali, i przestawiając nogi niczym klacz na meneżu, wypięła do przodu swoje prawie białe stożkowate piersi, zakończone brązowymi sterczącymi sutkami.
- Kim jesteście?! – rozległ się gromko jej okrzyk w akustycznej sali.
- Zwycięzcami!!! – odkrzyknęli, zawarczeli, zaryczeli i zasyczeli, …heloci.


*****

Prawie dwa lata w szkole hoplitów minęły Aro jak z bicza strzelił.

Nie zmarnowała ich na głupie gierki i niepotrzebne spory o kompetencje.
Nauczyła się walczyć każdym rodzajem broni znanym w jej świecie, a także poza nim. Była wybitnym szermierzem i specjalizowała się w długim mieczu i wszelkiego rodzaju nożach, sztyletach i bagnetach.
Nauczono ją także, jak konstruować i wyrabiać broń, konserwować, ostrzyć i naprawiać, a przede wszystkim, jak i gdzie ją pozyskiwać.
Wytrenowano ją i nauczono setek rodzajów cięć, pchnięć, uników, parowań, a przede wszystkim strategii i planowania oraz dowodzenia.
Zdolność przewidywania wydarzeń, instynkt samoobrony, szybkość i siłę miała wrodzone. Także niektóre przyrodzone smokom narzędzia mordu, jak kły, pazury, ogon, jadowity kolec i łuskowatą twardą skórę, niczym rycerska zbroja, chroniącą prawie całe jej ciało.

Aro uzmysłowiła też sobie tutaj, jakie są jej preferencje seksualne oraz realne do spełnienia potrzeby w tym zakresie. Bardzo jej w tym pomogły, jej cicha wielbicielka, blondwłosa centaurionka, i kilka jej koleżanek.
Kilka dni po przygodzie w lesie i zabiciu trolla do komnatki Aro zapukał ktoś delikatnie póżną noicą. Mruknęła coś pod nosem i drzwi otworzyły się, a do celi wślizgnęła się białowłosa klaczka o ludzkiej głowie, mądrym spojrzeniu wielkich brązowych oczu, jabłkowitej maści z nielicznymi plamkami na udach wyglądającymi jak piegi. Jej mleczno białe człowiecze piersi falowały z podniecenia, a brązowe sutki sterczały wyprężone.

….c.d ocenzurowano….


*****

Aro została, mimo protestów, zamknięta w wielkiej żelaznej klatce i wystawiona na środek dziedzińca. Tutaj miała czekać na karę.
Trio zadecydowało, że należy ją uśpić, poćwiartować i szczątki rozwlec po pustyni. Miało to się odbyć następnego dnia o świcie.
Koło klatki wystawiono straże. Aby było to przykładne i wychowawcze, według Pana Telemusa, składały się one z samych uczniów szkoły.
Kiedy o północy na wartę stawił się świniak z kozłami i baranami pluli na Aro i szydzili z niej, obrzucając fekaliami, piaskiem i kamieniami.
Drugą zmianę warty trzymał wąż, wilki i minotaury.
W pewnym momencie wilki rzuciły się minotaurom do gardeł, a wąż potężnym ciosem ogona rozłupał kłódkę od kraty.
Aro wypadła na zewnątrz i pognała nad rzekę. Wykopała z piasku łapami znacznie wcześniej ukryty tam miecz pokonanego w Południowym Lesie trolla, ale zamiast uciekać na pustynię, wróciła na dziedziniec, który zapełnił się już helotami, strażnikami i kadrą.
Stanęła naprzeciwko nich i uniosła oręż ponad głowę.
Uczniowie rozstąpili się i utworzyli koło.
W środku pozostała Aro i jej sędziowie.
Zawirowała śmiercionośna broń w łapach berserkera.
Z rykiem nienawiści smoczyca rzuciła się w kierunku swoich prześladowców.
Najpierw spadła na piasek głowa Harpii i potoczyła się, podrygując zdychającymi wężowymi łbami w kierunku nóg Pana Osła.
Smoczyca podskoczyła, markując cios w górę, i w nagłym przysiadzie odrąbała cyklopią stopę Pana Telemusa, by w ułamku sekundy potem pchnąć prostym sztychem w jego pochylone brzuszysko. Kiedy upadł wbiła mu swój ogoni kolec w jedyne oko i sycząc wściekle rzuciła się w kierunku Szefa.
Osioł kwiknął rozpaczliwie i chcąc uciekać odwrócił się tyłem, wierzgając zadnimi nogami w kierunku jej pyska. Gdy opadał na ziemię z rozkraczonymi nogami, Aro, takim samym prostym sztychem, jak w przypadku Telemusa, wsadziła mu miecz w dupę aż po rękojeść, nadziewając, jak na rożen, a potem płaskim cięciem odrąbała obie nogi. Roziskrzonym wzrokiem szukała świnioczłeka, a gdy go dojrzała ciosem z góry na dół rozpłatała go na dwie równiutkie tusze.
Potem ogonem zmiotła grupkę skupionych wokół siebie capów i tryków, robiąc z nich krwawą marmoladę. Krew i flaki zaścieliły prowizoryczną arenę.
Na placu boju pozostała grupka cyklopów, minotaurów i centaurionek, ale nikt z nich jakoś nie kwapił się do wzięcia udziału w bitwie.
Stojący wokrąg heloci zaczęli rytmicznie skandować jej imię.
I wtedy powietrze zawirowało, a na stojącą w centrum dziedzińca Aro opadły sznury sieci.

- - - - - - - -



-----------------------------------

Szatan walnął ręką w ekran i wrzasnął:
- Dawać mi tu migiem Beliara!
Generał wpadł, potykając się na progu komnaty o wystający z kończyny rogowy zadzior, gdyż dyżurny gwardzista zerwał go prawie siłą ze stołka, gdy werkował sobie kopyta.
- Wyślij no mi natychmiast oddział Deltos na Pustynię Błędowską
i ochroń, ile się da mutantów, bo mi ta wściekła smoczyca wytłucze zaraz wszystkich, co do jednego.
Ale pamiętaj, że nawet jedna łuska nie ma prawa jej spaść z karku.
Tego durnego Osła może sobie zatłuc, ale reszta będzie nam potrzebna.
Generał, cały biały ze strachu, pognał, co kopyto wyskoczy, do koszar.
Sześciu dyżurnych diabłów z elitarnej jednostki gwardii piekielnej
grało sobie tam spokojnie w pokera.
- Akcja Ziemia! – ledwie wykrakał zasapany Generał
Całą siódemką pognali do hali transformacji i teleporterów.
Urządzenia w ułamku sekundy przetworzyły ich na cząsteczki elementarne i strumień energii popłynął w kierunku trzeciej planety.
Wylądowali tuż przy murku szkoły hoplitów, ale nie wyglądali wcale jak poprzednio.
Zniknęły czarne kudły, rogi, ogony i kopytka.
Na piasku stało siedem demonicznych postaci przypominających swoim wyglądem orki skrzyżowane z czarnymi goblinami.
Wzrostu więcej niż dwóch metrów, z rękoma aż do ziemi, czarno owłosione niczym małpy, potężne klatki piersiowe i nogi jak słupy
z półmetrowymi stopami nadawały im wygląd ogromnych i potwornych yeti.
W rękach trzymały grube drewniane pały, a dwa z nich taszczyły dodatkowo grube, węźlaste sieci.
Wpadli hurmem do środka i z rykiem huraganu rzucili się w kierunku Aro.
Otoczyli ją ze wszystkich stron i rzucili sznury.
Obezwładniona smoczyca syczała jak wściekła i próbowała dosięgnąć któregoś pazurami przez grube oczka, ale dostała drewnianą pałą w łeb
i dała sobie spokój.
Postanowiła wyczekać odpowiedniej chwili.
Gdyby chcieli zrobić jej krzywdę byłoby pewnie już po niej.
Orkowie rzucili kilka kulistych pocisków w kierunku grupy ocalałych, którzy natychmiast skryli się w budynku szkoły i zatrzasnęli za sobą kamienne wrota.
Do Aro podszedł ork ze srebrną opaską na łbie i powiedział:
- Nie wściekaj się, mała. Zawieziemy Cię nad morze.
Pomieszkasz tam trochę, aż urośniesz.
Mam Ci przekazać pozdrowienia od stryjecznego dziadka.
A teraz wysuń spokojnie ten miecz przez siatkę, bo sobie jeszcze krzywdę zrobisz, a mnie za to powieszą za jaja.



*****


Można powiedzieć, że faktycznie, diabli porwali Aro.

Sobie tylko znanym sposobem, w dość krótkim czasie, przelecieli prawie cały Eneket, i wylądowali na ruchomych wydmach ziemi słowińskiej. Można powiedzieć, że Aro wpadła z deszczu pod rynnę, czyli z jedynej największej w Enekecie pustyni, do innej krainy piasku, wody i wiatru.
Najpierw wylądowali na ruchomych wydmach Mierzei Łebskiej, oddzielającej dość duże jezioro od morza. Po krótkim odpoczynku i orzeźwiającej kąpieli, poprzedzonych uwolnieniem smoczycy z sieci, udali się, już piechotą, w kierunku pobliskiego Jeziora Gardno.
Generał wskazał jej niewielką wysepkę na środku jeziora i powiedział:
- To jest Kamienna Wyspa, a na niej stoi chram świątyni. Popłyniesz tam i zamieszkasz z kapłanami, którzy nauczą Cię czytać stare księgi oraz wielu innych przydatnych rzeczy. Masz być rozsądna. Możesz się oddalać w okoliczne bagna, torfowiska i lasy oraz pływać i polować na okolicznych jeziorach, rzeczkach i w morzu, ale nie wolno Ci na razie wracać do domu i podróżować. Przyjdzie na to odpowiedni czas. Żegnaj smoczyco i nie wspominaj nas źle. My tylko wypełnialiśmy rozkazy naszego Władcy.
Zniknęli nie wiadomo kiedy i pozostał po nich tylko smród i wspomnienie.
Wskoczyła do wody i złapawszy kilka ryb zaspokoiła pierwszy głód.
Potem popłynęła na wyspę.



*****



Anta i Brono nie mogli się zdecydować, którędy ruszyć w głąb kanadyjskiego kraju, czy ciągiem Wielkich Jezior, czy drogami i wertepami od razu na zachód, czy najpierw na daleką północ, nad Zatokę Hudsona.
W ostatecznym efekcie, po nużącej wielogodzinnej jeżdzie, dotarli do małego Cochrane, skąd kanadyjska autostrada ostro skręcała na zachód, zostawili samochód w podziemnym garażu na parkingu lotniska, a sami zwodowali swój kajak i niezbędne na wodną wyprawę bagaże, by ruszyć niedaleką rzeką Abitibi i ciągiem jezior, ku Hudsońskiej Zatoce. Przygotowali się na długą wyprawę, bo wiedzieli, że zima i lód zaskoczy ich na pewno, nie wiedzieli tylko, gdzie.
Utknęli w połowie wyznaczonej sobie trasy, pod elektrownią wodną w Abitibi Canyon, ale spływało im się z nurtem rzeki bardzo przyjemnie i w niesamowitej ciszy, albowiem nie napotkali ani ptaków, ani zwierząt. Tylko szmer i plusk wody towarzyszył im od rana do wieczora, a nocą, czasami tylko, puchacz. Te kilka dni i nocy wodnej podróży dało im jaki taki obraz kupieckich wędrówek sprzed stu lat. Sami, niestety, żadnych futer od Algonkinów, nie nabyli, bo nikogo nie spotkali na swojej trasie. Mimo to, zadowoleni z pływanki, przesiedli się do cieplutkiego wagonu Polar Bear Express i po trzech godzinach rozgrzewania się drinkami i gorącą herbatą w restauracyjnym wagonie, wypakowali się na końcowej stacji, w Moosonee, skąd zamierzali udać się jeszcze bardziej na północ, do Kashechewan, jednej z pierwszych faktorii handlarzy futer i wielorybników, w delcie rzeki Albany. Tamże, zakupili wszechstronną licencję łowiecką, aby nie narazić się specjalnym strażnikom nazywanym tu „Conservation Officers”, także łuki, indiańskie mokasyny i trochę specjalnej żywności, w tym kilka kilogramów pożywnego dzikiego ryżu. Ruszyli na zachód bezdrożami w kierunku Fortu Hope położonego gdzieś nad Eabamet Lake, oddalonego od Hudson Bay jakieś 400 kilometrów bezdrożami, świerkowym lasem, płaskowyżami i niewysokimi graniami wzgórz, licznymi rzeczkami, strumieniami i jeziorkami. W wolnym tłumaczeniu ich punkt docelowy nazywał się „miejsce nadziei” i takąż mieli na dotarcie tam bez szwanku i przeszkód, polując po drodze na wilki, łosie, karibu leśne, jelenia Wapiti, rysie, kuny, bobry, króliki, zające, szopy pracze, norki, gronostaje, borsuki, lisy, wiewiórki, indyki, kuropatwy, a, jak by przyszło im zmierzyc się z agresywnym misiem, to i na białego albo czarnego niedżwiedzia. Liczyli się z niebezpieczeństwem ze strony pogody, warunków terenowych i zwierząt, ale przede wszystkim ze strony ludzi, band dzikich traperów polujących, a właściwie kłusujących, bez żadnego zezwolenia i wbrew wszelkim przepisom, składających się zarówno z ludzi białych, jak i czerwonych czy Metysów. Prawo kanadyjskie w Ontario zabraniało polowania w nocy, a na wiele zwierząt nie można było polować z bronią palną, były też gatunki chronione. Traperstwo nie było już opłacalnym zawodem i czasami zapijaczone bandy rozczarowanych i złajdaczonych frustratów przemierzały dzikie tereny w poszukiwaniu nie zwierząt, ale nieostrożnych turystów.
Anta i Brono mieli rewolwery i sztucery oraz wrodzony i wytrenowany styl życia w puszczy, choć ostatnio nieco przytępiały z powodu luksusów w jakich się pławili. Postanowili tutaj, w północnym Ontario, podnieść swoje umiejętności i doprowadzić kondycję do poprzedniego stanu, czyli do perfekcji.
Nigdzie im się nie spieszyło i zamierzali spędzić na tych dzikich ostępach całą zimę. Marzyło im się odnalezienie jakiegoś niewielkiego, przyjaznego osiedla tutejszych aborygenów, może Indian Łosiów Kri, albo Odżiwbejów i wspólne z nimi polowania, kultywowanie traperskiej tradycji, walkę z naturą. Wspominali znane im książki Jamesa Oliviera Curwooda, „Łowcy wilków” i „Łowcy złota”, „Szarą wilczycę”, „Włóczęgi północy” oraz przeżywane przez ich bohaterów przygody. Wprawdzie Ancie do serca najbardziej przypadła opowieść „Kwiat dalekiej północy” z wątkiem romantycznym w tle, ale znała też prawie wszystkie książki z tej przygodowej serii, jak również książki Jacka Londona, Fennimore Coopera, Henrego Oyena i polskiego podróżnika, Arkadego Fiedlera.
Cały swój dobytek taszczyli po lodzie i świeżo spadłym śniegu na plecach i długich lekkich sankach ze świerkowych giętkich gałęzi powiązanych rzemieniami i obciągniętych skórą z łosia. Na nogach mieli na razie indiańskie buty, ale w jukach leżały i rakiety śnieżne, i krótkie kompaktowe narty.
Po tygodniu marszu, według map i kompasu, przebyli zaledwie jakieś 70 kilometrów w linii prostej. Było coraz zimniej, szczególnie w nocy, gdy temperatura na zewnątrz namiotu spadała do minus 30 stopni, czemu trudno było się dziwić, bo za kilka dni mieli obchodzić Nowy Rok. Kierowali się, wzdłuż łożyska bardzo krętego strumienia, w kierunku Jeziora Missisa. W jednej z dolin natknęli się na „świeże mięso”, czyli rodzinę łosi. Nie byli zabójcami i Anta oddała tylko jeden strzał z łuku do roczniaka łoszaka.
Łoś kanadyjski, alces alces americana, to jeden z największych ssaków parzystokopytnych świata. Największe ze znanych osobników, dorodne samce, liczą sobie nawet 800 kilogramów i mogą mieć łopaty szerokie na 2 metry i ważące około 20 kilogramów.
Pod kępą wysokich czarnych świerków z koronami, jak postrzępione zużyte pędzle, rozbili obóz i postanowili spędzić tutaj zarówno Sylwestra, jak i kilka tygodni stycznia i lutego, w nadziei, że przez ten czas nacieszą się przyrodą, polowaniem i podglądaniem dzikiej natury. Swoje „młode miensko” sprawili, niczym prawdziwi Indianie, podzielili na porcje i podwiesili na zrobionych z gałęzi narach, niczym na prymitywnych lodówkach, na pniach drzew. Kilka dorodnych kawałków łosiej polędwicy upiekli na ogniu na kolację popijając ten smakowity i pożywny rarytas gorącą herbatą z malinowym sokiem oraz kropelką Brendy. Na sylwestrowy wieczór zaplanowali sobie radosny intymny wieczór przy świecach; drinki, wspominki, i dużo miłości.
Kolejnego dnia, gdy przemierzali grań wąwozu wypatrując świeżych tropów, usłyszeli stłumione ludzkie głosy. Niewidoczną ścieżką wzdłuż zbocza wędrowało kilka postaci z tobołami na plecach. Brono okrzyknął ich i karawana zatrzymała się, a naprzeciw schodzącym z góry Ancie i Brono wysunął się stary Indianin ubrany w futra, ze starą strzelbą w ręce. Kiedy ich rozpoznał odetchnął z ulgą.
- Myśleliśmy, że to strażnicy – powiedział. – Nam nie wolno podróżować samopas z rodzinami. Prawo nakazuje, aby żony i dzieci pozostawały w rezerwacie, albo w osadach, w domach ze szkła i plastiku, gdy mężczyźni wyruszają na łowy. Jest nas dwie rodziny, razem tuzin ludzi – dodał – i właśnie szukamy miejsca na obozowisko. Jedna z naszych kobiet jest bardzo chora, ma gorączkę i bóle brzucha. Może macie jakieś lekarstwa?
- Mamy coś lepszego – odpowiedział mu Brono. – Moja żona jest wielką szamanką z dalekiego kraju w Europie i chętnie Wam udzieli pomocy. Obok naszego namiotu jest duża polanka i moglibyście tam się zatrzymać. Mamy też dużo mięsa z łosia i dziki ryż, więc zapraszamy na noworoczną biesiadę, jeśli Wasze kobiety pomogą nam ją przygotować.
Okazało się, że Indianie pochodzą z plemienia Cree Moose i podróżują już od miesiąca, a polować się bali, gdyż nad Missisa Lake, które kilka dni temu mijali, pojawił się helikopter strażników i duża grupa wędkarzy, którzy urządzili tam sobie noworoczny bal i zawody w łapaniu spod lodu dorodnych jesiotrów, sandaczy i ryb walleye.
- Nic się nie martwcie – wytłumaczył im Brono. – My mamy pozwolenie na odstrzały i możemy legalnie polować. Podzielimy się z Wami mięsem i trofeami, a Wy z nami swoją traperską wiedzą.
Tubylcy rozbili swoje prymitywne namioty ze skór, rozpalili ognisko, a kobiety wzięły się za szykowanie jedzenia. W międzyczasie Anta zbadała chorą kobietę, zaledwie kilkunastoletnią mężatkę, u której stwierdziła mocno zaawansowane przeziębienie i pierwsze objawy ciąży. Natarła ją spirytusem z kamforą, wstrzyknęła antybiotyk i napoiła wywarem ze swoich ziółek, których niewielki zapasik zawsze ze sobą woziła.
- Urodzi jeszcze wiele dzieci – uśmiechnęła się do młodego Indianina, jej męża. - Przez kilka dni musi odpocząć i nie opuszczać namiotu. Potem też nie wolno jej przez jakiś czas dźwigać ciężarów, ale Wy i tak pewnie zostaniecie tutaj do chwili, aż ona wyzdrowieje. Ja się nią zajmę i obiecuję, że wszystko będzie dobrze.
Po posiłku i wymianie uprzejmości oraz różnych informacji dziewczęta, w tym i namówiona przez nie Anta, ubrały indiańskie okazjonalne suknie z naszytymi dzwoneczkami, wykonanymi z oryginalnych puszek po tabace, by do wtóru bębenka i prymitywnej piszczałki odtańczyć modlitwę o uzdrowienie chorej.
Anta nie pozwoliła Brono na serwowanie Indianom alkoholu, a i jemu samemu zabroniła nawet łyczka w namiocie, aby nie kusić losu.
Przez całe następne tygodnie włóczyli się po zwierzęcych szlakach zastawiając pułapki i strzelając ciekawsze sztuki zwierzyny, głównie na bieżące potrzeby. Europejczycy nabrali kondycji i powrócili do dawnej wprawy w posługiwaniu się łukiem, oszczepem i ościeniem, a nawet nożem. Nauczyli się od Indian bardzo wiele o zwyczajach i naturze tutejszych zwierząt i kiedy się rozstawali, mieli tyle wiedzy i wprawy, że mogliby samodzielnie przeżyć w tej głuszy wiele lat i zim, a może i całe dalsze życie, nie taki jednak los był ich przeznaczeniem.
Kilka dni po rozstaniu z Kri wyruszyli nad Lake Missisa skąd zamierzali wyruszyć na południowy zachód, w kierunku Fortu Hope, a stamtąd do Jeziora Nipigon, na którego południowy kraniec, do miasteczka Nipigon, a konkretnie, usytuowanego tuż przy autostradzie Kanada Trans, za mostem na rzece, Motelu Northland, miał być dostarczony z Corchane na pierwszy dzień czerwca ich szwedzki samochód. Liczyli na to, że zanim tam dotrą w końcu kwietnia lody puszczą i uda im się jeszcze opłynąć całe jezioro, podziwiając piękne wzgórza i zielono czarny, od piroksenu, piasek jego plaż, zanim wyruszą lądem z Ontario, przez Saskathewan, Manitobę i Albertę do Kolumbii Brytyjskiej i wreszcie Vancouver, które było ich celem przed podróżą po Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Ostatecznym ukoronowaniem ich zimowej wędrówki po Ontario miał być właśnie ten spływ Nipigonem i rzeką o tej samej nazwie, prawie do samego Jeziora Górnego…..



*****



Tydzień póżniej byli już w Vancouver, odebrali z lotniska samochód i wykupili go wreszcie na własność, z dotychczasowego liesingu, w tamtejszym przedstawicielstwie Volvo. Dokupili 8 metrową przyczepę kempingową Travel Trailer i ruszyli we trójkę na podbój Stanów Zjednoczonych Ameryki.
- Ty wybrałaś kraj to ja wybiorę miejsce – powiedział Brono, gdy przekroczyli granicę Kanady i USA. - Tak sobie pomyślałem, że powinno być ciepło latem, a śnieg zimą, woda, preria i góry, no i gdzieś tak pośrodku kraju. Znalazłem na mapie miasto Los Alamos w którym Oppenheimer zbudował pierwszą użytą w warunkach bojowych bombę atomową. Stan nazywa się Nowy Meksyk i jest tam też miasteczko Las Vegas, choć nie to z kasynami i setkami turystów. Pomiędzy tymi dwoma miastami, w Górach Skalistych jest Santa Fe National Forest Park i myślę, że na jego obrzeżach znajdziemy piękne ranczo i wspaniały dom dla naszej trójki. Konie, niedżwiedzie, wilki i Indian Apache macie zapewnione, w Santa Fe na pewno są wspaniałe szkoły i sklepy, a ja może znajdę zajęcie na ranczo i zacznę pisać książki dla młodzieży – podśmiewał się Brono.
Po drodze, w prawdziwym Las Vegas, wygrali oficjalnie w ruletkę 60 tysięcy dolarów i dojechawszy na miejsce wpłacili zaliczkę na nowy dom, który bez problemów znaleźli na północnym skraju parku. Ranczo nie było wielkie, zaledwie 80 akrów, czyli niewiele ponad 30 hektarów pastwisk, lasów i skał, z własną rzeczką i niewielkim wzgórzem, na którym stał piękny drewniany dom ranczerski, stajnie i budynki gospodarcze. Razem z dobrodziejstwem inwentarza odziedziczyli po poprzednich właścicielach kilka mustangów, parę psów pasterskich i stadko mięsnych byczków, kompletną uprząż i wielki ciągnik rolniczy z osprzętem do prac polowych.
Urządzanie nowego domu i prace gospodarskie zajęły ich aż do pierwszych śniegów.
Anitka na razie nie poszła do szkoły, tym bardziej, że znacznie przewyższała wiedzą swoich tutejszych rówieśników. Miała już prawie trzynaście lat i była całkiem ładną dorastającą panienką. Pomału jej uroda dojrzewała, niczym u przekształcającej się w motyla poczwarki. Bardzo cieszyła się na mieszkanie na wsi i na trochę samotności, a także na przygody, bo odziedziczyła po obojgu rodzicach ten gen, który nie tyle ciągnął ją, co popychał na trudno dostępne ścieżki życia.
Jak bardzo trudne i kręte, mieli się wszyscy przekonać za jakiś czas, na razie mieli zamieszkać i żyć szczęśliwie tutaj.



*****



Jesienią cała „warszawka” przeżywała mord UB-ków na księdzu Popiełuszce.
Jerzy Popiełuszko już od roku 1980 związany był ze środowiskiem robotniczym i w czasie strajków odprawiał msze na terenie Huty Warszawa. Był kapelanem „Solidarności”, a w kościele św. Stanisława Kostki, koło placu Komuny Paryskiej w Warszawie, odprawiał w stanie wojennym „Msze za Ojczyznę”. Jego posłanie odnosiło się do słów św. Pawła „…nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj…”. W maju 1983 roku ks. Popiełuszko prowadził pogrzeb młodego polskiego opozycyjnego poety, Grzegorza Przemyka, pobitego na śmierć przez milicjantów.
30 pażdziernika wyłowiono zmasakrowane zwłoki księdza z zalewu na Wiśle, w okolicach Włocławka. Został zamordowany przez funkcjonariuszy Samodzielnej Grupy „D” Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, po sugestii generała Jaruzelskiego, który miał podobno powiedzieć do ministra MSW, Czesława Kiszczaka 13 września: „…Załatw to, niech on nie szczeka…”.
Pogrzeb, 3 listopada, na terenie kościoła parafialnego księdza, przerodził się w wielką manifestację, i Maro z Zoe byli tam także. Popiełuszko był starszy od nich zaledwie o niecałe dwa lata.
Wiosną następnego roku na tronie ZSRR zasiadł Michaił Gorbaczow, twórca „Pierestrojki” [przebudowy] i „Głasnosti” [jawności]. Z tej okazji rząd Jaruzelskiego zafundował Polakom od 1 kwietnia, na prima aprilis, podwyżki cen gazu, węgla i elektryczności, zapowiadając jednocześnie niezadługo podwyżki cen mięsa i wędlin, których i tak w sklepach prawie nie było.
W zasadzie był tylko ocet, zapałki i kolorowe wódki [pomarańczówka, cytrynówka, likier miętowy, wiśniówka] na kartki.




*****

………..


Nowy rok 1986 przyniósł kolejną inflację i podwyżkę cen chleba, masła, kaszy, cukru, mleka i alkoholi, a niecały miesiąc póżniej pozostałych produktów i usług komunalnych.
Kilka dni póżniej, zaraz po imieninach Maro, świat obiegła wieść o wybuchu reaktora w radzieckiej elektrowni jądrowej, w Czarnobylu, oraz o zbliżającej się do Warszawy chmurze radioaktywnego pyłu.
Rosjanie, podczas testów eksperymentalnych, doprowadzili do niekontrolowanego wzrostu mocy reaktora, a tym samym do wybuchu wodorotlenowej mieszaniny piorunującej wydzielonej podczas reakcji cyrkonowej spowodowanej stopieniem się zawierających bor prętów kontrolnych reaktora, których grafitowe końcówki rozżarzyły się do 3000 stopni Celsjusza, łącząc się z parą wodną z rozszczelnionego systemu chłodziwa. W skrócie mówiąc; absorbujący neutrony uranu bor zniknął, grafit wszedł w reakcję łańcuchową z wodą, wodór wybuchnął i jedna katastrofa zainicjowała następne. Przez 9 dni płonęły grafitowe bloki izolujące reaktor, wyrzucając do atmosfery izotopy promieniotwórcze, które wiatr roznosił po świecie, generalnie był to wiatr wschodni.. W tym czasie w polskich mediach profesorowie, doktorzy i politycy głosili chwałę Wielkiego Brata i wmawiali durnemu narodowi, że nic się nie stało i nic nikomu nie grozi, chociaż normy stężeń o kilkaset procent przekraczały dopuszczalne wskaźniki.
Dopiero dwa dni po katastrofie, 28 kwietnia stacja radiacyjna w Mikołajkach zarejestrowała aktywność izotopów promieniotwórczych w powietrzu ponad pół miliona razy większą, niż normalnie. Jednak, mimo początkowej akcji dezinformacyjnej, władze Polskie podjęły natychmiastową, już 29 kwietnia, akcję podawania dzieciom i młodzieży płynu Lugola, wodnego roztworu jodku potasu i jodu pierwiastkowego, zabezpieczającego ludzi przed skutkiem wchłaniania promieniotwórczego izotopu jodu, którego duża dawka powoduje skłonność do zachorowalności na nowotwór tarczycy.
A mimo to, 1-go maja, na ulice miast i wsi wygnano, pod lecące z nieba wypadłe z sowieckiej Puszki Pandory - śmierć, choroby i zniszczenie, miliony „duraków”. W kilometrowych, wielogodzinnych świątecznych pochodach manifestowali oni swoją „wdzięczność” i spełniali swój „obowiązek”, zaś władcy narodu oklaskami wykazywali swą „lojalność” tak usilnie, aby w radzieckiej telewizji wyglądała ona na autentyczną, spontaniczną i radosną, a oni tym samym mogli zachować status „braci mniejszych”.
Wynikiem ostatecznym tych wszystkich wypadków, po zmasowanych protestach ekologów i społeczeństwa, było w Polsce całkowite zatrzymanie budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu i … nieznana ilość przypadków zachorowań na raka.
O trupach i ludziach z chorobą popromienną w Czarnobylu, na Ukrainie, Białorusi i na drodze radioaktywnej chmury wspominały tylko zachodnie, wrogie, media.
W tym czasie, kiedy pył popromienny opadał na polską ziemię, Maro wysłał rodzinę do Raszyna, a sam z robotnikami kładł deski i krył je papą na dachu nowego domu. Musiał to robić i nadzorować osobiście, bo jego dekarz spadł z dachu na innej budowie i do niego nie dotarł, a zaraz po 1 maju zapowiadano ulewne deszcze.
Mimo aktywnej propagandy władz i środowiska medycznego, bagatelizujących skutki wybuchu miał się niezadługo przekonać, że na niego, jakiś wpływ, ten opad chmury znad Ukrainy, mieć musiał.

………….


*****



Taksówkarz nie jechał ani Wisłostradą, ani Trasą Łazienkowską, tylko ulicami miasta przez zatłoczone, pełne letniego smogu Centrum, a potem, trzęsący się i kolebiący na rozjazdach pociąg, uzmysłowił Maro, że właśnie zjechał z życiowej Autostrady, na lokalną, pełną wertepów drogę.
Biały, okrągły, z pękniętą szklana tarczą i z czarnymi, niczym nekrolog ramkami, zegar na peronie, gdy wsiadał do pociągu, wskazywał datę 00.00.0000 i godzinę 00.00., tak, jakby właśnie miało zacząć się odliczanie, choć Maro dobrze pamiętał, że jest wczesne popołudnie dnia 27 maja 1987 roku.
Gdyby jeszcze wiedział, że za niedługi czas zobaczy dokładnie taki sam zegar na lotnisku w Hawanie, byłby zdziwiony jeszcze bardziej i zapewne złożyłby tę wiedzę na karb majaków wywołanych gorączką.
Zapalił, podarowanego mu przez jakiegoś litościwego podróżnika cholernie mocnego i o słodkim posmaku kubańskiego Ligerosa, i obfite łzy pociekły mu z oczu, choć nie tylko, jak zapewne myśleli siedzący społem pasażerowie, od papierosowego dymu.

*****

Ten ostatni fragmencik kończy tom II.
c.d.n. - może kiedyś….


poniedziałek, 7 maja 2012, 19:19
Zobacz profil WWW
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w wątku   [ Posty: 3 ] 

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Designed by ST Software. Change colors.
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
phpBB SEO